sobota, 18 lutego 2017

Hitu nie będzie



  Przynajmniej w tym roku nie należy się spodziewać programu zasługującego na takie miano, jeśli już, to może w 2018 roku, przy czym nie popełniłbym błędu pisząc owo może przez rz. Wszystko za sprawą wywiadu1 jaki udzielił prezes Jacek Kurski popularnemu portalowi wPolityce.pl. I powiem szczerze, że z trudem panuję nad tym, aby unikać w moim tekście słów, popularnie uznawanych za niecenzuralne, przy czym nie wyrażałyby one mojego oburzenia a bardziej – rozbawienie.

  To, że hitów nie będzie, jak tłumaczy J. Kurski, wynika z braku kasy. Ogólnie ludzie nie chcą płacić abonamentu, co mnie właściwie nie dziwi, bo kto płacić chce za coraz gorszy chłam? Jedyne programy, które przyciągają do TVPiS to programy sportowe, czemu specjalnie nie ma się co dziwić. Tam widz nie znajdzie grama polityki ani poprawności politycznej, no może tylko wtedy gdy grają hymn. Ale nasz hymn jest właśnie wtedy najbardziej wzruszający. Więc pan Jacek poszedł niezwyczajnie po rozum do głowy i chce wzbogacić te programy sportowe o relację z wyścigu kolarskiego „Solidarność”. I tu pierwsza konsternacja, bo pewien prominentny polityk jedynie słusznej partii, wyraził się dość problematycznie na temat rowerzystów. Ale rozumiem, wtedy to było przesada i warto również zabiegać o taki elektorat, który siada na rowery. Inna sprawa, że ten wyścig jest jakby mało prestiżowy, wiem, interesuje mnie ta dziedzina sportu, tam ścigają się kolarze najwyżej trzeciej dywizji. Ale, co gorsza, pan Jacek od polityki nie może uciec więc stwierdza wprost: „Nie byłoby wolnej Polski bez „Solidarności”. A ten wyścig to jest poważny projekt, bo to już 28 edycja. Projekt, który łączy wartości i tożsamość ze sportem. A sport jest miarą i wyrazem nowoczesnego patriotyzmu2.
Ja ....! (tu wpisz sobie mój Czytelniku dowolnie wybrany, byle wulgarny epitet). W światowym kolarstwie takie pojęcia nie istnieją. Wszystkie drużyny są wielonarodowościowe, a nasi prawdziwi mistrzowie kolarstwa reprezentują w zdecydowanej przewadze obce drużyny. Trzon najlepszej „polskiej” drużyny – CCC Sprandi Polkowice, stanowią zagraniczni kolarze.

  W wywiadzie jest też mowa o rozrywce w TVPiS. Ta rozrywka kończy się oczywiście na kabaretach. Pan Jacek nawet ubolewa, że Robert Górski nie podjął współpracy z TVPiS 2, bo przecież oferowano dobre warunki, a jedynym dodatkowym było to, aby Górski naśmiewał się też z opozycji. Tak fifty-fifty. Cóż, Górski się nie zgodził, ale niech żałuje, bo o to prezio szykuje mu konkurencję, w zamiarze mającą pierwszego powalić na kolana. Będzie wznowienie kabaretu Jana Pietrzaka! .... (Tu wpisz sobie mój Czytelniku dowolnie wybrany, byle wulgarny epitet), .... (a tu dodatkowo inny, równie dosadny). Zgrany emeryt, który już pewnie śmieszy tylko tęskniących za jadem większym niż hejt, będzie ratował oglądalność TVPiS 2 i ma zmiażdżyć Górskiego! Ale mnie to specjalnie nie dziwi, skoro za rozrywkę odpowiedzialny jest  - Marcin Wolski – tak, ten sam, który był twórcą kabaretu jo-jo, tak śmieszny, że wytrzymał aż jeden (chyba nawet niepełny) sezon.

  Najciekawsze zostawiłem sobie na koniec. Chodzi oczywiście o „Wiadomości”. Otóż pan Jacek stwierdza z całą stanowczością, że te są gdzieś tak pośrodku, pomiędzy „Faktami” TVN-u i „Wydarzeniami” Polsatu. (sic!) Aby się o tym przekonać, pan Jacek raz w tygodniu ogląda „Fakty” i już wie, jak mają wyglądać „Wiadomości”. Ba!, on jest przekonany, że obecna formuła jego „Wiadomości” jest tak doskonała, że politycy wręcz garną się do występowania przed kamerami. Bez wyjątku wszyscy. Wśród nich również tak opozycyjni jak: Konstanty Radziwiłł, czy Głębocki z PiS i Długi z Kukiz’15. Do tego trzeba dodać grono szefów instytucji państwowych, ministrów i badaczy IPN. W tym miejscu szczenna mi opadła, więc uniknąłem wulgaryzmów. Być może pan Jacek Kurski ujawnił niechcący, że w szeregach jego partii istnieje opozycja i tę miał na myśli? Najbardziej podoba mi się stwierdzenie: „Oczywiście, że „Wiadomości” idą w dobrym kierunku. Są najważniejszym, najbardziej oglądanym serwisem w Polsce. Zbudowały sobie markę i powagę. (...) A ataki na „Wiadomości” są tylko skutkiem przełamania monopolu…”3

  Jednego nie mogę odebrać panu Jackowi. Jest optymistą, w dodatku niepoprawnym. Gdyby nie poparcie innego prezesa, Jarosława Kaczyńskiego, nawet jego koledzy pokazaliby mu gdzie jest jego miejsce.

środa, 15 lutego 2017

Rzezany komuch



  Rzadko mi się trafia oglądać program TVN24 „Fakty po faktach” , przypadek sprawił, że tego dnia jednak, pewnie po zapowiedzi, że bohaterem będzie sam Jerzy Stuhr. Nie było by w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ten w 2011 zachorował na raka krtani, i choć z choroby wyszedł obronną ręką, jako aktor już raczej szans realizacji nie ma.  W mojej opinii, jedna z kilkunastu naprawdę wybitnych postaci w powojennej polskiej kulturze. Ale ten wspomniany program raczej nie jest o kulturze, zdecydowanie bardziej ma zabarwienie polityczne.

  I przyznam, że byłem pod wrażeniem, choć oczywiście należy wziąć poprawkę na to, do jakiej kategorii mediów należy zaliczyć TVN24. Na pewno nie sprzyja dzisiejszym elitom rządzącym, a już w szczególności PiS. Kilka wypowiedzi J. Stuhra zasługuje na przytoczenie. Zacznę od tej najmniej kontrowersyjnej: „Największą wyrwę u mnie, starszego człowieka, robi to, że ja nie jestem w stanie politykowi uwierzyć. Ja się tego boję, tego stanu w sobie, że ja straciłem wiarę w deklaracje polityków1. Ja myślę, że ten stan nie jest już tylko właściwy dla starszych ludzi, może poza grupą wielbicieli
o. Rydzyka. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie inny fragment dotyczący patriotyzmu: „Pomylony, dlatego że stoi na pograniczu nacjonalizmu i patriotyzmu i raczej się uderza w tę stronę nacjonalistyczną, tłumacząc młodym ludziom, że to jest uczucie patriotyczne. Zawsze mnie to bardzo drażniło, że jesteśmy w naszym patriotyzmie histeryczni - i to począwszy gdzieś od wielkich romantyków, aż po współczesnych polityków, działaczy2. Dokładnie w ten sam sposób widzę ten nowy, historyczny i pomylony patriotyzm, za co nie raz na tym blogu mi się oberwało. Teraz wiem, że nie jestem w tym poglądzie odosobniony.

  Jeszcze dwie istotne wypowiedzi, obie zacytuję z tego samego źródła. Pierwsza dotyczy misiewiczów: „To jest poczucie wstydu za tych aktorów przebranych za żołnierzy. Mówię oczywiście metaforycznie. Ja się wstydzę za tych żołnierzy, że dają się upokorzyć”. Tu raczej nie trzeba niczego komentować, gdyż, przynajmniej dla mnie sprawa Misiewicza jest po prostu żenująca. Druga: „Dzisiaj największe uczucie zaniepokojenia budzą niezbyt profesjonalne działania tych, którzy się opiekują naszym państwem. (…) Wszyscy powiedzą: "ale skąd, wszystko jest pięknie, ułożone, wspaniale". Im bardziej będą tak mówić, tym bardziej będę nie wierzył”. Tu też nie mogę odmówić racji J. Stuhrowi. Właściwie nie powiedział niczego, czego byśmy już nie wiedzieli, a jednak jego głos jest w odróżnieniu od innych zdecydowanie bardziej mocny. On już swoje osiągnął, dla niego obecny stan rzeczy jest drugoplanowy, a przecież jednak nieobojętny. Tym bardziej przejmujący, że widać jak starannie (choć z trudem) dobiera słowa, aby nie dać się wciągnąć we wszechobecną pyskówkę, również przez redaktorkę programu, panią J. Pochanke.

  Inną ocenę mają prawicowe media, którym ten wywiad nie mógł ujść uwadze. Na portalu wPolityce.pl kilka ciekawych zdań: „(...) intelektualny bicz na Jarosława Kaczyńskiego i pisowców (...) Jak to musi być przyjemnie użyć kogoś tak wysublimowanego kalibru do prostackich zadań propagandowych3. Oczywiście nie brakuje wypróbowanego wtrętu: „Otóż Jerzy Stuhr przyznaje, że jego ojciec był prokuratorem w czasach stalinowskich” oraz wzmianka: „A poza tym, nie pamięta pan profesor jak był w komisji mającej przyznać dotację filmowi „Smoleńsk”?”. Dodam tylko, że autorem tego aurtykuliku jest pierwszy pisowski satyryk, Ryszard Makowski, który ze swym „dorobkiem artystycznym” mógłby Jerzemu Stuhrowi, co najwyżej buty, jako czyścibut, czyścić. W dodatku typowy wazeliniarz. Ale bardziej zajadle jest na... katolickim portalu (to w związku z hasłem o miłości bliźniego) Fronda.pl. Tekst nic nie wnosi, istotnym jest tylko tytuł: „Co za jad! Co za absurd!”5 i fragment jednego z komentarzy jako przykład mowy pełnej miłości wobec bliźniego: „typowy rzezany komuch” (sic!)

poniedziałek, 13 lutego 2017

(Wysoki) poziom merytoryczny



  Ledwie napisałem notkę, po części o reformie edukacji, a oto trafiam na artykuł o osobie, która (też po części) jest odpowiedzialna za tę reformę. Mowa o Urszuli Dudziak (nie mylić z piosenkarką jazzową) – teolog, dr hab., publicystce Telewizji Trwam. Na pytanie  Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny czym resort oświaty kierował się w doborze „ekspertów”, MEN odpowiedziało: „Przy doborze ekspertów do przygotowania projektu podstawy programowej kształcenia ogólnego brane były pod uwagę osoby reprezentujące wysoki poziom merytoryczny [wszystkie podkreślenia w cytatach są moje] w zakresie dyscypliny wiedzy”.

  Problem w tym, ze ta merytoryczność Pani dr hab. opiera się li tylko na prywatnych obserwacjach, które generalizują fałszywe stereotypy. Jeden z doktorantów dr hab. U. Dudziak stwierdził: „Jej lista zabronionych piosenek, książek czy zachowań jest długa. Nie czyta prasy poza „Naszym Dziennikiem”. Nie ogląda telewizji z wyjątkiem Telewizji Trwam. Nie rozmawia z dziennikarzami z laickich mediów. Ona żyje dla zbawienia wiecznego. A życie doczesne filtruje pod kątem zbawienia innych. Głównie kobiet.1. Ja pominę jej kontrowersyjne wypowiedzi na takie tematy jak szkodliwość antykoncepcji, stosunków przerywanych czy masturbacji, te pewnie są wszystkim moim Czytelnikom znane i nie będę się w tych tematach nad nią pastwił. To już zrobili inni.

  Mnie rozbawiło jej stwierdzenie, graniczące niemal z oburzeniem, że niektóre kobiety nie godzą się na całowanie w rękę przy powitaniu: „Niektóre kobiety reagują nawet agresją słowną, kiedy mężczyzna chce pocałować je w rękę. Czasem to kobiety oduczają mężczyzn zachowań typowych dla płci męskiej, rycerskości2. No cóż, czasy rycerstwa minęły już bezpowrotnie, zresztą, tak między nami, nie każdy facet mógł być rycerzem. Z moich obserwacji (ja mogę opierać się na nich, nie jestem dr. hab.) wynika, że do kontaktu z dłonią kobiet przy powitaniu dochodzi bardziej niż sporadycznie. Kobieta musi chcieć. Jeszcze rzadziej wśród tych, które wyciągają dłoń przy powitaniu, spotykam się z pewnym wektorem sił, kiedy to kobieta kieruję tę dłoń w stronę mojej głowy, jakby tego pocałunku w dłoń oczekiwała. Jestem silniejszy i do tego nie dopuszczam. Na takie czułości pozwalam sobie tylko w intymnym tet a tet. Nie każdą, a szczególnie obcą mi kobietę jestem w stanie pokochać od pierwszego wejrzenia.

  „Współczesne tendencje powodują zagubienie, ludzie nie wiedzą czasem, co to znaczy być kobietą, co to znaczy być mężczyzną3. To po części prawda, ale jeśli dziś gender ma być zbrodnią, taką samą zbrodnią, wręcz tyranią, jest narzucanie kobiecie roli „słodkiej idiotki” przed ślubem lub „matki Polki” po ślubie. Podobnie z facetami. Nie każdy ma predyspozycji bycia „twardym draniem” przed ślubem i „nieskazitelnym panem, ojcem rodziny” po ślubie. To, na ile każde z nas chce być kobietą i mężczyzną w ujęciu tradycyjnym, jest naszym osobistym wyborem i biada każdemu, kto wymusza stereotypowe szablony kobiecości i męskości. A szablony jakie wyznacza dr. hab. U. Dudziak dla kobiet to: „Znać funkcje własnej fizjologii i je akceptować. (...) Manifestować psychiczne cechy kobiecości, takie jak wrażliwość, delikatność, czułość, łagodność, empatia, łatwość porozumiewania się z innymi. (...) Mieć bogatą duchowość, głęboką więź z Bogiem, łaskę modlitwy, gotowość do pełnienia dobrych uczynków4. Te cechy kobiecości są oczywiście dopuszczalne, nie zamierzam ich negować, ale czy tylko one stanowią istotę kobiecości? Czy poza te normy nie wolno wykraczać lub koniecznie trzeba je wszystkie spełniać?

  Dalej jest jednak jeszcze bardziej kontrowersyjnie i to właśnie skłoniło mnie do napisania tej notki. Okazuje się bowiem, że pani dr hab. nie widzi nic złego w samotności kobiety, ściślej – braku życiowego partnera. Taka kobieta powinna się realizować jako... zakonnica (sic!) „Być kobietą to być matką. Ale nie tylko w aspekcie rodzenia własnych dzieci. Na Matkę Teresę z Kalkuty wszyscy mówili „matka”, chociaż nigdy nie urodziła dziecka. (...) Macierzyństwo trzeba rozdzielić – bywa fizyczne i bywa duchowe.5. Tu już nie mogę uciec od sarkazmu w kontekście innej wypowiedzi mojej „bohaterki”, kiedy to z rozbrajającą szczerością wyznała, że nie wolno kobiet pozbawiać dobroczynnych skutków męskiego nasienia (chodziło o stosunek przerywany i stosowanie prezerwatyw). Bycie zakonnicą jest w tym apekcie niczym innym jak pozbawieniem kobiet uzdrawiających właściwości spermy. Dr hab. U. Dudziak dodaje: „Powołaniem kobiet jest zarówno dziewictwo, jak i macierzyństwo. Mówiąc o dziewictwie, możemy mówić zarówno o roli sióstr zakonnych. (...) Matka, która urodzi i karmi, nie jest w stanie oddać się społeczeństwu jak siostra zakonna. (...) Dziewictwo to oddanie Bogu i ludziom, to promieniowanie macierzyństwem duchowym5. Ja to już pozostawiam bez komentarza.

  Na koniec ostatnia kwestia, która budzi mój niepokój. Czytam: „(...) należy weryfikować życie prywatne zwłaszcza tych osób, które są "laickie" i głoszą odmienne poglądy obyczajowe. Rozwiedziony albo żyjący w konkubinacie może negatywnie wpływać na postawy uczniów6. Niepokój, gdyż to już tylko krok by również weryfikować uczniów, będących na wychowaniu rozwodników lub konkubentów, również matek samotnie wychowujących te dzieci. Tym samym mogą stać się obiektem ostracyzmu, który będzie wynikał z nauki „O wychowaniu w rodzinie”, którego podstawy programowe wytycza ekspertka, dr. hab. Urszula Dudziak. Przecież to już zahacza o nazistowskie pojęcie „czystości rasy”, choć tylko ideologiczne. Przynajmniej na razie.





sobota, 11 lutego 2017

Smutno mi Boże!



  Chciałbym poruszyć dwie sprawy, w mojej ocenia bardzo blisko ze sobą powiązane, a które napawają mnie wielkim niepokojem, choć nie dotyczą mnie bezpośrednio, to jednak będę świadkiem pewnej, nazwijmy to – degrengolady.  Muszę jednak uprzedzić, to będzie moje w pełni subiektywne spojrzenie, za które oczywiście biorę pełną odpowiedzialność.

  Obywatelstwo można dziś zmienić bez żadnych problemów, natomiast narodowości nie sposób. Z jaką się urodziłeś, z taką umrzesz. I ta wiedza jest w pewnym sensie przygnębiająca. Jestem cząstką narodu, a słowo to podobno brzmi dumnie, którego dzisiaj trudno jednoznacznie określić. Sam wszak pisałem, że charakteryzuje go dziś ksenofobia, wzajemna nienawiść, nietolerancja a nawet pyszałkowatość. Jeszcze do niedawna byliśmy postrzegani również jako złodzieje, pijacy i cwaniacy. Rzecz w tym, że sami zaczynamy widzieć siebie jako naród wybrany, ostoja tradycji a przede wszystkim – wzór cnót chrześcijańskich dla innych narodów. Bóg, honor, ojczyzna droższe nam od zwykłego, ludzkiego i osobistego szczęścia. Najsamprzód dobro ojczyzny, na drugim miejscu chwała jedynemu Panu, na dalszym miejscu rozwój osobowy. Jeszcze dalej zdrowie, a na szarym końcu spokojna starość, wolna od trosk, co będzie jutro na obiad i czy w ogóle będzie.

  Przerażające jest to, że dziś elita tego narodu wybranego, przy każdej nadarzającej się okazji, a nawet gdy jej nie ma, pokazuje się na klęczkach, w postawie pokory i uwielbienia dla niematerialnego bytu, reprezentowanego przez wystrojonych, ozłoconych, cuchnących na odległość pychą hierarchów, jedynie słusznej, jedynie prawdziwej religii. Gdy tylko z tych kolan wstają, gdy tylko otrzepią kolana, idą judzić jednych na drugich przedstawicieli tego samego narodu, tylko dlatego, że nie są za „dobrą nowiną” (pomyłka zamierzona). Nie pojmuję jaki jest sens ich wiary, skoro nie potrafią „miłować bliźniego swego, jak siebie samego”?  Nie pojmuję roli Kościoła, który zamiast namawiać do pojednania, niejednokrotnie tę nienawiść podsyca. Na ustach ma słowo „miłość” tylko zapytam z niekłamanym zdumieniem, gdzie ona jest? Z tego, co widać, można odnieść wrażenie, że te nowe elity i ten stary Kościół wykuwają dziś nowy model narodowościowy – obywatel, katolicki nacjonalista, który przerobi każdą światłą naukę na swoją modłę:

(fot. z http://bi.gazeta.pl/im/4f/46/14/z21262159V,Bialystok--Nieznany-sprawca-na-slowie--rasizm--nap.jpg

  A że trudno się w takiej ocenie pomylić, wystarczy bliżej zapoznać się Podstawami Programowymi przygotowanymi do wprowadzenia przy reformie oświaty. Na pierwszy plan wysuwa się zwiększona liczba godzin historii, tak jakby to ona miłą stanowić podstawy życia młodego Polaka w przyszłości, kosztem biologii i nauk przyrodniczych, które nie zawsze wskazują na zgodne z nauką religii, elementy otaczającej nas rzeczywistości. Kanon lektur to archaizm, który na pewno nie przysłuży się wzrostowi czytelnictwa. Bez wątpienia „Pan Tadeusz” to arcydzieło, tylko co ono daje dzisiejszej młodzieży, że trzeba go wałkować przez trzy lata? Język i jego formę, której dziś nikt nie używa? Nawet erudyci. Jedynie, co można wynieś po tej lekturze, to zamiłowanie do pieniactwa i awanturnictwa, cechy tak charakterystyczne dla współczesnego narodu polskiego. Lekturą obowiązkową w klasie V będzie Biblia z jej historią powstania świata i człowieka (sic!) a w klasie VII sienkiewiczowski nobel Quo Vadis, powieść, która chyba tylko wzmocni tęsknotę za igrzyskami z krwiożerczymi lwami w roli głównej. A mnie się chce zapytać, gdzie Szymborska, też noblistka, bliższa nam tematycznie i czasowo, gdzie współczesna literatura polska i światowa, nawet jeśli tylko łatwa i przyjemna, bo tylko tak można zachęcić do czytelnictwa w dalszym, pozaszkolnym życiu?

  Posłużę się słowami wieszcza, które rozumieć trzeba jako alegorię:
„Smutno mi Boże!
Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą,
Przede mną gasisz w lazurowej wodzie
Gwiazdę ognistą,
Choć mi tak niebo ty złocisz i morze,
Smutno mi Boże!”