środa, 18 września 2019

Nie chcę straszyć, ale...


  Czy jednak możemy powiedzieć, że jesteśmy narodem katolickim, czy byłoby to przesadnym uproszczeniem? Cóż, nie wszyscy w Polsce są katolikami, a niejeden spośród wierzących nie żyje w zgodzie z nauczaniem Kościoła. Pewne jest natomiast to, że nawet jeśli wiele nam brakuje do miana narodu katolickiego, to z całą pewnością powinniśmy się nim stawać, robić wszystko, by zmierzać w tym kierunku. Powinniśmy ewangelizować, aby wszyscy stali się głęboko wierzącymi katolikami – tak ateiści, wyznawcy innych religii, chrześcijanie oddaleni od prawdziwej wiary, jak i katolicy jedynie nominalni. By pod Krzyżem znalazła się nasza rodzina, parafia, cała Polska oraz świat1 (wszystkie podkreślenie moje).

  Kościół w wersji leight zasłania się ewangelizacją, szerzeniem wiary katolickiej nie tylko słowem ale i przykładem dawanym własnym życiem, co ma Mu przyciągnąć kolejne rzesze wiernych. I to jeszcze potrafię zrozumieć.  Tymczasem cytat, który stanowi wstęp notki wskazuje na to, że jest to już groźba totalnej ekspansji i zamordyzmu katolickiego. Nie będzie zmiłuj się, jeśli te oszołomy dorwą się do władzy, a wszystko wskazuje na to, że się dorwą. Fanatyzm religii katolickiej dochodzi do głosu z siłą równą tej nazistowskiej, sprzed niespełna wieku. Jawnie domagają się tego hierarchowie, władza pod sztandarem jedynie słusznej partii i najbardziej sfanatyzowany laikat spod znaku Ordo Iuris, czy katolickiego Stowarzyszenia im. Piotra Skargi. Z pozoru niepozorna akcja „Polska pod Krzyżem” zgromadziła niby tylko (dla innych ) 60 tys. uczestników, ale nie wolno zapominać, że była transmitowana przez telewizję publiczną, tubę coraz bardziej radykalizującej się ideologii katolickiej. Aby była jasność – to nie ma nic wspólnego z wiarą katolicką, to jest religijny nacjonalizm.

  Pierwsze oznaki tego nacjonalizmu już są. Oto w szkołach w Lublinie wymyślono ankietę dla uczniów klas pierwszych do trzecich szkół podstawowych, w której ci mają odpowiadać na pytania o to, czy rodzice są po rozwodzie, czy któreś z nich jest ojczymem lub macochą, czy i jak często chodzą do kościoła, czy codziennie odmawiają wspólnie wieczorny paciorek, wszystko pod auspicjami MEN (sic!). A ten koszmar tłumaczy się tym, że religia pomaga przezwyciężyć pokusy związane z piciem alkoholu i przemocą, co zakrawa wręcz na jawną kpinę z rzeczywistości. Rząd nie potrafi się przyznać do tego, czy korzysta z programu Pegasus, który pozwala inwigilować nasze prywatne rozmowy telefoniczne oraz kontrolować treści zawarte w naszych komputerach. Warto zapytać po co? Chce kontrolować dziennikarzy jakimś samorządem, powołanym na wzór nowej KRS, na którego czele będą pewnie stać tacy ideolodzy jak Sakiewicz, Ziemkiewicz, Pereira i bracia Karnowscy. Chce też weryfikować artystów pod względem ich ideologicznej przydatności dla tworzenia nowej, jedynie słusznej kultury, coś jak socrealizm-bis. W obszernym programie partii PiS jest zawarta groźna myśl: „Równość to nie jest akceptacja ideologii, w której każdy wybór jest równie dobry, a każdy styl życia godny pochwały. To Kościół katolicki jest depozytariuszem i głosicielem powszechnie znanej w Polsce nauki moralnej”. Czy tu naprawdę trzeba dodawać, czego należy się spodziewać w najbliższym czasie?

  Właśnie w tym kontekście jeszcze groźniej brzmią słowa L. Dokowicza w czasie akcji „Polska pod Krzyżem”, przypomnę, transmitowanej na całą Polskę przez telewizję publiczną: „Mówi się dziś dużo o miłosierdziu, a zapomina się o mówieniu o Bożej sprawiedliwości. Trzeba do tego wrócić. To są dwie rzeczywistości, które trwają obok siebie. Pan Bóg jest miłosierny dla grzesznika, o ile ten Go o to poprosi. Jeżeli nie, pozostaje dla niego sprawiedliwość Boża2, i trudno mieć tu wątpliwości, kto będzie tę Bożą sprawiedliwość egzekwował. Oblał mnie zimny pot, gdy na jednym z portali katolickich czytam, że receptą na uzdrowienie Kościoła jest głoszenie Ewangelii i ubóstwo. Oczywiście ubóstwo pospólstwa, zarówno duchowe jak i materialne, bo dobry katolik – to ubogi katolik (zamiennie za katolika można wstawić „Polak”) – bo nie łudźmy się, za tę kiełbasę wyborczą będziemy musieli zapłacić sami, nie tylko ubóstwem materialnym ale i przekonaniami. Nie przesadzam. Nawet prof. Eryk Łon, członek Rady Polityki Pieniężnej, na antenie Radia Maryja wzywa do modlitwy i postu, aby wypędzić ducha kosmopolityzmu, bo ważne są tylko wartości katolickie i katolicki patriotyzm. I zapewnia, że: Warto pamiętać, iż złego ducha kosmopolityzmu i najbardziej zwyrodniałego, złośliwego złego ducha internacjonalizmu zwanego też „gangreną zboczenia” możemy wyplenić i strącić do piekła” (sic!) I ten post (chleb i woda), i ta modlitwa objęła już blisko sto tysięcy wiernych słuchaczy Radia Maryja. I potrwa do 18 października. Autentycznie żal mi tych, którzy dają się tak ogłupiać.

  Chyba do takich widoków powinniśmy się powoli przyzwyczajać. Oni zrobili to po raz kolejny. Tak ma wyglądać Polska po wstawaniu z kolan:
 A teraz, nie bez sarkazmu poproszę, znajdź różnicę (jest tylko jedna):
                                                                   kadr z filmu "Opowieści podręcznej" 

Aby nie męczyć Czytelników od razu wskażę: górna fotografia to obecna rzeczywistość, dolna, to literacko-filmowa fikcja.




wtorek, 17 września 2019

Szpital psychiatryczny


  Pan Andrzej Mleczko, znany rysownik jest. Na łamach Polityki się produkuje. I popełnił taki oto satyryczny rysuneczek:
  I zrobił się raban. Straszliwy. Niejaki Rafał Ziemkiewicz napisał: „Oni są niereformowalni. Urojenia wyższościowe, pogarda, nienawiść, frustracja i więcej nic”. Pan Dariusz Lasocki dopisał: „Zbydlęcenie. Pan Mleczko. Kropka. Choroby psychiczne to ogromne cierpienie całych rodzin. Jak tak można?!”. Aż się chce zapytać, gdzie byli ci panowie, gdy prof. Nalaskowski pisał o LGBT, że to tyfus, ospa i dżuma? Wtedy nie pisali: jak tak można, a przecież setki tysięcy osób na te choroby zmarło w strasznym cierpieniu. Do dziś bronią profesora własną piersią.

  Nie będę tego roztrząsał, mam fajny dzień, nie ma sensu się denerwować. Tym bardziej, że ktoś z pisowskich komentujących napomknął nieopatrznie, że w więzieniach i aresztach największe poparcie w roku 2011 miało PO. I wskazał na odpowiednie dane. Faktycznie tak było, PO na przemian z Ruchem Palikota miażdży PiS we wszystkich wskazanych więzieniach i aresztach. I byłoby całkiem ładnie gdyby nie to, że na samym końcu tej wyliczanki jest napisane tak: „W Wojewódzkim Zespole Lecznictwa Psychiatrycznego w Olsztynie zwyciężył PiS z wynikiem 34,62%”1. Przypomnę, to był rok 2011, i śmiem twierdzić, że nic się w tym względzie nie zmieniło. Wróć!, jednak nie tak. PiS ma wszak teraz w sondażach zdecydowane większe poparcie...





poniedziałek, 16 września 2019

Zakątek konesera


  Powoli odkrywam uroki nie tylko miasta, ale przede wszystkim osiedla, w którym teraz sobie mieszkam. W zasadzie jest fajnie. Dużo zieleni, wszystkie bloki odnowione, trawniki i żywopłoty przystrzyżone, śmieci wywożone systematycznie i nigdzie się nie walają. Dwa mankamenty to raz, brak miejsc parkingowych, dwa, sklep Delikatesy u Kubicy, otwarty od 6-tej rano do 22-giej wieczorem, w świątek piątek i niedzielę. Znaczy się taki rodzinny, więc ograniczeń w związku z niehandlowymi niedzielami nie ma. Całe szczęście oddzielają mnie od niego trzy bloki.

  Wczoraj właśnie była niedziela. Zabrakło mi śmietanki do kawy, więc rano, skoro świt, dziewiata rano idę uzupełnić braki. Tłoku nie ma. Tylko ja, a przede mną facet z trudem utrzymujący się na nogach. Pani Irenka (jestem z nią już po imieniu) do tego gościa: „Już się pan natańczył w moim sklepie. Pora iść do domu”. I wyobraźcie sobie, facet pokornie wychodzi, a mocarny był. W zasadzie takich sytuacji nie komentuję, więc tylko porozumiewawczo się do pani Irenki uśmiechnąłem. To był dla niej sygnał. „Skaranie boskie z tymi pijakami, panie Asmo, co ja tu z nimi mam. Książkę pisać”. W skrócie będzie poniżej. Do śmietanki wziąłem jeszcze kiść winogron i wychodzę ze sklepu, a tam na schodkach wciąż tańczy ten mocarny. Myślałem, że zejść nie może, albo się boi, skoro świat mu wiruje, ale on czekał na mnie. Usiłuje mi wcisnąć do ręki zmiętą dychę i prosi: „Kup mi pan małpkę, bo ta jędza mi nie sprzeda, a ja bez tego cały dzień do dupy”. Grzecznie odmówiłem. Zawsze w takich razach odmawiam.

  Pani Irenka opowiadała jak to naród się rozpija tymi małpkami. Tanie to i każdego stać. I nie ma różnicy, stary czy młody, kobieta czy mężczyzna, bezrobotny czy profesor. Te małpki mieszczą się bez problemu w kieszeni albo w torebce, więc nawet policjant czy straż miejska nie zauważy. Wystarczy się obrócić i pociągnąć prosto z buteleczki. Dwa, trzy łyki i w głowie piękny szmerek. Czasami red bull lub inny dopalacz i efekt silniejszy. Choć nie wszyscy. Bywają tacy, co to piją tylko w domu albo w pracy. U pani Irenki pojawia się co drugi dzień jakiś uczony wykładowca, co to wykłady ma o uzależnieniach dla uzależnionych, i zawsze kupuje pół litra żołądkowej gorzkiej. Jest też jedna stała klientka. Młoda, zawsze uśmiechnięta, przyzwoicie ubrana. Bułeczka, jogurcik, małpka do torebki i na tramwaj do centrum, do pracy.

  W innym miejscu osiedla jest ciąg sklepów różnych z pomniejszych sieci typu Żabka. Osiedlowe centrum handlowe, bo Biedronka i Lidl po drugiej stronie dzielnicy i nieco daleko. Chodzę tam, bo i piekarnia, i mięsny, i warzywniak, i karma dla Havy. Tam jest taka duża wiata, gdzie każdego dnia stoją ci sami ludzie. Stoją, gdyż ławek brak, podobno na życzenie kupujących i okolicznych mieszkańców. Widać na nic się to zdało. Już ich z widzenia rozpoznaję. Tak z kilkunastu, z niewielką przewagą mężczyzn. Nie widać, aby pili, wszak w miejscach publicznych nie wolno. A jednak, im późniejszą porą tam trafiam, tym oni bardziej taneczni i rozgadani. Nogi ich do tańca niosą, czy cóś. O czym oni całymi dniami gadają, nie mam zielonego pojęcia, ale pamiętam, że swego czasu pół litra czystej nazywano „rozmowną”.

  Tymczasem statystyki są straszne. Rocznie 11 litrów czystego spirytusu na łebka, niemowląt nie wyłączając. Wszystko strasznie drożeje tylko nie wódka. W spożyciu przebiliśmy już podobno Ruskich. Oni znaleźli sposób i dziwię się, że nasz Kościół jeszcze na to nie wpadł. Czytam: „W przypadający 11 września Dzień Trzeźwości, metropolita twerski i kaszyński Sawwa, wynajął samolot by nad miastem odczytywać modlitwy i całe miasteczko skropić..., święconą wodą1 (sic!) Podobno tę święconą wodę wylewał z kielicha, bo jak Sawwa chciał kropidłem, to ta święcona woda tylko na jego twarz pryskała z powodu pędu samolotu. Czy to było skuteczne, trudno powiedzieć. Jedna z mieszkanek wyznała, i trudno jej nie wierzyć, że jak jej stary tego metropolitę z długą brodą, i z tym kielichem w ręku zobaczył, w nisko lecącym samolocie, przyrzekł, że już więcej do ust gorzały nie weźmie. Przestraszył się, że też go tak będą obwozić...

Teraz wreszcie czas wyjaśnić tytułu felietoniku. Znacie jakieś fajne nazwy sklepów monopolowych?
                              Foto „Wyborcza” – nie mylić z wyborową. Radzę powiększyć „Promocje”.

 

sobota, 14 września 2019

Zgwałcili profesora


  Już na wstępie proszę, co bardziej wrażliwych, a szczególnie wierzących Czytelników, aby nie czytali tego, co napisane kursywą. Będzie ostro, wręcz wulgarnie, a o tym, że obrazoburczo już nie wspomnę.

Wypełzają z kościołów i kaplic na ulice polskich miast, wpychają się do szkół i urzędów. Odurzeni chorą religią, nieszczęśnicy i fanatycy, których dopadła katolicka zaraza. Zawodzą i modlą się, maszerują w procesjach i pielgrzymkach, wznosząc krucyfiksy, okadzając monstrancje, żłopią wino i połykają opłatki. Mają wszystkie prawa przysługujące obywatelom Rzeczypospolitej. Mogą wchodzić do szkół i przedszkoli i nikt nie sprawdza, co tam robią. Mają prawa wyborcze, nikt im nie zagląda do sypialni na plebaniach, nie przesłuchuje, nie zakazuje sekswyjazdów z ministrantami do Częstochowy. Mają coś więcej - mają przywileje, których nikt z nas nie ma. Mogą nas lżyć, drwić z nas bezkarnie pod osłoną kamer państwowej telewizji.

Ich pokraczny krucyfiks traktowany jest jak jakaś świętość, a my musimy go szanować. To tak jakbyśmy mieli uznać, że tyfus, dżuma czy ospa zasługują na cześć i szacunek. Mówią: Nie walcz z zarazą, bij przed nią pokłony, a jeśli tego nie akceptujemy, to znaczy, że obrażamy uczucia religijne. Świętość i szacunek mają w nadmiarze, ale to za mało, domagają się więcej. Już nie tylko szacunku i akceptacji, ale także miłości, a ostatecznie - hołdów. Spasione katabasy w sutannach, śliniący się pedofile, świętoszkowaci cwaniacy z ruchów pro life, toporne babiszony w bezkształtnych garsonkach, które na swoje tępe głowy wdziewają welony, jakby były niebiańskimi aniołami. Nieszczęśnicy uwierzyli, że klękanie i chóralne zawodzenie modłów to najlepsza droga do zbawienia. Jest paciorek, jest szturm! Na pohybel ateistom!

Czarna katolicka zaraza, pełzająca tyrania chronionych przez państwo pedofilów okupujących nasze szkoły i urzędy wyciąga teraz łapska po teatry, kina, internet. Chcą wleźć do naszych głów i cenzurować nasze myśli, wzmacniani przez armię policyjną pojawią się zapewne w naszych sypialniach. Prawdziwie katolicka i pedofilska armia. Przyjdą, by wsadzać paluchy w łona naszych kobiet i sprawdzać, czy przypadkiem nie zaszły w ciążę. Pójdzie prosto do sypialni naszych dzieci. A potem dalej - do żłobków i przedszkoli, a arcybiskup będzie im przewodnikiem. Ich znak pokoju to nasz niepokój. To ich obleśne symbole i transparenty, ich hasła o wartościach chrześcijańskich, czy miłości bliźniego. Tak jakby trzeba nas było uczyć miłości. Jakbyśmy nie żyli w kraju przepełnionym miłością. Jednak ta ich groteskowa miłość bliźniego to czyste szyderstwo. My dla niech jesteśmy jedynie najgorszym sortem, lewakami, pedałami i komuchami. Jesteśmy obiektem szyderstw padających z ambon. Oni to elita. Chcą rządzić wszystkim i kontrolować wszystko. Chcą mieć wszystko. I nie miejmy złudzeń - pewnie będą mieć. Jeden ministrant na tydzień i do kurortu na Jasnej Górze. Ta religia uwielbia niestałość. Dlatego gwałci wszystko, co napotka na drodze.

Nie bójmy się już dłużej, bo zaraz będziemy jak zgwałcona kobieta, która ma się czuć winna, że ją zgwałcili. Nie powtarzajmy tego błędu. Nie podawajmy ręki wyznawcom katolickiej zarazy, nawracajmy niezdecydowanych i obiektywnych. Obudź się obywatelu, dopóki jeszcze szkoły są państwowe, a nie kościelne! Niech nasz opór będzie betonowy, głośny i jawny! Niech każdy mówi wprost o tym, że także katolickiemu złu mamy się sprzeciwiać. To już wręcz misja. Przerwijmy ten zbiorowy gwałt”.

  Masz dość mój Czytelniku? Jesteś zniesmaczony? Cóż, nawet ja, ateista z krwi i kości też bym się tak poczuł. Uspokoję, to nie mój tekst. Żaden uczciwy, choćby nawet zajadły antyklerykał, pewnie by tego nie napisał, a już na pewno nie opublikował. Spokojnie, to nie jest też normalny tekst – to parafraza artykułu „Wędrowni gwałciciele”1, opublikowanego na łamach tygodnika „Sieci”, którego lekturę gorąco polecam, aby uspokoić nerwy po tekście zaprezentowanym w mojej notce. Za ten tekst w „Sieci”, jak twierdzi jego autor prof. Aleksander Nalaskowski, on sam został zgwałcony i wyrzucony na przymusowy urlop z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. I prawica wręcz wyje z oburzenia, że na tym uniwersytecie łamie się wolność słowa (sic!).

  Poseł PiS, a zarazem szef Rady Mediów Narodowych Krzysztof Czabański poprosił premiera Morawieckiego o interwencję w obronie Nalaskowskiego, który jego zdaniem "w żaden sposób nie naruszył dóbr osobistych konkretnych osób, tylko wypowiadał się krytycznie o działalności środowiska LGBT, polegającej na narzucaniu w brutalny sposób swojej ideologii oraz towarzyszącemu temu profanowaniu symboli oraz uroczystości religijnych2. Skoro tekst Nalaskowskiego nie narusza dóbr konkretnych osób, tym bardziej tekst Wojciecha Maziarskiego, autora parafrazy, też niczyich dóbr konkretnych osób nie narusza. Wolno o LGBT, wolno i o Kościele.


PS. Tekst parafrazy jest odrobinę skrócony, gdyż notka okazałaby się zbyt obszerna.