czwartek, 8 grudnia 2016

Santo subito!



  Wydawało się już, że jubileusz Radia Maryja mamy za sobą. Chciałby się natychmiast i od razu  (powtórzenie zamierzone) zapomnieć o tym akcie wiernopoddaństwa władzy świeckiej wobec Kościoła, w dodatku uosobionego przez o. Rydzyka. A ta uroczystość, która blichtrem i blaskiem przyćmiewa niemal wszystkie wydarzenia kulturalne w tym kraju, a nawet i państwowe święta, to nie tylko w mojej ocenie, prawdziwa kompro- mitacja.

  Niestety, nic z tego. Nie pozwalają o tym zapomnieć prawicowe media. Na portalu wPolityce.pl czytam „artykuł”1, ba! hymn pochwalny na cześć Ojca Dyrektora, z którego można wnioskować, że ten tytuł, nadany mu z przekory i szyderstwa, jest dziś wręcz zawołaniem: „Santo subito!”. Pani Królikowska-Avis pieje z zachwytu nad tą postacią, nie ukrywając, że zachwyca się też poddaństwem naszych władz świeckich, miłościwie nam panującym. Bo Ojciec Dyrektor uosabiający Radio Maryja, buduje naszą wspólnotę i danej nam siłę i nadzieję (sic!). Oczywiście swoją opinię podpiera słowami Jana Pawła II, który choć z daleka omijał to Imperium Ojca Dyrektora, raz kurtuazyjnie miał się wyrazić, że „Ja Panu Bogu dziękuję codziennie, że jest w Polsce takie radio, Radio Maryja.” Autorka przyznaje, że nie śledziła rozwoju Imperium Rydzyka, bo była za granicami kraju, ale dziś wie, że to imperium powstawało mimo sprzeciwu i terroru liberalnej władzy i wiadomych mediów. Powstawało z niczego, tylko dzięki dobrowo- lnym datkom darczyńców. Dzięki wysiłkowi rzeszy wiernych i sympatyków, dziś takie BBC nawet się do tego imperium nie umywa (sic!) W artykule ani słowa o wyłudzaniu pieniędzy na stocznię, które nigdy tam nie dotarły, ani słowa o wsparciu ze strony antysemity Kobylańskiego, wreszcie ani słowa o otumanieniu starszych, którzy oddawali swoje emerytury i majątki.

  Można by sądzić z lektury tego artykułu, że Ojciec Dyrektor był większym męczennikiem niż ks. Jerzy Popiełuszko. Szykanowany, poniżany i gnębiony. „Przez 25 lat wylewano na jego głowę nieobliczalną ilość wiader pomyj” i choć wprawdzie jeździł mercedesami, ubierał się w złocone ornaty, mieszkał w luksusach, ale to przecież nie było jego. On, jak przystało na prawdziwego zakonnika nie ma nic, jest biedny jak przysłowiowa mysz kościelna i jak należy przypuszczać, poza oficjalnymi uroczystościami żywi się tylko chlebem i wodą. Mimo wrodzonej skromności i ascezie  miał na tyle sił, aby przeprowadzić w Polsce, jak to określa autorka, „wielką narodową psychoterapię”. Obudził ten naród z liberalnego letargu i reżimu, wskazał jaka jest droga do władzy absolutnej i tylko ci, którzy go wspierają, mają na nią szansę.

  Już na koniec osobiste przemyślenia pani Królikowskiej-Avis kontra moje. Ona się nie może nadziwić dlaczego „Gazeta Wyborcza” nie chce zewrzeć szyków z „Radiem Maryja” i ścisłej współpracy. Oczywiście ta współpraca miałby polegać na tym by „Wyborcza” wychwalała Ojca Dyrektora pod niebiosa i każdy jego pomysł.  Ale prawdziwe kuriozum to stwierdzenie, że ta współpraca nie jest możliwa, bo „Wyborcza” pewnie chciałaby dyktować swoje warunki (sic!) Ja mam zgryźliwe pytanie do Autorki tego artykułu: jakie zioła trzeba pić, aby dojść do tak absurdalnych wniosków? Ja wprawdzie rozumiem, że konserwatyzm, ten skrajnie prawicowy potrzebuje duchowego przywództwa i tak naprawdę nie mam nic przeciw istnieniu tego rydzykowego Imperium, tylko dlaczego hipokryzja je tworząca ma być udziałem bezwzględnie wszystkich? Dlaczego mam poddać się psychoterapii mające wzbudzić we mnie ksenofobię i nienawiść do innych? Dlaczego mam przekładać klepanie zdrowasiek nad lekturę dobrej, niekoniecznie religijnej książki? Wreszcie, dlaczego mam się dzielić swoją emeryturą z kimś, kto nie da mi nic, nawet pocieszenia, kto na pytanie: dlaczego cierpię, odpowie mi, że taka jest wola Boga...



poniedziałek, 5 grudnia 2016

Hasełka


  Proszę nie mylić z jasełkami. Pamiętam dokładnie hasło przywódców komunistycznych naszego pięknego kraju: „Partia z narodem. Naród z partią.” Przypominają mi się też inne, też znamienne dla tamtego okresu: „Dobro człowieka – nadrzędnym celem działania partii!”; „Budujemy Polskę silną, rządną, sprawiedliwą!”; „Realizujemy uniwersalne zasady budownictwa (socjalistycznego) w polskiej rzeczywistości!”; „Wszyscy jesteśmy za Polskę odpowiedzialni!”; i na koniec tej niepełnej zresztą wyliczanki: „W Polsce prowokacja polityczna nie przejdzie!”.  Jeszcze raz powtórzę, to były hasła „radosnego” socjalizmu. Byłem przekonany, że już nigdy ich lub im podobnych, z ust rządzących nie usłyszę...

  Na przekór moim marzeniom, od roku, jedynie słuszna partia i wspierający ją jedynie słuszny Kościół, szafują nimi na prawo i lewo, w zależności od potrzeb odpowiednio zmodyfikowanymi. Przodują w ich tworzeniu, a raczej, nie bójmy się słów, w plagiacie, Pani Premier i Pan Prezydent, z inspiracji nieformalnego Naczelnika Państwa. Brakuje tylko odpowiedniej pieśni, jak ta: „Wyklęty powstań, ludu ziemi! Powstańcie, których dręczy głód! Myśl nowa blaski promiennymi, dziś wiedzie nas na bój, na trud!” Chwytała za serce, bardziej niż dzisiejsze publiczne modlitwy. Ale jak znam życie, i ten brak się nadrobi. Że mam dziwne skojarzenia? Jak ich nie mieć, skoro podobieństwo jest dla mnie aż nad wyraz widoczne? Znamienny jest też ten zwrot „My, naród”, któremu już jawnie towarzyszy dodatek: „Kto nie z nami, ten przeciw nam!”. A jak nie odnaleźć podobieństwa między „Zaplute karły reakcji” a „Zdrajcy narodu polskiego”. Dość hasełek, bo zbiera mnie na wymioty...

  Kiedyś winnymi wszystkiego był zgniły Zachód a mniej nieoficjalnie, czerwony ruski. Dziś zdegenerowana Unia Europejska i putinowska Rosja, ale najgorsze jest to, że jesteśmy wrogami samych siebie. Przez krótki moment, ledwie ćwierćwiecze, odpowiadaliśmy sami przed sobą, ale skoro nie bardzo wyszło, wrogów trzeba było znaleźć. Dla chcącego żaden problem – lewacki liberalizm sterowany przez lobby żydowskie i podsycany przez wciąż żywy komunizm w Rosji. Do tego ten wstrętny ateizm podpierający się gender. Zazwyczaj, gdy był realny wróg, potrafiliśmy się realnie konsolidować. Co się stało, że nie tym razem? Czyżby wróg nie był do końca realny, a bardziej wyimaginowany? Tak się bowiem jakoś dziwnie składa, że wszystkie totalitarne rządy potrzebują wrogów, tak jak ryba wody. Bez nich po prostu nie mogą usprawiedliwić swoich totalitarnych zapędów. A w tym naszym, środkowo-europejskim kraju, dziwnie i w zastraszającym tempie tych wrogów przybywa. Wewnątrz liberałowie i niewierni, a nawet i wierni o ile zbyt słabo wierzą władzy, teoretycznie już tylko świeckiej. Tymi wrogami stają się nawet ikony walki z komunizmem i ludzie, którym wciąż ideały demokracji są ważniejsze niż własna wygoda i, nomem omen, święty spokój. Nasz Prezydent rozpoczyna urzędowanie od ułaskawienia nieprawomocnie skazanego na trzy lata pozbawienia wolności, a rząd natychmiast oddaje mu pod władanie jeden z elementów władzy siłowej, tego samego, za który ma wyrok. Później już tylko lawina ustaw mających demokrację zdewaluować. Lawiny nie da się zatrzymać ani zapobiec jej niszczycielskiej sile. U nas ta lawina dopiero rozpoczyna swój bieg, jej skutków nikt nie przewidzi. Nie inaczej jest na płaszczyźnie międzynarodowej. Putin zaciera ręce z radochy, choć akurat rządzący chętniej widzieliby go w rozpaczy. Pozbywamy się silnych partnerów na rzecz idei, tej z gatunku idee fixe, jak grupa wyszehradzka, bardziej niespójna niż RWPG, bo tą drugą spajał przynajmniej przymus ZSRR. Jeszcze większą mrzonką jest Międzymorze, do którego akces zgłasza na razie tylko Polska. Pozostają nam Węgry, zrujnowana wojną domową Ukraina, komunistyczne Chiny, a ostatnio totalitaryzm Białorusi, z którą nasze władze wiążą duże nadzieje. Gdzie indziej patrzą na nas w najlepszym razie ze zdziwieniem.

  Odetchnąłem na chwilę do hasełek, więc mogę na koniec do nich powrócić. Coś mi się zdaje, że pod koniec kadencji (a może i dwóch) najlepszej z partii, jaka się w tym kraju nam trafiła, czyli PiS, będziemy już tylko cienko śpiewać: „Polacy, nic się nie stało. Polaaacy, nic się nie staaało!” Przypomina mi się pewna anegdotka z czasów, gdy pracowałem w kopalni. To był czas emisji serialu „Korzenie”, w którym właściciel niewolników przechrzcił głównego bohatera, Kunta Kinte  na Tobi. Takie było jego, właściciela niewolników, zbójeckie prawo. Któregoś dnia konsternacja i straszliwe zamieszanie na najwyższych szczeblach kierownictwa mojej kopalni. I wcale nie chodziło o ekonomię, bo górnicy pod tym względem mieli się wtedy całkiem, całkiem. Co drugi wagonik z węglem wydobywanym z dołu miał wypisane kredą obrazoburcze hasło: „Nasza partia wszystko robi, żeby górnik żył jak Tobi.” Tylko ja się dziś zastanawiam, dlaczego mi się to przypomniało..., bo raczej nie z tęsknoty.


środa, 30 listopada 2016

Lewactwo



  Ja to mam szczęście. Ledwie napiszę jakąś notkę1, zaraz, i to zupełnie przypadkowo, coś w tym temacie rodzi się w rzeczywistości. Ledwie bowiem opublikowałem notkę na drugim blogu, mającą charakter bardziej filozoficzny niż polityczny, oto trafiłem na wywiad profesora i jego małżonki, niemal w tym samym temacie, choć już ewidentnie o zabarwieniu politycznym. Bo też profesor i jego małżonka są rodzicami wybitnej osobistości politycznej.

  Najpierw jednak klika słów wyjaśnienia. Lewactwo to pogardliwe określenie skrajnej lewicy2, szczególnie tej, której marzy się rewolucja i dyktatura proletariatu. Natomiast lewica to za Wikipedią: „Lewica – określenie pochodzące z okresu rewolucji francuskiej, używane odnośnie do ruchów żądających zmian polityczno-ustrojowych, społecznych i gospodarczych. Głównym założeniem lewicy jest dążenie do wolności, równości i sprawiedliwości społecznej.” Niestety, w naszym kraju, za lewactwo uchodzi wszystko to, co nie jest konserwatywne (czytaj: jest w opozycji do miłościwie nam panujących). Jeszcze ściślej, możesz być nawet prawicowcem, ale jeśli nie podoba Ci się Kaczyński lub Prezydent Duda i tak jesteś lewakiem. Proste jak obie części cepa.

  A teraz do sedna. Nie przywykłem wyśmiewać się z ludzi starych. Nie tego mnie w domu uczono, więc i teraz nie będę się wyśmiewał, choć nie będę stroniło od oburzenia. W „Naszym Dzienniku” ukazał się wywiad z rodzicami Prezydenta A. Dudy w związku z Intronizacją3. Polecam mój link, bo w necie tylko wstęp, reszta za opłatą, co łaska. Zaczyna się ciepło, ale gdzieś tak w połowie, ci rodzice przystępują do bezpardonowego ataku, jak przystało na prawdziwych chrześcijan. Matka: „Wróg zawsze niszczy filary Narodu.”, ojciec, profesor dodaje: „Chyba trzeba być ciemnym, za przeproszeniem, gdy ktoś tego nie rozumie. Bezczelność tych kręgów – wrogich jakimkolwiek symbolom religijnym – jest po prostu niewiarygodna.” – to odnośnie pomnika Chrystusa w Poznaniu.  W sprawach publiczno-politycznych też nie przebierają w słowach. Ojciec, profesor: „Musimy zatrzymać ten trend rugowania Chrystusa z przestrzeni publicznej. To jest nasz obowiązek jako Narodu. (...) ten Akt [intronizacji – dopisek mój] był bardzo potrzebny, żeby przypomnieć ludziom, że my mamy zobowiązania wobec Chrystusa, do tego, żeby utrzymać w sercach wiarę, że On jest Królem. Że powinniśmy dążyć, aby było królestwo Boże na świecie. (...) jeśli ktoś mi tłumaczy, że nie ma różnicy między kobietą a mężczyzną poza różnicami kulturowymi, to jest ewidentne wciskanie ciemnoty. Oczywiście cel jest jasny: depopulacja Europejczyków. (...) Pan Lukas (ideolog nowej lewicy) wymyślił, że wystarczy obrzydzić kobiecie mężczyznę, a mężczyźnie kobietę i jeszcze cały czas mówić, jakie to są problemy z dziećmi, że rodzina to przemoc, patologia.”

  Tu się na chwilę zatrzymam. Te słowa wypowiada profesor, któremu chyba z nienawiści wszystko się pomieszało. Bo ja chciałbym wiedzieć, kto mówi, że nie ma różnic biologicznych między kobietą a mężczyznom? Ba! akurat twierdzi się, że tych różnic nie ma, lub nie powinno być, zarówno na niwie społecznej jak i kulturowej. Nikt nie neguje istnienia penisa i waginy, więc kto tu komu wciska ciemnotę panie profesorze Duda? Pokaż mi pan kraj, poza Chinami i Indiami, których rządy nie stawiają na wzrost populacji swoich narodów. Usiłujesz pan otumanić nas jakąś nową spiskową teorią dziejów. Dotąd stali za nią Żydzi, dziś, wg profesora chyba islamiści, którzy chcieliby zaludnić sobą Europę? Jest jeszcze ten nieszczęsny Lukas, ideolog lewactwa. Nie do końca wiadomo o koga chodzi, ale przypuszczam, że o Györga Lukácsa, węgierskiego marksisty zmarłego w 1971 roku. Zapytam z przekorą, kogo dzisiaj jego teorie interesują, skoro komunizm został uznany przez tych wstrętnych liberałów za system zbrodniczy?

  Na koniec jeszcze jedna fraza profesora, ojca Prezydenta i postępowca: „Mamy święte prawo do tego, żeby cieszyć się, że Chrystus jest naszym Królem, to nas buduje. Dlatego powtarzam, że tym prawem powinniśmy się chwalić, nie dać się podporządkować propagandzie drugiej strony, która usiłuje zrobić z nas jakichś zacofanych ludzi. To właśnie my jesteśmy nowocześni, bo uwalniamy energię ducha przez takie akty jak Wielka Pokuta i Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana.” Oczywiście, ma pan święte prawo się cieszyć i chwalić się tymi działaniami. Tylko, na Boga!, niech pan nie twierdzi, że na tym polega nowoczesność, bo ośmieszasz pan całą profesorską palestrę, nawet tę jej część, która jest wierząca. I proszę mnie w te postępowe, nowoczesne Akty nie mieszać, bo choć czuję się Polakiem, nie jestem w stanie z nimi się utożsamiać.

piątek, 25 listopada 2016

Cztery do ośmiu



  Ja już naprawdę nie pojmuję, co się porobiło? Zawodowi komentatorzy sportowi cieszą się z przegranej, ba! z klęski Legii, i to z rezerwami jednej z najlepszych drużyn niemieckiej ligi. A pewien portal katolicki obwieścił, że to za wstawiennictwem jakiegoś świętego Legia wypadła wyjątkowo dobrze. Ale przyznaję się bez bicia, żaden ze mnie spec od piłki nożnej, więc może ja naprawdę nie rozumiem, że to sukces.

  Problem w tym, że w życiu politycznym jest wręcz podobnie, a tu już mi się wydawało, że przynajmniej w części znam sposoby jej działania. Weźmy taki PKB. Dość to zawiły wskaźnik, nawet dla mnie, ale od zawsze mi tłumaczono, że on decyduje o tym czy wszystko idzie w dobrym kierunku. Im większy tym lepiej, choć tak naprawdę od tego w kieszeni mi pieniędzy nie przybywa. Okazuje się, że niekoniecznie, bo oto jakiś nawiedzony i znany ekonomista, na łamach portalu wPolityce.pl tłumaczy, że wbrew moim wyobrażeniom, ten malejący dziś wskaźnik i to w zastraszającym wręcz tempie, to powrót do normalności: „Polski PKB - nie tyle maleje, co normalnieje.” (sic!) Nawet bym się z nim zgodził, gdyby przyjąć, że Polska ma się najlepiej, gdy jest biednym i zacofanym krajem. Tyle, że coś tu nie gra, bo Naczelnik Państwa stwierdził autorytatywnie: „Doprowadzimy Polskę do wielkości, która nam, Polakom, się należy.” Tylko teraz nie wiem, czy ta wielkość ma polegać na zacofaniu, czy też nam się mała wielkość należy, to po prostu nasza racja stanu? Ten ekonomista, a jakże, znalazł przyczynę tego spadku PKB: „Mniej reklam i prenumerat w urzędach, ze strony instytucji publicznych dla GW, Newsweeka czy TVN-24 to też niższe szanse na większy wzrost PKB, ale w tym wypadku Polacy pewno, zgodziliby się na pełną zapaść.” (sic!) Autorem tych słów jest Janusz Szewczyk i przyznam, że mnie wprowadził w konsternację. Szkoda, że nie przeprowadził sondażu, jak to Polacy pragną, z powodu wymienionych mediów, pełnej zapaści gospodarczej. Choć to w pewnych kręgach możliwe, skoro kibiców cieszy przegrana cztery do ośmiu...

  Tu przypomina mi się diagnoza Pana Stanisława Tyma. Ten bezspornie najlepszy kandydat na nadwornego błazna, niczym Stańczyk czasów zygmuntowskich (szkoda, że rząd takiego stanowiska nie powołał), wyraził się dość trafnie o obecnych rządach i kierunku jego działań: „Choć nie ma sztormu, statek admirała od roku płynie na dryfkotwie. Hamuje po prostu.” Pozostaje nieodgadnione, kogo ma na myśli, tytułując go admirałem, ale to bez znaczenia. Te wszystkie wypowiedzi przebija minister Morawiecki mówiąc o planach związanych z kwotą wolną od podatku: „Celujemy w kwotę 6,6 tys. zł, żeby to minimum socjalne było bez podatku, ale potem, żeby kwota wolna dość szybko wracała do obecnego poziomu.” (sic!) Sorry za wyrażenie, od którego nie mogę się powstrzymać; ja pintolę! Bo nie rozumiem, po co tyle wysiłku w podwyższenie tej kwoty, skoro ma wrócić do obecnego poziomu, a przy okazji zniesie się ją w ogóle dla bogatych? Nie lepiej od razu tak bezpardonowo? Biednym wyborcom PiS wystarczy uciechy. Ba! pozostaje tylko nieodgadnioną kwestia, kogo Pan minister uzna za bogatych? Tu już należy się lekko bać...

  Aby nie było, że ja tylko na obecnie nam miłościwie panujących. PO w rozsypce po ośmiu latach rządów. Taka zbieżność: potencjalne cztery lata PiS (przy takiej koniunkturze) oraz osiem lat koalicji PO-PSL, czyli tytułowe cztery do ośmiu. Pan Schetyna mówi: „My chcemy, żeby Polska była znów liderem, żeby była najlepiej urządzonym krajem. Krajem sukcesu, który jest pokazywany jako wzór dla Europy.” Jakbym słuchał Niemca na ruinach Berlina w maju 1945 roku. A mnie się ciśnie proste pytanie do Pana Schetyny: a kto nas tak urządził, jeśli nie koalicja PO-PSL? Tak Panie Schetyna, gdyby nie nieudolność tej koalicji dziś zdanie, autorstwa Pana Sierakowskiego: „Nikt nikomu nic nie ukradł, nie zgwałcił, nie zabił, nie uciekł z miejsca wypadku. Nic specjalnego się nie stało - co nie znaczy, że nie złamano prawa.”, dotyczące prób odwołania prezydentów wielkich miast, byłoby całkowicie bezzasadne!

  Skoro jestem przy cytatach, na koniec jeszcze jedno kuriozum. Chyba wszystkim wiadomo, że jakiś gość, łotr i nikczemnik zaplanował zamach na Prezydenta. Po dobie nie postawiono mu żadnych zarzutów. Ale do łez rozbawił mnie komentarz rzecznika prokuratury: „Nie jesteśmy w stanie badaniami ustalić kwestii związanych z tym, czy woda miała jakiekolwiek właściwości związane z kultem religijnym. Natomiast świadek wskazuje, że była to woda święcona.” Z wodą święcona na Pierwszego Katolika w tym kraju (sic?!) Ten rzecznik pewnie mocno naraził się Kościołowi, bo przecież wiadomo wszem i wobec, że woda święcona ma nadzwyczajne właściwości...


środa, 23 listopada 2016

Do szcześcianu



  Rzecz mnie kompletnie nie dotyczy. Dzieci w wieku szkolnym nie mam, o wnukach nic nie wiem, nawet jeśli są. Mam troje „przyszywanych”, ale te są (na szczęście) w Anglii. Zacznę z „grubej rury”. Zostałem zaproszony przez znajomych na kawę. Nawet chętnie przyjąłem, bo choć oni zadeklarowani PiS-owcy, ostatnio jakby lekko przycichli z tym hurra optymizmem. Na moje nieszczęście tym razem była też „mamusia” dwójki urwisów: ośmio i dziewięciolatka. A ponieważ na topie protest nauczycieli, pierwsze zdanie jakie z jej ust padło dotyczyło gimnazjów. Piszę z pamięci: „Wreszcie te siedliska bandytyzmu, zgorszenia i rozpusty zlikwidują. To przecież tam ta czysta patologia się lęgnie!”

  Mnie w pierwszej chwili zatkało. Mam znajomą nauczycielkę gimnazjum i wiem, że aż tak źle nie jest. Owszem zdarzają się wybryki gimnazjalistów, nawet częściej niż na innym etapie nauczania, ale które bardziej wynikają z ich temperamentu i braku wychowania w środowiskach rodzinnych – nierzadko patologicznych. Nauczyciel ma w zasadzie związane ręce, bo mu właściwie niczego nie wolno, a już karać w żadnym wypadku. Ale nie o tym. Zapytałem młodą „mamusię” czy jest pewna tego, co mówi, szczególnie w kwestii tak długo oczekiwanej likwidacji gimnazjów. Ochoczo przytaknęła i widać było, że żadna dyskusja ją nie przekona. Zapytałem więc spokojnie, gdzie teraz ta zdemoralizowana banda nieuków z byłych gimnazjów się znajdzie? Czy aby nie wśród dzieci w okresie komunijnym, sorry, podstawowym, a wiadomo, że na młodszych i słabszych jeszcze łatwiej się wyżyć. Bo przecież sama likwidacja gimnazjum tej patologii nie usunie, a obowiązek nauczania jest. Tym samym, jej ukochane, grzeczne, choć rozrabiające dzieci zetkną się od samego początku z brutalnością szkolnej rzeczywistości. I ja po raz pierwszy zobaczyłem w jej oczach prawdziwe przerażenie...

  Do napisania skłoniły mnie trzy artykuły wPolityce.pl na temat reformy edukacji, wszystkie trzy będące w kontrze do ostatniego protestu nauczycieli. Rozpocznę od najłagodniejszego, będącego relacją programu „Jeden na jeden”1, w którym wzięła udział szefowa Gabinetu Politycznego Rządu, pani Elżbieta Witek. Tu nie mogło być inaczej jak tylko powtórzenie słów minister Zalewskiej. Reforma jest świetnie przygotowana i ma służyć rozwojowi zdolności naszych uczniów. Rodzi się jednak pytanie, czy do tego było potrzebne rozwalanie całego systemu szkolnictwa, może wystarczyłoby przygotować zmiany programowe? A teraz te zmiany są przygotowane „na gwałt” wymuszone jakąś iluzoryczną datą 30 listopada. A podobno, co nagle to po diable. Bardziej kuriozalne wydaje się być stwierdzenie, że nauczyciele nie mają podstaw obawiać się zwolnień, bo te, jeśli będą to tylko w związku z niżem demograficznym (sic!) Innymi słowy, kopia retoryki pani premier B. Szydło. Zwolnień nie będzie choć będą, ale to nie z naszej winy. I jeszcze jedno fantastyczne zdanie. Jako związkowiec, pani Witek nigdy by sobie nie pozwoliła na taki protest! Przypomnę. W czasach PRL-u też były związki i też żaden związkowiec (partyjny) na jakikolwiek protest by się nie odważył. W końcu te związki zawodowe popierały w pełni program partii i narodu.

  Ostrzej i dosadniej wypowiada się Janusz Wojciechowski2, były już Prezes Stronnictwa Ludowego, obecnie eurodeputowany, od 2010 roku członek PiS.  Pozwolę sobie na cytat raportu NIK, którym posługuje się ów eurodeputowany: „ (...) Dzieci i młodzież wciąż narażone są na zjawiska patologiczne w szkołach. Nasilają się „tradycyjne” formy przemocy słownej i fizycznej, a dodatkowo rozwijają się nowe, w cyberprzestrzeni. Szkoły od lat nie radzą sobie z problemem: nie diagnozują sytuacji, a nauczyciele nie zawsze potrafią rozpoznawać zagrożenia. Szkoły nie otrzymują też odpowiedniego wsparcia od władz samorządowych ani rządu. Rządowy program „Bezpieczna i przyjazna szkoła” zakończył się niepowodzeniem. NIK zwraca uwagę, że warunkiem wdrożenia skutecznych działań zapobiegawczych jest rozpoznanie realnych problemów. Według danych z dokumentacji szkół skontrolowanych przez NIK…najwięcej zachowań patologicznych występuje w gimnazjach (...)” To samo, co piszę we wstępie, choć jak dla mnie diagnoza jest niepełna. Bo to nie w szkołach, a w gimnazjach w szczególności, propaguje się patologiczne zachowania. One tam mają miejsce, bo to jest zbiorowisko młodzieży, a nauczycielom odebrano de facto wszystkie możliwe argumenty, mogące tym zjawiskom przeciwdziałać. Te patologie rodzą się w rodzinach, bezpośrednio odpowiedzialnych za wychowywanie dzieci. Kto tego nie rozumie, to kiep, panie Wojciechowski. Likwidacja gimnazjum nie usunie przyczyn tych negatywnych zjawisk. Skoro uczeń pisze pożegnalny list do kolegów lub koleżanek ze szkoły przed samobójstwem, to znaczy, że prędzej tam znajdzie zrozumienie niż we własnym, rodzinnym domu. Pan Wojciechowski nie rozumie, ba! nie chce zrozumieć jakie są przyczyny samobójstw i jak hiena rzuca je jako argumenty przeciw gimnazjom. Jeśli uczeń czuje się wykluczony w klasie, to znaczy, że tego jest jakiś powód. Najczęściej jest nim bieda i niemożność dorównania „lepszym”. Oczywiście, może być i tak, że ci gorsi terroryzują resztę, tylko niech mi ktoś podpowie, co w tym przypadku może zrobić nauczyciel, niejednokrotnie sam terroryzowany? Wezwanie rodziców to fikcja, która niczego nie zmienia. Wezwanie policji skutkuje tylko w bardzo drastycznych przypadkach i pod warunkiem, że ta uzna przypadek za godny interwencji. Najczęściej, po przesłuchaniu delikwenta, ten i tak wraca do tej samej klasy, mszcząc się za upokorzenie.

  Wreszcie trzeci artykuł3 autorstwa Zespołu wPolityce.pl. Rzecz dotyczy listu wiceprezydenta Warszawy, skierowany do nauczycieli, z którym tenże bliżej niesprecyzowany Zespół kompletnie się nie zgadza. Zainteresowanych odsyłam do lektury, bo materiał jest zbyt obszerny. Ów wiceprezydent, w mojej opinii, dokładnie punktuje bolączki szkół i jednocześnie proponuje zupełnie inne rozwiązania tych problemów, inne niż rządzących. Z tego artykułu wynika dość jasno, że nowatorzy i propagatorzy zmian są kompletnie głusi na rzeczowe argumenty zainteresowanych i obeznanych w temacie, bo tylko nauczyciele mogą wiedzieć jak jest i jak naprawić. Tyle, że ich się nie słucha, bo oni nie za miłościwie nam panującymi, którzy w myśl niezrozumiałych idei chcą przewrócić ten nasz świat do góry nogami. Ten artykuł świadczy też o tym, jak bardzo obecne media, mieniące się „niezależnymi”, są właśnie od rządzących zależne, w mojej ocenie, zdecydowanie bardziej niż „Wyborcza”, „Newsweek”, „Więzi” razem wzięte i podniesione do sześcianu.