środa, 24 maja 2017

Gromadzić już cukier i mąkę?



  Może jeszcze nie od jutra, ale trzeba to brać poważnie pod uwagę. Ja może nie dożyję, ale młodych to nie ominie. I nie mam tu na myśli tylko twierdzącej odpowiedzi na tytułowe pytanie, a coś znacznie gorszego. Będzie wojna i to nieunikniona. Wprawdzie jeszcze dziś nie do końca wiadomo, kto nam ją wypowie, ba! może się okazać, że sama Polska ją wypowie, choć też nie wiadomo komu.

  kontrowersyjną tezę opieram na słowach ministra wojny, pana Macierewicza, a wszem i wobec wiadomo, że on słów nie rzuca na wiatr. Posłużę się cytatem z ostatnich dni: „Podstawowy problem, przed którym stanęła Rzeczpospolita i siły zbrojne, związany był z błędnym zdefiniowaniem warunków, w jakich rozwija się państwo polskie, i zagrożeń, przed jakimi stoi. Nie rozumiano tych zagrożeń. Uważano, że przez najbliższe dziesiątki lat Europa będzie kontynentem stabilnym, a Rzeczpospolitej i Europie nie zagrozi żadna większa zawierucha wojenna”. I dodał: „(...) wszyscy wiedzą, że prawdziwe, długofalowe bezpieczeństwo może zapewnić tylko własna armia1. Wspomniał też coś o sojuszach, ale to po dzisiejszym wystąpieniu pani premier Beaty Szydło, powoli należy odłożyć między bajki. O jakich sojuszach może być mowa, skoro w Sejmie butnie groziła Unii Europejskiej, że „Polska nie zgodzi się na żadne szantaże ze strony Unii Europejskiej. (…) nie będziemy uczestniczyć w szaleństwie brukselskich elit2. Wiem, wiem, to wyrwane z innego kontekstu, ale za to idealnie pasuje do mojej tezy.

  Gdzieś wyczytałem, że przy obecnych nakładach z budżetu państwa na wojsko, za dziesięć lat Polska Armia, wespół z WOT, będzie w stanie odeprzeć napaść każdego agresora. To też solenne zapewnienia ministra wojny. I mam przez to mieszane uczucia, gdyż nasuwa się kilka dość drażliwych wniosków. Po pierwsze, PiS musi przez ten czas pozostać przy władzy, a jeśli tak, to jeśli nawet sami nie wystąpimy z UE, pewnie Unia sama nas wykluczy. Po drugie, zastanawiam się jak cztery podwodne lotniskowce i kilka szturmowych helikopterów będą w stanie pokonać chociażby taką Koreę Północną? I odpowiedź narzuca się jedna. To jest możliwe, jeśli tylko będziemy dysponować pewnymi bombkami, o dużej sile rażenia. To jest o tyle racjonalne i prawdopodobne, gdyż minister wojny na wszystkim oszczędza. Nie na darmo wycofał się z caracali, czy z tysiąca dronów, ale czytałem niedawno, że na ćwiczeniach WOT, żołnierze zamiast strzelania prawdziwą amunicją, krzyczeli głośno: „bum!, bum!, bum!”. Bo po prawdzie, przy użyciu tych bombek, żołnierzom wystarczy uzbrojenie w kije bejsbolowe – aby pozamiatać... Wreszcie po trzecie, z doświadczenia ludzkość wie, że szaleniec na takim stanowisku jak minister wojny, niczym dobrym się nie kończy. Ludzkość tak, ale nie polski rząd. Normalny człowiek nie widzi nikogo, kto by chciał dziś czy jutro odebrać nam wolność, ale gdy minister wojny mówi: „Cały ten spór, w który się ośmielono wdać, używając kłamstw i potwarzy, dotyczy istoty rzeczy, czy Polska ma, czy nie ma być niepodległa!3, już nic nie jest sensowne, poza jednym – wojna będzie!

  Próba odwołania ministra wojny ze stanowiska skończyła się fiaskiem, co było z góry do przewidzenia. Właściwie nie byłoby się czym egzaltować, gdyby nie buńczuczne wystąpienie pani premier. Jestem przekonany, że w Polsce odrodziła się pani Marine Le Pen, ta sama, która przegrała wybory we Francji, a która odgrażała się nie tylko Unii Europejskiej, ale i sporej części rodaków. A może przede wszystkim tym drugim? W każdym razie podobieństwo wydaje się uderzające, tyle że Beata Szydło jest przy władzy.



niedziela, 21 maja 2017

Wiwat Opole!



  Odkąd sięgam pamięcią nigdy mnie Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu nie zachwycał. To nie były moje klimaty muzyczne, formuła też  mi  nie pasowała. Taki ze mnie malkontent. Ale spokojnie – Sopot i Eurowizja też były poza moimi zainteresowaniami. Czasami traciłem czas na opolski kabareton, i określenie „traciłem” jest tu uzasadnione, niemniej, choć rzadko, trafiały się tam zabawne perełki.

  Ale ja nie chcę wyjść na takiego, co się cieszy, że się porobiło z tym festiwalem. Mnie tylko bulwersuje pytanie, jak daleko pisowskie pojęcie kultury będzie tę kulturę psuło? Nawet tę tak zwaną rozrywkową. Jakoś dziwnie mi się to kojarzy. Gomułka w konsekwencji przegrał z teatrem, ściślej z mickiewiczowskimi dziadami. Nie udało się komunistom zatrzymać fali zachodniej kultury i po części, z powodu lekkiej muzy, komunizm przegrał. Tu oddaję pokłony Pietrzakowi, choć dziś go po prostu nie lubię. A obecnie? Obecnie PiS chce walczyć z każdym gatunkiem kultury i to tylko dlatego, że nie jest dostatecznie pisowska, poprawna politycznie. I w tym przypomina Don Kichota walczącego z wiatrakami. Bo gustów odbiorców kultury nie da się kształtować odgórnymi nakazami ani tym bardziej cenzurą. „Ciemny lud” może kupić polityczne głupoty, ale jeśli pan Jacek Kurski myśli, że sprzeda ludowi każdą poprawną politycznie kulturalną głupotę, to tu już sam siebie możne nazwać ciemnym, a wręcz ociemniałym.

  Mogłoby się wydawać, że za cały ten bajzel z opolskim festiwalem odpowiedzialny jest pan Jacek Kurski i niezależne od obecnego rządu media, które sprawę nagłaśniają. Chyba to jednak mylna teza, bo aż prosi się o pytanie, gdzie jest ta władza, która nie próbuje ukrócić uzurpatorskich zapędów prezesa telewizji? Jeśli milczy, to znaczy, że te zapędy aprobuje, a można mniemać, że je pochwala. Jest też inna opcja, którą propaguje Konrad Kołodziejski na portalu wPolityce.pl, a którą wysnuł Rafał Ziemkiewicz. „Umysłami antypisu zawładnął obłęd” do tego stopnia, że wykorzystuje  każdą okazję, by pisowczykom dowalić. To nawet prawdopodobne, choć jak w radiu Erewań, to nie obłęd, a jedynie jedyna możliwa forma sprzeciwu wobec cenzury politycznej. To nie przeciwnikom tej cenzury bark innej argumentacji, to cenzurującym brak jakiejkolwiek argumentacji na to by ją, podobnie jak w czasach komuny, wprowadzić. Sorry, nie podobnie, zdecydowanie ostrzej, gdyż za komuny była cenzura tekstów, nie samych animatorów.

  Można by posądzić samych piosenkarzy o próbę wykorzystania tej absurdalnej sytuacji do promowania swojej kariery. Można by, gdyby nie postać Maryli Rodowicz, która w tej sytuacji miota się jak przysłowiowa mucha w latarce. Ona przecież już o sławę dbać nie musi, może ją, podobnie jak Pietrzak, co najwyżej rozmieniać na drobne. Ale tu też widzę winę po stronie obecnie nam miłościwie panujących. Trzeba być upośledzonym umysłowo aby nie wiedzieć, że faworyzowanie pewnych osób zawsze skutkuje nienawiścią tych pozostawionych na marginesie lub wręcz ostentacyjnie poddanych ostracyzmowi. Dziwnym zbiegiem okoliczności, to za obecnych czasów doszło do tak ostrego podziału środowisk artystycznych. Owszem podziały były, podziały które wynikały z rywalizacji artystycznej, a nie politycznej. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że popularność w żaden sposób nie da się mierzyć poprawnością polityczną, nawet jeśli uznać, że dziś „Ucho prezesa” ma tę popularność z powodu niepoprawności politycznej.

  Jako puentę niech posłużą słowa Macieja Stuhra: „Nigdy w życiu tak nie żałowałem, że nie zostałem zaproszony do Opola! Mógłbym teraz tak pięknie zrezygnować...!”. Jednak wbrew pozorom, to nie on sam jest winien takiej oceny tego nieoczekiwanego bajzlu. Okazję do niej stworzyli mu miłościwie nam panujący.


czwartek, 18 maja 2017

Jeden głos rozsądku – a boli



  Od razu proszę o wybaczenie, ten felietonik będzie w przewadze okraszony cytatami. Niemniej tak celnymi, że mnie się tylko obu rękoma pod nimi podpisać. Będę się opierał na dwóch źródłach: wyborcza.pl (gdzie nie wszyscy mają pełny dostęp) oraz malydziennik.pl, nowy portal małżeństwa Terlikowskich, gdzie ten jeden głos rozsądku znajduje potwierdzenie, choć reakcje są zdecydowanie inne. A chodzi o ostatnią wypowiedź biskupa Tadeusza Pieronka, na temat miesięcznic na Krakowskim Przedmieściu.

                             z portalu malydziennik.pl

  Moim Czytelnikom pewnie znana jest moja opinia na temat tych miesięcznic. Pod osłoną krzyża, którego podobno, jako przedmiot kultu religijnego, nie wolno obrażać, szerzy się mowę nienawiści, generuje podziały społeczeństwa i eskaluje napięcie polityczne. Biskup. T. Pieronek określa je tak: „Te marsze i wypowiedzi przed Pałacem Prezydenckim nie mają charakteru religijnego. Miesięcznice smoleńskie to czysta polityka. Podczas przemówień nie ma słów o ofiarach katastrofy i samym Smoleńsku. Nie chodzi już o zmarłych. Chodzi o politykę. To, co się tam słyszy podczas wystąpień, to włosy dęba stają na głowie1. I dodaje, że jest jeszcze gorzej: „Mieszkam przy krakowskiej katedrze i widzę miesięcznice, które nie odbywają się już co miesiąc, ale dwa razy w miesiącu, bo również w miesięcznice pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Dwutygodnice zastąpiły miesięcznice. Ludzie wychodzący z katedry robią tylko politykę. Tu już nie ma mowy o żałobie, ale o wykorzystywaniu tragedii jako narzędzia politycznego, aż ktoś zwycięży. A że jeszcze całkowicie nie zwyciężył, to będą  trwały długo2. Znamiennym jest tu tytuł artykułu zamieszczonego na portalu Terlikowskich: „Biskup Pieronek chyba nie wie, co mówi”, który de facto wystarcza za cały komentarz fanatyków religijnych i pisowskich, bardziej papieskich niż papież i bardziej kaczyńskich, choć wydawałoby się, że bardziej nie można, niż J. Kaczyński.

  Ale na tym nie koniec. Biskup T. Pieronek wpadł w trans i nie omieszkał się odnieść do pomników Lecha Kaczyńskiego: „Wkrótce w każdym miasteczku będzie musiał być pomnik Lecha Kaczyńskiego, jak w Związku Sowieckim pomnik Stalina. (...) Można próbować wprowadzić taką religię, ale to będzie religia Kaczyńskiego, nie religia chrześcijańska. Jeszcze niech w każdym domu będzie portret Lecha Kaczyńskiego, przed którym trzeba będzie się kłaniać, jak w Korei Północnej. Od początku mówiłem, że pochówek na Wawelu był błędem. Tworzy się kult3. Co biskup, to biskup, ja bym tego tak celnie nie ujął. Do tego jeszcze ostatni wątek jego wypowiedzi: „Dzisiaj policjanci każdego 18. dnia miesiąca ochraniają Wawel. Jakby stan wojenny był w Polsce. Sami policjanci się z tego śmieją, ale robią, co im rozkazano4. I aż żal, że to tylko jeden prawdziwy rodzynek wśród hierarchów naszego Kościoła.

  Zdumiewa mnie też brak reakcji najbardziej prawicowego i prorządowego portalu wPolityce.pl. Kilka artykułów o Magdalenie Żuk i ani się zająknęli o wypowiedzi biskupa. Musiało zaboleć, oj musiało...



sobota, 13 maja 2017

Fatima i nawrócona Rosja



  Na portalach katolickich, ale również politycznych pełno jest artykułów o setnej rocznicy objawień fatimskich. Wiadomo, papież uświetni tę rocznicę, Święte Oficjum już gotowe do kanonizacji dwójki z pastuszków, a  w Polsce szykuje się kolejne powierzenie Narodu Matce Boskiej, tym razem fatimskiej. Tak na marginesie, rodzi się we mnie pytanie, czy to powierzenie ostatecznie wykluczy z definicji Narodu: ateistów, niewierzących lub wierzących inaczej? Ale ja nie o tym...

  2 grudnia 1940 r. miało miejsce doniosłe wydarzenie, ściśle związane z objawieniami fatimskimi. Siostra Łucja napisała list do papieża Piusa XII, upominając się o konieczność konsekracji Rosji. Prośbę tę papież spełnił, ale tylko częściowo w 1942 r., poświęcając narody świata Niepokalanemu Sercu Maryi. Określając wojnę toczoną między hitlerowskimi Niemcami i stalinowskim ZSRR jako wojnę dwóch szatanów nie odważył się jednak oddzielnie wspomnieć o Rosji. Gdy narody świata w końcu pokonały hitlerowskie Niemcy świat odetchnął z ulgą. Sprawa konsekracji Rosji pozostała w zawieszeniu, wszak wiele wysiłku włożyła w pokonanie jednego z szatanów. „Zapłacono” jej za to protektoratem nad Europą Środkową. W roku 1952 Pius XII powtórzył ów akt z 1942, tym razem wymieniając „wszystkie narody w Rosji” – ale Łucja pozostała nieprzekonana, co do wypełnienia w pełni woli Matki Bożej, bowiem nie dokonał tego w łączności ze wszystkimi biskupami Kościoła katolickiego. Dopiero w 1984 r. Jan Paweł II w duchowej jedności ze wszystkimi biskupami świata (uprzednio do tego wezwanymi) zawierzył świat i Rosję Maryi. Siostra Łucja osobiście potwierdziła, że taki uroczysty i powszechny akt odpowiadał temu, czego żądała Matka Boża. Jednocześnie dodała, że być może akt ten ustrzegł świat od wojny atomowej.  Tu mam wątpliwości, bo największe zagrożenie wojną atomową miało miejsce w 1962 roku, w związku kryzysem na Kubie, czyli dwadzieścia dwa lata przed tym aktem. Niemniej stało się... ludzkość mogła odetchnąć z ulgą.

  Choć nie do końca, bo u władzy stanął Putin... kolejny szatan, który nie miał zamiaru stosować się do tego zwierzenia Maryi. Rozpętał wojnę w Afganistanie,  Czeczeni a ostatnio na Ukrainie, choć jednocześnie trochę poluźnił Kościołowi prawosławnemu. Ale oto dziś jest naprawdę dobra nowina. Po trzydziestu trzech latach od prawidłowego zawierzenia Rosji Matce Bożej, zwracam uwagę na tę liczbę, bo pewnie zbieżność z wiekiem Jezusa jest nieprzypadkowa, Rosja oficjalnie, w majestacie prawa, uznała, że Bóg naprawdę istnieje (sic!) Jak podaje Wyborcza.pl1 sąd rejonowy w Jekaterynburgu skazał młodego człowieka na trzy i pół roku w zawiasach za szukanie pokemona w cerkwi. Sam czyn rzeczywiście stanowi ewidentnie obrazę uczuć religijnych, choć osobiście mam wątpliwości, ale w to akurat nie będę wnikał. Zresztą nie to jest istotne. Ważniejsze jest uzasadnienie, w którym jest napisane czarno na białym, że ów młody człowiek: „negował istnienie Boga i założycieli chrześcijaństwa i islamu – Jezusa i proroka Mahometa” (sic!) Powiem szczerze, na chwilę oblał mnie zimny pot. Wprawdzie ja nie biegam za pokemonami, ale ewidentnie neguję istnienie Boga. Może uratuje mnie po części fakt, że uznaję istnienie Jezusa (jako człowieka) i Mahometa? Zamiast trzech i pół roku będzie mi grozić tylko półtora roku? Póki co, na wszelki wypadek nie planuję wyjazdu do Rosji, nawet w celach wycieczkowych.

  Ktoś powie, spokojnie Asmo, Polska to przecież nie Rosja, ale jak ja pomyślę, że za chwilę pan minister Ziobro przejmie pełną władzę nad sądami, a Prezydent utworzy republikę wyznaniową, to może się okazać, że tu będzie w tej materii gorzej niż w Rosji. Nie będzie żadnych zawiasów... nawet za samą deklarację ateizmu. Jakoś tak żyć w ukryciu lub fałszywie przyznawać się do wiary na starość, nie bardzo mi się nie uśmiecha.

  Jest jeszcze jedna wiadomość, która elektryzuje i jest ściśle związana z objawieniami fatimskimi. Oto niejaki Ali Agca udzielił wywiadu2. Pominę to, że nie zamierza przepraszać Polaków, sorry, Narodu polskiego, za zamach na papieża Polaka. Wyznał coś jeszcze bardziej szokującego. Otóż jest pewien, że tak naprawdę, on stał się w tym zamachu narzędziem Matki Boskiej fatimskiej (sic!), co nie powinno dziwić, bo przecież Ona w swych objawieniach pastuszkom zapowiedziała ten zamach.  A skoro zapowiedziała, to musiało do niego dojść. Padło na Agcę, a on Jej woli nie miał prawa ani możliwości się sprzeciwić! Mnie to przypomina postać apostoła Judasza, który w końcu też dokładnie musiał zastosować się do scenariusza, jaki napisał Bóg. Jest drobna różnica. Agca ma bardziej nieczułe sumienie, nie popełnił samobójstwa, choć pewnie dlatego, że Jan Paweł II mu wybaczył, a pieniądze z nieznanego źródła stale wpływają na jego konto.

  I naszło mnie, że te objawienia fatimskie działają jakby przeciw intencjom Maryi. Sto lat wierni modlili się o pokój na świecie i na modlitwach się skończyło, wojny mamy do dziś. A może zamiast o pokój, w swoim egoizmie modlili się bardziej o szczęście i zdrowie dla siebie, co podobno poświadcza kilka cudów (na pielgrzymów liczonych w milionach rocznie)? Do tego dochodzą wynaturzenia, jak wspomniany Agca, szukanie cudów aby uznać pastuszków za świętych, czy wreszcie owo zapowiadane odnowienie powierzenia Matce Bożej Narodu polskiego. Dlaczego nie innych narodów? Mamy tu do czynienia z ewidentną megalomanią polskich wyznawców Boga, którego istnienie prawnie usankcjonowała Rosja szatana.


czwartek, 11 maja 2017

Biała róża na cenzurowanym



  Wielki ojciec Narodu od jakiegoś czasu nie lubi białych róż, więc okrzyknął je symbolem nienawiści i głupoty. Nieodgadnionym jest, czyjej nienawiści i czyjej głupoty, ale o tym poniżej? Nie będę analizował przemówienia Jarosława Kaczyńskiego na kolejnej, osiemdziesiątej piątej(!) już miesięcznicy, kuriozalnej, choć nowatorskiej formy czczenia śmierci brata przez żałobnika. Na jej temat chyba wszystko już zostało powiedziane. Chcę spojrzeć na nią z innej strony.

  Przyznam szczerze, że jestem autentycznie przerażony, ale wyjaśnię, że nie tyle formą tej miesięcznicy, czy próbą tworzenia nowej, nigdzie niespotykanej tradycji. Nie przeraża mnie nawet nienawiść Jarosława Kaczyńskiego do tych, którzy nie chcą się przyłączyć do kultywowania jego żałoby po zmarłym bracie. Nie przeraża mnie nawet pan Macierewicz, który rozpaczliwie szuka dowodów na zamach. Moje przerażenie jest bardziej prozaiczne. Bo ja jestem ledwie rok młodszy od Jarosława Kaczyńskiego i przeraża mnie fakt, że za rok mogę popaść w taką samą obsesję jak on, obsesję, która doprowadzi mnie do znienawidzenia już nie tylko białych róż, ale wszystkich kwiatów, które budziły do tej pory mój zachwyt. Niezorientowanym przypomnę. Należę do pokolenia „dzieci kwiatów”, choć jednocześnie uspokoję – nigdy nie ćpałem ani nie należałem do jakieś seksualnej komuny. Mnie się w tym pokoleniu podobał sprzeciw wobec uświęconej tradycji, sprzeciw wobec wojnom czy wreszcie nowy stosunek do człowieka jako jednostki i nadanie mu właściwej wartości.

  W całej tej zawierusze pisowskiej wszystko to traci jakby swój sens. Nie pomaga apel hierarchów, aby nie używać krzyża do mowy nienawiści, właściwie skierowany do ruchów nacjonalistycznych, ale w pełni pasujący również do dziesiętnic. Tam za każdym razem nieutulony w żalu prezes wskazuje nowych wrogów i zapowiada im straszliwą klęskę, jednocześnie wieszcząc wspaniałe zwycięstwo swoim poplecznikom. Od siedmiu lat zapowiada rychłe odkrycie Prawdy, a ta, wbrew jego woli, jakby oddala się coraz bardziej. Ale może właśnie chodzi o to, jak w piosence Skaldów (też dzieci kwiatów), że nie złapanie króliczka ale o jego gonienie (czytaj: ganienie) ma sens? Tej władzy jest potrzebne skłócenie wszystkich ze wszystkimi – jedność i rozsądek mogłyby ich zmieść ze sceny politycznej raz na zawsze, już nie tylko na arenie europejskiej (27:1) czy światowej (40:1) ale i krajowej. Lud smoleński stanie się tak samo marginalny jak moherowe rycerstwo o. Rydzyka, choć dziś te dwie grupy są dokładnie przemieszane. Stanie się tak samo śmieszny i zacofany.

  Ale aby nie było, że pastwię się tylko nad jednym człowiekiem warto wspomnieć o jeszcze jednym, który się straszliwie zaplątał i też pewnie z racji wieku, choć jakby młodszego. Mam na myśli Grzegorza Schetynę. Prominenci PiS podłożyli się czterema prostymi pytaniami, na które odpowiedź wydawała się równie prosta i jasna, nawet jeśli się na te pytania nie było przygotowanym. Ale pan Schetyna zaczął kluczyć jak wróbel na widok stracha przebranego w łachmany. I sam się zakluczył, więc słusznie owi prominenci proponują mu debatę samego z sobą. Trzeba sobie powiedzieć jasno, w polityce nie ma miejsca dla mało zdecydowanych przywódców. Można mieć mało popularny program, ale trzeba go umieć stanowczo bronić rzeczowymi argumentami.

  Już na koniec jeszcze raz o białej róży. Dziś na facebooku czytam: „Wszystkich, którzy na deszczu, by okazać wsparcie zatrzymanemu [podczas wczorajszej, legalnej kontrmanifestacji – dopisek mój], stali pod bramą z tyłu komendy i pod drzwiami wejściowymi - spisano. Dlaczego? Bo: Art. 90. Kto tamuje lub utrudnia ruch na drodze publicznej lub w strefie zamieszkania, podlega karze grzywny albo karze nagany” (sic!) Czy od dziś mam się obawiać już nie tylko chodzić z bukietem białych róż, ale i zatrzymać się pod jakimkolwiek pretekstem na niekoniecznie zatłoczonym chodniku przed jakąś posesją?