środa, 1 kwietnia 2020

Gender, multi-kulti i... kolarstwo


  Pewnie większość z moich Czytelników już wie, że latem kibicuję najbardziej kolarstwu. Trzy najważniejsze tury: we Włoszech, Francji i Hiszpanii powodują, że mój rytm dnia, oraz trzech tygodni dla każdego turu z osobna, jest całkowicie podporządkowany transmisjom telewizyjnym. I lepiej mi w drogę nie wchodzić. Jak będzie w tym roku? Raczej marnie to widzę, to znaczy pewnie nic nie będę widział poza pandemią. Pozostaje więc spojrzeć na tą dyscypliną sportu z zupełnie innej perspektywy...

  Zacznę od szerszego spojrzenia. Po pierwsze, jest to dyscyplina internacjonalna z podziałem na dwie główne kategorie. Kolarstwo męskie i kobiece. Tak, tak! Rzekomo wszechwładna tyrania gender, która podobno zabrania odnoszenia się do płci biologicznej, tu po prostu nie sięga. Jestem nawet przekonany, że to tak w każdej dyscyplinie sportu, ale spierał się nie będę. Taki szach-mat zwolennikom spiskowej teorii dziejów, o tym, że jakieś piekielne moce, obrzydłe lewactwo, czy wrogowie religii chcą zlikwidować pojęcie płci biologicznej. Panowie i panie ścigają się na tych rowerach w podobny sposób, aczkolwiek zawsze osobno. Po drugie..., po drugie jest gorzej! Pewnie mało kto się orientuje, ale ostatnią ostają gender w kolarstwie było... siodełko roweru, jednakowe dla pań i panów. Nawet te najbardziej zagorzałe z zagorzałych feministki uznały je, siodełka rowerów wyścigowych, za przekleństwo kolarek zawodowych, zupełnie niedostosowane do budowy anatomicznej kobiet. To się zmienia na przekór tej rzekomej wszechwładnej tyrani gender. Inżynierowie wspólnie z biologami od anatomicznych i biologicznych różnic płci, których gender jeszcze nie pozbawił tytułów naukowych, opracowują nowe modele siodełek specjalnie dla pań.

  Za to coraz większy nacisk w peletonie zawodowym kładzie się na owo multi-kulti. W barwnej gromadzie kolarzy ścigają się już wszystkie nacje, ze wszystkich kontynentów świata, poza oczywiście Antarktydą. I o zgrozo – na równych prawach. Aby było ciekawiej, de facto zawodowe kolarstwo nie uznaje drużyn narodowych i to nie dlatego, że ich nie akceptuje, a dlatego, że poza kilkoma wyjątkami, są bez szans. Ci najlepsi kolarze to w przewadze Włosi, Hiszpanie, Anglicy, Kolumbijczycy, czy Australijczycy. Nadmiar zawodników i zawodniczek z jednych krajów chętnie jest adoptowany przez innych, dzięki czemu taki Majka, Kwiatkowski czy Bodnar mają szansę ścigać się wśród najlepszych. Wprawdzie każdy kolarz ma paszport, ale to nie ma żadnego związku z obywatelstwem. Owo kolarskie multi-kulti akceptuje również wszystkie możliwe wyznania religijne jak i zatwardziały ateizm. Innymi słowy, kolarski peleton to światopoglądowy kogel-mogel i nikt się tam nie ma zamiaru pozabijać z przyczyn religijnych czy narodowych. Katolicy nie muszą zsiadać z rowerów na Anioł Pański, a islamiści wozić dywaników by oddawać hołd Allahowi. Wreszcie rzecz najważniejsza – w tym barwnym peletonie największy prestiż ma..., no kto zgadnie? Kto? Oczywiście – właściciel tęczowej koszulki – czyli kolory tak znienawidzone przez katolickich ortodoksów, choć w kolarstwie mają inne znaczenie niż w środowiskach LGBT.

  Innymi słowy, zawodowy peleton kolarski, czy to w wykonaniu mężczyzn, czy kobiet, ale zawsze osobno to przykład prawdziwej demokracji liberalnej wzbogaconej multi-kulti. Do tego trzeba dodać, jakże ważne dwa inne aspekty, kosmopolityzm i tolerancję. Tylko co z gender? Gender przejawia się tym, że jak kogoś natrze, bez względu na płeć, trzeba się załatwić w mijanym lesie. Na trasie etapu tej imprezy, kolarzom i kolarkom obwoźne WC, nawet takie z pisuarem lub sedesem, nie towarzyszy.


poniedziałek, 30 marca 2020

Lepiej na stojąco niż na kolanach


  Spokojnie, nie będzie nic o modlitwie. Tytuł to tylko słowa Łukaszenki, który tak się wyraził o śmierci. Dodał jeszcze: „(...) hokej, to najlepsze lekarstwo. Widziała pani, żeby latały tutaj jakieś wirusy? Ja też nie. Na lodzie ich nie ma, na tafli jest jak w lodówce”. Może to faktycznie dobry sposób, problem w tym, że w Polsce chyba czynnego lodowiska nie uświadczysz, a w lodówce się nie mieszczę. Dziś rankiem u mnie było biało i mroźno, niestety, po dwóch godzinach już tylko żałosne ślady po zimie.

  Wypiłem poranną kawę i zacząłem się zastanawiać, co robić, aby do końca nie ześwirować? Nadmiar adrenaliny wyładowałem już w niedzielę na blogu Erniti, gdzie udowodniono mi ponad wszelką wątpliwość, że liberalizm do spółki z multi-kulti to całe zło. Całe zło świata! Gorsze niż koronawirus. Więc ten Łukaszenko mi jakoś tak z tej porannej prasówki utkwił w głowie, to znaczy, przyćmił wszystkie inne newsy. Uznał, jak przystało na prawdziwego sceptyka i autokratę, że skoro wirusa nie widać, to znaczy go nie ma, więc i nie ma się też czym przejmować. Białoruś jest więc gwarantem tego, że wirus w Europie, a może i na świecie długo nie zginie. Miałem w planie wielkie sprzątanie (nadziwić się nie mogę, skąd u mnie ciągle taki bajzel?), ale teraz nie widzę sensu. Dziś posprzątam, jutro zawieje od tej Białorusi i mnie dopadnie. Po co mi porządek, gdy już umrę? Nikt i tak się nie dowie, bo jak człowiek umrze w domu na koronawirus, nawet drobnej wzmianki w mediach nie będzie. To się nie liczy do ogólnopolskiej statystyki. W ten sposób Sanepid wymyślił skuteczny sposób na walkę z pandemią. Jej rozmiary nie są tak straszne. Ministerstwo Zdrowia też walczy z przejawami siania defetyzmu. Wydano zakaz wypowiadania się o sytuacji w szpitalach i na kwarantannach. I jeśli nawet nie jest dobrze, to i tak lepiej niż na całym świecie, o czym zapewniają rządzący w TVP.

  Miało być coś, żeby nie ześwirować, więc proszę bardzo. W „Wyborczej” uśmiechnięta pani Kasia reklamuje na dziś schabowy bez panierki i ciapkapustą. Jej postura gwarantuje, że żarcie musi być naprawdę dobre. Przy okazji dowiedziałem się, że ten schabowy to po polędwicy najbardziej obfity w białko kawałek wieprzowiny. Ze schabem nie mam problemu, ale zafascynowała mnie ta ciapkapusta. Smaki dzieciństwa mi się przypomniały. Babcia taką robiła. Pewnie nie wszyscy mają dostęp do mej ulubionej „Wyborczej”, więc krótki przepis: drobno pokrojone w kostkę ziemniaki gotujemy do miękkości. Z kapusty kiszonej wyciskami wszystkie soki. Można ów sok wypić od razu – wirusobójcze pychotki. Szczególnie po kacu. Kapustę mocno szatkujemy, mieszamy z potłuczonymi ziemniakami, dodajemy łyżkę masła i odrobinę mleka oraz solimy do smaku.  Aha, całość przygotować..., lepiej na stojąco, niż na klęczkach. 

  Dla zmiany nastroju i z tęsknoty za operą duet: Parigi O Cara z Traviaty Verdiego. I tak tylko żal tyłek ściska - czy takie koncerty jeszcze kiedyś będzie okazja oglądać? 




sobota, 28 marca 2020

Sok z buraka


  W żadnej mierze nie mam zamiaru reklamować tej strony Facebooka. Dziś przeczytałem, że najlepsze, co może być na koronawirus to właśnie... sok buraka. Jest nawet przepis jakieś zacnej zakonnej siostruni sprzed dziesięciu chyba lat, to znaczy od czasu, gdy zaglądam na Frondę. Wtedy tego wirusa nie było, ale to bez znaczenia. Kiedyś pod tym przepisem jakiś dowcipniś napisał, jak sprawdzić swój iloraz inteligencji. Wystarczy iść do biedronki, położyć swój łeb na wadze dla warzyw i owoców, i nacisnąć przycisk „burak”...

  Musiałem iść do apteki. Pomyślałem, że warto przy okazji zrobić większe zakupy, między innymi kupić buraki, bo teraz już podobno nie wolno się wałęsać po ulicy. I przesadziłem. Dwie siaty towaru i ja ledwie ostatkiem sił do domu dotarłem. W domu przez kwadrans oddechu nie mogłem wyrównać, a do tego dopadły mnie dziwne słabości. Jakem niepoprawny optymista tak dopadły mnie najczarniejsze myśli. Wreszcie mam! Nie, nie buraki, bo o nich zapomniałem, ale na pewno mam tego koronawirusa. Tak mnie ta myśl osłabiła, że jak się położyłem na wersalce, a było południe, tak wstałem dopiero nazajutrz popołudniu. Zrobiłem rachunek sumienia i na szczęście wyszło mi, że jestem na plusie. Spadkobiercom długów po sobie nie zostawię, a i na dobrą stypę starczy, choć dziś właściwie nie wolno przez zakaz zgromadzeń. Zastanawiałem się też, co mam teraz zrobić? Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to iść do lekarza, ale jak tu iść, gdy człowiek ledwie zipie. Zadzwonić? Tak nie bardzo wiem po co? Leku na wirusa nie ma, więc mi zaaplikuje kwarantannę, którą i tak mam na co dzień. Na test marne szanse, bo w pierwszym rzędzie robi się je rządzącym. Zaś za dwa tygodnie to ja będę w tej grupie wiekowej, którą odkłada się na bok, aby sobie... umarli.

  Powiem tak, gdy widzę podkrążone oczy ministra Szumowskiego, to ja bym temu ministrowi swoje miejsce do respiratora chętnie oddał. Jemu się naprawdę respirator należy bardziej niż mnie. Nawet jeśli zdrowy. Bez zastanowienia oddałbym też Andrzejowi Dudzie, który w celu ratowania Polski udał się na Jasną Górę. On wprawdzie tryska zdrowiem i pomysłami, ale respirator jest mu ewidentnie potrzebny. Odstąpiłbym też Morawieckiemu. Do spółki z Szydło opluwali wszystkich wokoło ile się dało, a dziś apeluje: Musimy zjednoczyć się, by walczyć z koronawirusem, ale nie podejmować tego na zasadzie fałszywego wyboru” (sic!) Konieczny jest też respirator posłowi Schrieberowi (PiS), który rypnął na sali sejmowej: Mówimy dziś Polakom, że osłonimy was tarczą. Jak używać tarczy, wiedzieli rzymscy legioniści”...
Poniżej trzy fotki najważniejszych dziś Panów w Polsce. Spróbujcie zgadnąć co je łączy, od razu dodam, że nie chodzi mi o związki z PiS?

  Z taką samą ironią o tych, których mi żal. Żal mi pana Wałęsy, który stwierdził, że przez tę pandemię ograniczono mu wszelkie możliwości dorabiania na emeryturze, i teraz musi żyć ze skromnej emerytury prezydenckiej, tak około sześć tysięcy. Netto. Sama Danuśka wydaje siedem tysięcy na miesiąc. Jak tu żyć panie premierze? Jak żyć? Żal mi też Jerzego Zięby, któremu ze wszystkich dyskontów wycofano czasopismo „Zdrowie bez leków”. Jeśli ktoś nie kojarzy, ten Zięba to najlepszy specjalista od niekonwencjonalnej medycyny, najwybitniejszy znachor naszych czasów. Równie mocno, jeśli nie bardziej żal mi różnych grup charyzmatycznych z guru Marcinem Zielińskim na czele. Podobno doszedł do takiej wprawy w uzdrawianiu za pomocą wiary w Jezusa, że chciał eksperymentować ze wskrzeszeniem umarłych. A tu masz babo placek, na wieść o pandemii rozpierzchli się niczym bezpańskie psy w noc sylwestrową. Żal mi też szefów MSZ. Kilka dni temu ogłosili sukces. Załatwili nam 10 tys. testów z Chin na koronawirus (w innym wariancie 100 tys.), tymczasem wczoraj czytam, że w Hiszpanii taka sama dostawa okazało się bezużyteczna. Ponad 80 proc. testów jest niepewnych.

  Już na koniec sama esencja soku z buraka. Lekarz wojewódzki, Jerzy Karpiński uspokajał przed pierwszym przypadkiem koronawirusa w Polsce, że nie ma się czego bać, że to coś takiego jak zwykła grypa. I zalecał z całą powagą, i tu proszę o uwagę: „W tej chwili wystarczy postępować tak jak przy zwykłej grypie. Wystarczy, że będziemy myli ręce i jak korzystamy z chusteczek jednorazowych, to trzeba z niej korzystać jeden raz, a nie wiele [razy]” (sic!) Próbuję sobie wyobrazić delikwenta, korzystającego z chusteczki jednorazowej kilkakrotnie... Skoro jemu to przyszło na myśl, juści sam praktykował.

  Z ostatniej chwili. Ksiądz Jan Henryk Witkowski dał ogłoszenie: Wynajmę autobus do odprawiania mszy świętej – w nim będzie mogło uczestniczyć we mszy św. 25 osób, zamiast tylko pięć w dużym kościele. Jak dla mnie to nominacja do ogłoszenia roku. Szach - mat restrykcjom rządu. 

PS. Wspólny element fotografii – ci panowie w nabożnym, pełnym zadumy spojrzeniu patrzą w niebiosa. Czyżby już tylko stamtąd można było oczekiwać ratunku? 


wtorek, 24 marca 2020

Powrót do nowej normalności


  Ten dziwaczny i nonsensowny tytuł nie ja wymyśliłem, za chwilkę autora wskażę. Faktem jest, że wszystko stało się nienormalnie. Niby siedzę w domu, niby nic nie muszę, ale gdy tylko zabieram się do pisania, bo mam gotowy pomysł niczym Pomysłowy Dobromir, nagle trafia się news, który burzy mi całą koncepcję. Musiałbym pewnie przejść na tekst depeszowy, coś w rodzaju: Koronawirus sieje popłoch. Stop. Kurator Nowak przemówiła. Stop. Morawiecki oczadział. Stop. Ale jak sami widzicie, byłoby to ciut nienormalne.

  Najgorsze jest to, że mi UPS odcięło. Jak tu zaprosić speca do naprawy? A może ich tam wirus zdziesiątkował i teraz czekaj tatko latka? Ale tragedii nie ma, potrzebowałem tego telewizora praktycznie tylko do zaśnięcia. Choć z drugiej strony nie mogę teraz skonfrontować TVN-u z tym, co powiedziała pani kurator Barbara Nowak. Prawicowe media milczą na ten temat, więc muszę się opierać tylko na „Wyborczej”, na szczęście ta nigdy nie kłamie... A powiedziała, Nowak, nie „Wyborcza”, coś takiego: „Tak, jak 100 lat temu zarazę bolszewicką pokonaliśmy, bo Polacy zawierzyli Bogu, tak dziś przez wstawiennictwo Patrona naszych czasów św. Andrzeja Boboli, prośmy o uwolnienie Polski od wirusów zła1. Jak dla mnie to skrajny przejaw paniki. Narodzie! Już nic nas nie uratuje, trzeba więc zawierzyć się Bogu. Przez chwilę przyszło mi na myśl, aby uciec do Chin, gdzie od dwóch dni nie ma nowych przypadków zarażenia, a katolicyzm jest szczątkowy i niemal w podziemiu, ale granice zamknięte. Sikorski zwrócił jej uwagę, że się myli z tą zarazą bolszewicką, bo to był sukces polskiego oręża, ale spanikowanej baby nie przekonasz. Odpisała w swoim stylu: „Panie Ministrze, Pana wiedza jest taka, jaką Pan zaprezentował, ja zaś jestem historykiem i opieram się na źródłach historycznych. Jestem też człowiekiem wierzącym i pokpiwanie ze mnie, nawet tak znanej osoby, jak Pan, nie zachwieje mojej wiary. Obiecuję modlitwę w Pana intencji”. W tym miejscu, choć ateista jestem, chciało mi się krzyczeć: Boże!, chroń nas przed takimi historykami! Aż ciekaw jestem, skąd ona te źródła historyczne wzięła? Pewnie z Biblii...

  Teraz już mogę spokojnie, no prawie spokojnie, opisać skąd ów „powrót do nowej normalności”. Był taki film „Powrót do przyszłości”, ale filmowcom wolno jakby więcej, ich zakaz nonsensologii nie obowiązuje. Autorem tych słów jest premier Morawiecki, który w ten sposób chciał uzasadnić zaostrzenie warunków życia obywateli, ale na krótko, by po świętach Wielkiej Nocy je poluzować. Oczywiście nie wszystkie. Pewne jest, że obywatele wrócą do normalnej pracy, uczniowie do szkół, a wszyscy do wyborów. Bez względu na to, czy pandemia zniknie, czy nie. Czytam: „Chcemy, żeby solidarność międzypokoleniowa i ta nasza spójność społeczna, wiara w to, że robimy dobrze, i że będzie z powrotem pewna nowa normalność, że wróci normalność - nie taka jak była, bo na pewno musimy bardzo mocno poddać się wszelkim procedurom sanitarnym2. A te procedury sanitarne właściwie niczym nie różnią się od stanu wyjątkowego. Będziemy mogli chodzić w parach, katolicy w pięcioro do kościoła (współczuje, takie aule a tam tylko pięciu), a teatry, kina, kawiarnie i restauracje będą wciąż zamknięte. Aha, opery też. W tym wszystkim tylko dzieci i pracowników mi żal (klasy i biura nie z gumy), więc, co sobie przypomnę ten zwrot „powrót do nowej normalności”, mógłbym głową o ścianę. Ze śmiechu...

  Wiecie co? Ostatnio narzekałem na tę moją starość, tak po cichu, żeby nikt nie słyszał i się nade mną nie litował. Teraz mogę dziękować matce, że tak młodo oddała się ojcu, jeszcze przed ślubem i przed pełnoletnością. Mnie teraz już ten PiS może tylko serdecznie w dupę pocałować – wężykiem, wężykiem.