poniedziałek, 12 listopada 2018

Piękny marsz wczoraj widziałem



  Choć mi już strasznie trudno pisać, nie mogę zmilczeć, bo zżera mnie sarkazm. Spodziewałem się jakieś zadymy narodowców i trochę się zawiodłem, to już było i to nie jeden raz. Nihil novi. Od razu wyjaśnię – wyczyny narodowców nie sposób uznać za najgorszy element tego spektaklu. Po pierwsze, trudno było się ich nie spodziewać (a byli tacy, których zaskoczyły), po drugie, już dawno przestały być straszne (powoli przywykamy), wreszcie po trzecie, nie zdominowały całego marszu, choć nadały mu pewny koloryt, w znaczeniu ironicznym.

  Na antenie TVN24 wymyślono porównanie do pociągu z dwoma wagonami, od siebie dodam, że był to pociąg pod specjalnym nadzorem. Ta metafora mi się podoba, choć ja widziałem trzy wagony. W pierwszym, klasy pierwszej (luksusowej) byli prominenci PiS, w drugim, drugiej klasy, narodowcy, gdzie było najweselej, i wreszcie trzeci, wagon bydlęcy (nie mylić z pasażerami) dla tych, którzy przyszli faktycznie zamanifestować swoją radość i dumę z tego święta. Znamiennym było to, że ten pierwszy wagon PiS-u na początku odjechał reszcie, co ma symboliczne, ale prawdziwe odniesienie do rzeczywistości. Wprawdzie zaczekali na tę resztę przy moście Poniatowskiego, ale gdy tylko ten wagon  dojechał na miejsce, pasażerowie wręcz w panice przesiedli się do limuzyn i uciekli w popłochu. Drugi wagon trochę zadymił, również w znaczeniu sarkastyczo-metaforycznym,  i to jego obraz poszedł w świat, czego należało się w stu procentach spodziewać.  Dlaczego określiłem trzecią część marszu jako wagon bydlęcy? Jego pasażerowie zostali potraktowani jak bydło, gdyż najdłużej czekali na możliwość marszu, przy czym nimi już się nikt specjalnie nie interesował. A była to najliczniejsza, najbardziej spontaniczna część marszu. To z nich zadrwił prezydent Andrzej Duda, salwując się ucieczką przed kumplami z ONR.

  Lubię oglądać tłum, lubię oglądać fajerwerki i tu się nie zawiodłem. Lubię, ale za Chiny Ludowe nie chciałbym być częścią takiego tłumu. Nie mam żadnych ciągot do utożsamiania się ze sterowaną masą. Ta masa zabija indywidualność. Przeczesałem net w poszukiwaniu fotki, która oddałaby w pełni radość tego święta, i choć mam wrodzoną skłonność do ironizowania, wcale nie szukałem tych, które pokazywałyby  faszyzujących narodowców. Jednak trafiłem na coś, co w mojej ocenie, w pełni oddaje nastrój tegorocznego święta, a jednocześnie przez okrągłą rocznicę wyjątkowego. Symbolika nastróju takich jak ja.

             Foto: Ada Zielińska (za „Wyborczą”)


niedziela, 4 listopada 2018

Usychający konar drzewa genealogicznego



  Przed kilkoma dniami miałem urocze spotkanie rodzinne. Tak, tak, to pisze Asmo, i nie ma w tym krzty ironii, choć pewnie wszyscy wiedzą, jaki jest mój osobisty stosunek do tradycji, zaś tradycji rodzinnej w szczególności. Nawet nie będę tu przytaczał znanych i sarkastycznych powiedzonek na temat rodziny, co też jest tradycją. Faktem jest, że mam dość liczną rodzinę, ale ze zrozumiałych względów kontakty z nią są bardziej niż sporadyczne. Rzecz w tym, że w tak szerokim gronie to my się spotykamy li tylko z okazji pogrzebów, a ponieważ nie jest nas tysiące, te pogrzeby nie są znów tak częste. Dziś się nawet zastanawiam, czy nie byłoby najlepiej (dla mnie), abym to ja był następny w kolejce, gdyż ja nie przepadam za tymi pogrzebami. Swojego nie będę świadom.

  Tym razem było zupełnie inaczej, choć droga na to spotkanie była drogą przez mękę (powrót też). Normalnie to ja w Katowicach jestem w cztery i pół godziny z zaplanowaną przerwą na kawę i jakąś przekąskę. Tym razem nie mogłem ryzykować jazdy samochodem, gdyż prawie nie widzę. Pozostał autobus i pociąg, w sumie dziewięć godzin tułaczki w niezbyt komfortowych warunkach, tak jakbym na Sybir jechał, a mam już swoje lata i taka mordęga mnie wykańcza. Na szczęście w Katowicach było uroczo choć w towarzystwie notariuszki, bo mnie notariusz z testamentem się kojarzy. Sprzedawaliśmy kawałek rodzinnej nieruchomości, dziadkowizny, którą dla własnego użytku nazywałem dziadowizną. Płacić trzeba było podatki i kary za to, że inni zrobili sobie tam wysypisko śmieci. A pożytku żadnego. Wreszcie trafił się kupiec, który wybawi nas z problemów. Będąc w doskonałych nastrojach, choć to dopiero umowa przedwstępna, poszliśmy na kawę do katowickiej Galerii. I to właśnie jest najbardziej godne opisania. Nie mogliśmy się nagadać. Nawet mrożona kawa z lodami zamarzała (pychotki).

  Prym wiodła moja kuzynka o nie tak znów często spotykanym a pięknym imieniu Blanka. Opowiadała nam, jak to niedawno natknęła się na człowieka, który nazywa się Konstanty Wolny. Tu zdradzam swoje nazwisko, ale co mi tam, niektórzy i tak je znają. Otóż ów pan odziedziczył imię po swoim dziadku, a ten Konstanty Wolny to był już ktoś – górnośląski działacz narodowy i społeczny (optował z polskością Górnego Śląska), współpracownik Wojciech Korfantego. Został marszałkiem sejmiku śląskiego na dwie kadencje. Wnuk Konstanty ustalił, że naszym przodkiem był prapradziad Wolny, któremu książę pszczyński w uznaniu zasług podarował spory kawał ziemi do wykarczowania i zagospodarowania. Ostatni jej kawałek właśnie sprzedajemy. Za jakie zasługi mój protoplasta tę ziemię dostał, tego najstarsi Ślązacy nie pamiętają, ale to nie jest istotne, aż tak bardzo się nie będę chwalił. Mieliśmy w rodzinie jeszcze jednego radnego do tego sejmiku, który dla odmiany zasłynął tym, że tylko raz w całej kadencji zabrał głos. Poprosił, aby otworzyć okno, bo na sali jest straszliwy zaduch. Inna wersja mówi, że poprosił o zamknięcie okna, bo na zewnątrz jest straszliwy mróz. Obie wersje krążą po rodzinie w zależności od pory roku.

  Wnuk Konstanty miał nie tylko ambicje odtworzyć drzewo genealogiczne naszej rodziny, chciał też nawiązać kontakt z możliwie dużą liczbą potomków, gdyż marzyło mu się stowarzyszenie Wolnych. Byłbym za, bo ja, mając to nazwisko, przywiązuję wielkie znaczenie do słowa „wolność” (pod żadnym pozorem nie mylić z powolnością). Rzecz w tym, że trochę się porobiło nie tak jak zamierzał. Tu uprzedzę, nie odtworzę zdarzenia z dokładnością i precyzją mojej kuzynki Blanki, wszak ja dziś lepiej pamiętam to, co było sześćdziesiąt lat wstecz, niż to, co jadłem na obiad przedwczoraj. A było tak. Na jednym ze spotkań akces do stowarzyszenia wyraziła jakaś pani, mająca domieszkę krwi Wolnych, ale głośno wyraziła swoje oburzenie na tę gałąź rodziny, którą reprezentowała Blanka (ta dotyczy również mnie). Wręcz nas przeklęła. Poszło o grób na cmentarzu Panewnickim (dzielnica Katowic), o który rzeczona musiała stale dbać i nie spotkała się z żadnym słowem podzięki od nas. Blanka, też oburzona, zaprotestowała, bo to właśnie ona o ten grób dbała, a nie ktoś inny. Po powrocie do domu, wciąż mocno wzburzona zajściem, zadzwoniła do swojej siostry, o równie pięknym imieniu Nina, by podzielić się żalem za zniewagę i w odpowiedzi usłyszała: „Blanka, tobie się coś jednak pomyliło. Przecież to nie kto inny jak ja chodziłam sprzątać ten grób...!”.  Cóż, chyba na tym cmentarzu nie było częściej sprzątanego nagrobka, ale ja nie wnikam, ja nigdy w to miejsce nie zaglądałem.

  Jeszcze jedna historyjka o ważnej osobie w naszej rodzinie, warta odnotowania. Otóż nasz dziadek, Augustyn Wolny, miał piękny głos i często lubił śpiewać, doprowadzając babcię Marię do... apopleksji. Bo dziadek znał mnóstwo przyśpiewek, problem w tym, że przeważały sprośne, więc babcia krzyczała: „August! Przeca to są dzieci…!”. Dziadek wynosił się na podwórko, my za nim i kontynuował, bo tylko babcia była zgorszona. My nie. Najlepiej miała Blanka. To jej dziadek chętnie opowiadał historię o zakopanym skarbie, który znajdzie tylko ona, gdyż ma zielone oczy. Dlaczego Blanka nie poświęciła się poszukiwaniom tego skarbu? Nie wiem, nie zdążyłem usłyszeć odpowiedzi. Omal spóźniłem się na pociąg powrotny.

  Już na koniec tylko o jednym smutnym spostrzeżeniu. Chyba w tej kobiecie, co życzyła jak najgorzej naszej gałęzi rodziny, było coś z czarownico-wiedźmy. Takie się też pewnie w niejednej rodzinie zdarzają. Faktem bowiem jest to, że na mnie kończy się ta gałąź genealogiczna. Nie miałem męskiego potomka i można by tu celnie sparafrazować samego Mickiewicza: ostatni z rodu... Wolnych. Wolnych od Augusta. Może gdzieś tam po świecie biegają małe Asmodeuszki, bo przecież strasznie kochliwy i grzeszny w tej dyscyplinie byłem. Mają moją krew, ale nie nazwisko.


czwartek, 1 listopada 2018

Obiecuję, że zaśpiewam



  Rzecznik prezydenta zaproponował, by z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości wszyscy zaśpiewali punktualnie o dwunastej w południe – hymn polski. Ja tę propozycję przyjmuję, choć bardziej podobałaby mi się minuta milczenia, jak 1 sierpnia o siedemnastej. Byłaby bardziej adekwatna do rzeczywistości. Pewnie zaśpiewam, ale ponieważ strasznie fałszuję, choć nie aż tak, jak nasza piłkarska reprezentacja przed państwowym meczem, będę śpiewał w zaciszu domowym. Cicho, aby koty nie spanikowały. Może ograniczę się tylko do nucenia. Koty przywykły do mojego chrapania, a różnica niewielka.

  Dodam, że gdzieś wyczytałem, że jakaś Komisja poselska obraduje nad zmianą hymnu Polski i być może będzie to ostatnia okazja tak uroczyście zaśpiewać. Jak bozię nie kocham, bo w Niego nie wierzę, tak trudno mi uwierzyć, że władze Najjaśniejszej wzniosły się aż na takie wyżyny uświęcenia tak doniosłej, okrągłej rocznicy jaką jest stulecie. Dwa lata się o tej rocznicy trąbi, jak nie przymierzając hejnalista z Wieży Mariackiej na trwogę przed Tatarami, i z tej trwogi wyszło to, co zwykle – sraczka. Nie znajduję dobitniejszego, ani tym bardziej łagodniejszego określenia, bo przecież drugiej takiej rocznicy nie będzie, chyba, że PiS planuje stuletnią kadencję. Na szczęście nie dożyję, to pewne jak amen w pacierzu. Nie jestem patriotą w rozumieniu konserwatystów i narodowców, ba, mam się z kosmopolitę, ale nawet ja liczyłem na coś lepszego. Tymczasem „Złośliwi twierdzą, że zamiast przywódców z całego świata w Warszawie, do stolicy przyjadą międzynarodowe reprezentacje neofaszystów i neonazistów1. Część z publicystów pyta, co się stało z 200 milionami złotych (w innej wersji 240 mln), a ja to mam gdzieś, mnie to ani razi, ani ziębi, a co najważniejsze, mnie to w ogóle zwisa, bo przywykłem. W końcu po coś to wolne 12 listopada wymyślono. Nie na darmo Mickiewicza określamy mianem wieszcza (od zło-wieszczyć), to on pisał: „Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola. Ledwie karczmy [czytaj: Polskę] nie rozwalą”.  Taką mamy Narodową Tradycję.

  Nie będzie stu kolumn na stulecie Niepodległej, nie będzie sto ławek, ani stu strzelnic (podobno jedna jest). Nie będzie wielkiego Marszu pod biało-czerwonymi kolorami, będzie za to dużo lokalnych, środowiskowych uroczystości „ku czci”, coś jak odwiedzanie grobów we Wszystkich Świętych. Właściwie powody są zbliżone. Narodowa Tradycja nakazuje też znaleźć winnych takiego stanu rzeczy. Tak było od czasów Polski szlacheckiej, czyli rozkwitu kwiatu Narodu. I takim kwiatem uczynił się marszałek Karczewski: „Grzegorz Schetyna był w komitecie. (…) Ja mam zdjęcie z jego pustym krzesłem. Nie przychodził, bojkotował. Opozycja od początku bojkotuje obchody 11 listopada. (…) PO i PSL powinni przyjść, zgłosić jakiś pomysł2 (sic!) Nie wiem jak komu, mnie to tłumaczenie kojarzy się z przyznaniem do kompletnej indolencji i nieudaczności. Dlaczego dopiero teraz, a nie przed wyborami w 2015 roku? Ileż wstydu na arenie międzynarodowej byśmy dziś uniknęli. A taaak, a cóż nas obchodzi ta międzynarodowa arena? Przecież to my dziś jesteś Narodem Wybranym, to z nas inni powinni brać przykład. Jeszcze odnośnie słów marszałka Karczewskiego. Nie tak dawno, bo w środę, prezes Kaczyński groził: „W Polsce potrzebna jest zgoda. Musimy uspokoić tych od totalnej wojny i najlepiej ich uspokoić przy pomocy faktów3. Jakich faktów – nie wspomniał, ale ja jestem pełen obaw, gdyż pełną zgodę można osiągnąć tylko wśród swoich, najlepiej bezmyślnych. Obcy, choćby Polacy ale z innymi poglądami, nie są mile widziani. Najwyżej potrzebni do tego, aby móc na kogo zwalić własne niepowodzenia.

  Po prostu nie rozumiem. Żadna inna władza po komunistach nie była bardziej oddana celebrze jak władza PiS. Że wspomnę miesięcznice i pomnikomanię. Nawet samoloty przemalowano na biało-czerwone. Jacht pomalowany też jak trzeba i pewnie utonął w porcie (bo nie wypłynął). Nawet z nieba leciało biało-czerwone konfetti „na cześć”. Wydawałoby się, że dla PiS nie było lepszej okazji do blichtru i tej celebry, tymczasem mamy tragifarsę i pewnie znów pojawią się rasistowskie i ksenofobiczne hasła. Nie przesądzam, ale i nie wierzę, aby było inaczej. Tradycji, nawet tej nowej – musi stać się zadość. Bo my kochamy Tradycję i wspaniałe uroczystości.