piątek, 21 września 2018

Krzyżyk na drogę


  Znów niepolitycznie. Na „moim” portalu Seniorzy24.pl  ogłosiliśmy konkurs na wspomnienie z czasów szkolnych. Wiadomo wszem i wobec, że seniorzy w pewnym wieku dokładniej pamiętają, to co działo się pięćdziesiąt lat temu, niż to, co wczoraj jedli na obiad. Niestety frekwencja beznadziejna, co w kontekście zdania powyżej, nie powinno nikogo dziwić. Ktoś postanowił wziąć udział, ale nazajutrz zapomniał, że taki zamiar powziął. Na moje nieszczęście, sam udziału wziąć nie mogę, taki regulamin, więc dla rekompensaty tu moje wspomnienie poza konkursem.

  Wstyd się przyznać, ale wcale nie należałem do pilnych uczniów. Poza nauką śpiewu, rysunku i języka rosyjskiego, z innymi przedmiotami szło mi wyjątkowo łatwo i być może dlatego się nie przykładałem. Ambicji na najlepsze oceny też u mnie nie było. I w końcu się to zemściło. Moi rodzice pracowali i przed wyjściem z domu mnie budzili, nawet odrobinę wcześniej niż trzeba było. I razu pewnego uznałem, że jeszcze na pięć minut przyłożę głowę do poduszki, bo fajny sen miałem. O dziwo sen wrócił, ale skończył się koszmarem. Podwójnym. Raz, sam sen miał straszny finał, dwa, było już prawie południe. Nazajutrz wychowawczyni zapytała dlaczego nie było mnie w szkole, a ja jak z nut (których nigdy nie mogłem pojąć) skłamałem, że bolała mnie głowa. Przeszło. Ale tylko to usprawiedliwienie, gdyż po kilku dniach też miałem fajny sen. I tak nabawiłem się strasznej przypadłości, która nazywa się wagarowaniem. Po którymś razie wychowawczyni się zaniepokoiła, i zażądała usprawiedliwienia od rodziców. Kumpel przyszedł mi z pomocą i za moją matkę napisał to usprawiedliwienie. Taka dość powszechna, koleżeńska przysługa...

  Właściwie ze stopniami nie było źle (najniższa ze śpiewu i ruskiego), więc tym razem na wywiadówkę wysłałem ojca, by się przekonał jakiego ma zdolnego syna. Witałem go z uśmiechem zadowolenia gdy wrócił, a ten, bez uprzedzenia, jak mnie nie zdzieli w łeb...! Omal się do ściany nie przykleiłem tak, że trzeba by mnie nożem zeskrobać. Wszystko z powodu tego usprawiedliwienia, bo ten mój kumpel z ortografią miał kiepsko i dziś się tak zastanawiam, czy to nie był Komorowski, prezydent (rocznik, prawie że się zgadza). Owo „z bulu głowy” napisał tak jak prezydent. Nie sprawdziłem, bo pisał tuż przed lekcją wychowawczą. Reperkusje były straszne, bo mało, że ojciec się do mnie przez miesiąc nie odzywał, mało że spuchła mi szczęka, to wychowawczyni zmusiła mnie na ochotnika do pielęgnacji klasowych kwiatów, a do kaktusów i innego badziewia w doniczkach miałem wyjątkową awersję. Jednak myliłby się kto, gdyby sądził, że z wagarowania się wyleczyłem. Po tygodniu, nie pomny na konsekwencje, znów nie poszedłem do szkoły. Jakież było moje zdumienie, gdy matka po powrocie z pracy zrobiła mi burę z tego powodu, a przypomnę, wtedy nawet sieć telefonów stacjonarnych nie była dostępna zwykłym śmiertelnikom. Przez kilka dni zachodziłem w głowę jakim cudem matka się zorientowała, gdyż już wtedy, mimo że wciąż wierzący, w cuda nie wierzyłem. Tym bardziej świeckie.

  Tak mnie to dręczyło, ze dla pewności zrobiłem jeszcze jeden eksperyment i znów nie poszedłem do szkoły, bo matka mnie przed ojcem nie zdradziła. I choć wtedy nikt jeszcze nie słyszał o jasnowidzu Jackowskim, nabrałem tego dnia przekonania, że moja matka była jego pierwowzorem. Znów bezbłędnie odgadła moje wagarowanie. Wobec cudów młody człowiek jest bezradny, więc mimo wewnętrznych oporów, z wagarowania raz na zawsze zrezygnowałem. Wyjaśniło się dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej, czyli po prawie dwóch latach. W przypływie dobroci serca matka objaśniła mi ów cud, bo przecież cudów nie ma. Ten polegał na tym, że zaznaczała mi na podeszwie butów krzyżyk kredą. Jeśli nie wychodziłem do szkoły, ów tajemniczy znak pozostawał niestarty. I ja wtedy zrozumiałem prawdziwe znaczenie powiedzonka: „Krzyżyk ci na drogę”...

  Jeśli macie podobne, albo nostaligiczne, smutne wspomnienia, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w konkursie, i to nie tylko seniorów i seniorki. Wszystkie prace (ha, ha, jeśli bez błęów ortograficznych) są publikowane, a niezależne jury, w mojej osobie i dwóch uroczych pań, wybierze najlepszą i nagrodzi. Wspomnienia mogą być anonimowe, ale w nieprzekraczalnym rozmiarze 4 tys. znaków. Wystarczy je wysłać, najlepiej w formie załącznika, na adres: biuro@seniorzy24.pl z dopiskiem „Konkurs wspomnień”. Termin do końca września, choć jest szansa go wydłużyć. Gdyby ktoś potrzebował więcej szczegółowych informacji – odpowiem.


wtorek, 18 września 2018

Wybory, ach wybory


  Zbliżają się wybory samorządowe, więc należy wziąć w nich udział jak najbardziej. Wprawdzie ciszy wyborczej jeszcze nie ma, ale ja tam nikogo nie będę agitował, kogo wybierać. Głosujesz – twój wybór – jedyny prawdziwy przejaw wolnej woli, gdyż jak nie głosujesz, to też głosujesz. Głosujesz za tym, by inni wybierali za ciebie. Skoro jednak nie będę agitował, to pomyślałem o tym, by napisać coś a propos, a nie ma nic lepszego jak wspomnienie o moim udziale w wyborach. Dwie kadencje wstecz było bardzo ciekawie. Ale od początku...

  Sołtys zwołał zebranie Rady Sołeckiej. Dałem się wcisnąć do tej Rady przy okazji innych wyborów. Trochę to było dziwne, bo bardziej miastowy wtedy byłem. Ale wróćmy do tego zebrania. Ktoś tam zaparzył kawę, ktoś inny rozpakował słone paluszki, a sołtys zamknął drzwi na zamek, czego wcześniej nie praktykował. Pomyślałem, że pewnie nie chce, aby nam przeszkadzano, bo ludzie tu wścibscy, nie chcą, aby coś za ich plecami się działo. Wyjaśniło się już przy czytaniu programu zebrania, że sołtys nie obawia się tych wścibskich, ile tego, abyśmy mu nie pouciekali. Chodziło o punkt: wybór członka do Komisji Wyborczej. Stwierdził prosto z mostu, że nie wypuści nas, dopóki ktoś na ochotnika się nie zgłosi. I wiedział, co robi, bo ochotników znalazłby w wiosce tylko do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam przynajmniej coś się dzieje. Rozejrzeliśmy się po sobie i było jasne, że łatwo nie będzie, bo we wszystkich spojrzeniach widać było pełną dezaprobatę. Padł pomysł, by losy ciągnąć, ale Mazguła się nie zgodził. Podobno jak się ma stać jakieś nieszczęście we wsi, jest na sto procent pewne, że trafi się jemu. Coś w tym było na rzeczy, bo gdy ksiądz na ambonie straszył, że kto poślę żonę do roboty w Niemczech na opiekunkę, to go Bóg pokarze. Na drugi dzień, w poniedziałek, Mazguła złamał nogę. Jego żona jako jedna z pierwszych pojechała...

  Na moje nieszczęście Mazguła uporczywie patrzył mi prosto w oczy, a mógł na każdego innego. Wszyscy inni ten kierunek podchwycili i pod presją tylu błagalnych spojrzeń uległem, choć bardziej adekwatne byłoby określenie – poległem. Na twarzy sołtysa pojawił się tzw. uśmiech sołtysa, czyli miał wyraz twarzy wskazujący na stan wskazujący, co właściwie nie odbiegało od prawdy. Sołtys szybko zamknął zebranie, wziął mnie pod pachę, bo byłem zdruzgotany i poszliśmy do Marzenki. Marzenka to wręcz najważniejsza osoba we wsi po sołtysie i proboszczu. Knajpę prowadzi. Sołtys zamówił dwie setki na kreskę, bo akurat gotówką nie dysponował. Marzenka mrugnęła do mnie porozumiewawczo i obdarzyła uśmiechem, w jej przypadku był to uśmiech politowania. Ona wiedziała, czym się to skończy, bo sołtys chciał wlać we mnie otuchę i obywatelską postawę, a jedna setka okazała się ewidentnie niewystarczająca. Chyba mu się w końcu udało, bo trzy dni trzeźwiałem.

  Kilka tygodni później stawiłem się w odświętnym garniturze, białej koszuli i pod krawatem, za którym nie przepadam, punktualnie o szóstej rano, w Obwodowej Komisji Wyborczej nr… etc., etc. Witał nas przedstawiciel burmistrza i sołtys, na szczęście w towarzystwie małżonki, która skutecznie udaremniała pojawienie się zdradzieckiego uśmiechu. Zresztą, on nigdy przy małżonce się nie uśmiechał. I tak rozpoczęły się wybory. Od kawki, ciasteczek i urywających się pogaduszek, gdyż właściwie się nie znaliśmy. Ogólnie nudy, bo wyborców jak wymiótł. Kto by tam zrywał się o szóstej rano do urny wyborczej, gdy krowy i inną gadzinę trzeba oporządzić i szykować się do kościoła. Na szczęście ta szkoła, gdzie zasiadała Komisja, stała idealnie w punkt, vis a vis wejścia do kościoła i w prostej drodze do knajpy Marzenki. Jeszcze w czasie mszy sołtys stanął w pobliżu i marsowym wzrokiem patrzył na każdego, kto by chciał punkt wyborczy ominąć, dzięki czemu zapewniliśmy sobie najwyższą frekwencję w gminie. Całe zamieszanie trwało najwyżej godzinę i... praktycznie było po wyborach. Formalnie musieliśmy tkwić w tym przybytku do dwudziestej pierwszej, a jedyne osoby, które nie były na wyborach to kobiety, które wyjechały do Niemiec na robotę. Nudziło nam się jak cholera i każdy tylko patrzył na zegarek, kiedy przyjdzie jego kolej na lancz. Ściślej, to były te godziny, z powodu których, nikt we wsi nie chciał do Komisji. Miejscowi, w odróżnieniu ode mnie doświadczenie mieli.

  Najgorsze czekało nas o dwudziestej pierwszej. Trzeba było te głosy zliczyć ze wskazaniem na kandydatów, napisać protokół, czekać aż przyjedzie samochód po cały ten papierowy bajzel i poddać się ceremonii zamknięcia. Zamknięcia w lokalu wyborczym, żeby nikt nie uciekł. Uroczysty poczęstunek się szykował. Na nieszczęście znów pojawił się sołtys, już bez małżonki, za to ze swoim tradycyjnym wyrazem twarzy a'la uśmiech sołtysa, i w towarzystwie Marzenki, która miała pełnić rolę kelnerki. Nie powiem złego słowa o uroczystej, choć późnej kolacji, swojskich kiełbasach i kaszankach, o kurzych udkach z grilla, czy przeróżnych ciastach. Ale nic za darmo, trzeba było zapijać wódeczką, gdzie najmniejszą miarką była pięćdziesiątka. Z tego, co zdołałem zapamiętać w ostatnim momencie, to próba wciśnięcia do samochodu, sztywnej jak lodowa figura, przewodniczącej Komisji. Jak wróciłem do domu, kiedy się ocknąłem, lepiej nie pytać.

  Jedno jest pewne, już żaden Mazguła mnie na litość nie weźmie! Owszem, obowiązek obywatelski, jakim jest udział w głosowaniu spełniam, ale tylko od strony obywatela-wyborcy. Znając udrękę nudy Komisji, zawsze popołudniu, aby ich trochę rozerwać. I tak do uroczystej kolacji mieli daleko...


przedruk mojego felietonu z portalu Seniorzy24.pl

niedziela, 9 września 2018

Jak rząd dba o nasze zdrowie


  Sam narzekam na kolejki do zabiegu usunięcia zćmy. Widzę coraz gorzej, książek już nie czytam wcale, choć mam na półce kilka nowości, których lektura mogłaby mnie pochłonąć bez reszty. Nie miałbym czasu zrzędzić aż tak bardzo. A tak pozostaje mi laptop, na którym tak mogę powiększyć obraz, że widzę kilka wyrazów na stronie. Za niedługo pewnie i ta możliwość się skończy a o terminie zabiegu..., lepiej nie mówić.

  Ten mój feler to jednak pikuś w porównniu z tym, ile się czeka na inne zabiegi w znacznie poważniejszych sytuacjach. Wiem, wiem, to nie wina PiS-u, te kolejki były już wcześniej, problem w tym, że podczas kampanii wyborczej, tenże PiS obiecywał skrócić te kolejki. I wyszło jak u tej minister Zalewskiej, która tłumaczy bajzel w szkołach, ze wskazaniem na brak nauczycieli. Tak jak w kabarecie Tey o zepsutym traktorze. Nie mówi się: jedno koło się zepsuła, powinno się mówić, że trzy są dobre. Tak samo minister Zalewska: „nie można mówić, że jest brak nauczycieli w szkołach, należy mówić, że w związku z wprowadzoną reformą jest dużo wolnych etatów” (sic!) Ryczałem ze śmiechu jak w czaie premiery tego skeczu.

  Pisałem też niedawno, że życie staje się coraz droższe, że rośnie inflacja i te nasze dochody, mimo że nominalnie rosną, to i tak ich wartość topnieje jak śnieg na wiosnę. Przykład z soboty. Świeżutka eklerka kusi swoim wyglądem, więc proszę o dwie. Ekspedientka do mnie w te słowa: Panie Asmo, ale one podrożały. Od dziś kosztują 2,20 zł..., wychodzi, że o 10 procent. Różnie się to tłumaczy, totalni dostrzegli związek między programem 500 plus i wszystkimi innymi plusami, jakimi raczy nas obecna, Najjaśniejsza władza. Jest jednak inne wytłumaczenie, jest nowy skecz kabaretowy, tym razem w wykonaniu wiceministra zdrowia, Macieja Miłkowskiego. Otóż, w trosce o zdrowie obywateli wprowadza się ruchomy podatek VAT, aby nim regulować ceny niezdrowej żywności (sic!) Do tej grupy należy zaliczyć masło, mięso, wyroby mączne i mleczne oraz cukier wraz wyrobami cukierniczymi. Będziemy mniej żreć, będziemy zdrowsi i tym samym skrócą się kolejki do lekarzy specjalistów...! Pomysł tak prosty, że aż genialny! Będziemy zdrowsi, a do kasy państwa wpłynie więcej pieniędzy i będzie z czego płacić na ten program 500 plus.

  Osobiście ta logika mnie powala. Jeśli ceny tak będą rosnąć, siłą rzeczy będziemy mniej kupować, czyli do tej kasy państwa nie wpłynie ani grosik więcej. Pijak zabierze rodzinie kasę na jedzenie, by kupić sobie flaszkę, otyły zrezygnuje z warzyw by kupić sobie ciastko, a chorzy będą kupować tanie erzace leków by mieć za co kupić sobie cokolwiek do jedzenia, najczęściej jakieś tanie badziewie. Ja mam jeszcze lepszy pomysł dla rządzących. Skoro tak bardzo skręcają w logikę Kościoła katolickiego, może część skierowań na leczenie u lekarzy specjalistów, zamienić na pobyt w sanatorium. Ale nie mam na myśli sanatoriów w popularnych kurortach, lecz miejsca, które popularnie nazywamy: celem pielgrzymki (koniecznie pieszej). Szczególnie zaś związanej z Kultem Maryjnym. Wiara czyni cuda, a  Matka Boża pomaga tu podobno najskuteczniej, o czym świadczyć mają liczne świadectwa. Ja tam nie wnikam, ale wydaje mi się, że bez opieki i interwencji lekarzy, mogą to być najwyżej świadectwa... zgonu, co ewidentnie wspomoże budżet i zmniejszy dziurę w ZUS. Dobry emeryt, to martwy emeryt.



czwartek, 6 września 2018

Polski raj jest znakiem Bożej przyjaźni


  Niby temat pasuje bardziej na drugi blog, ale tylko niby. Znów się będę czepiał, bo sprawa wprawdzie dotyczy ideologii, ale jednocześnie życia społecznego i to dość wyraźnie. Na portalu oko.press pokazano program uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. Nie mogę się oprzeć pokusie prezentacji:


  Właściwie nic takiego, praktycznie w każdej szkole temu wydarzeniu towarzyszy Msza Święta. To już w zasadzie nie bulwersuje. Ale proszę się przyjrzeć temu programowi. 8:30 spotkanie z wychowawcami – nie ulega wątpliwości, że jest to spotkanie obowiązkowe. Krótkie, ledwie kwadrans. Do godziny dziesiątej wszyscy przenoszą się do kościoła. Wszyscy, gdyż dla niewierzących i wierzących inaczej innych zajęć się nie przewiduje. Nawet gdyby to był jeden uczeń, jest to sytuacja skandaliczna, skoro o dziesiątej rozpoczynają się oficjalne uroczystości (obecność też obowiązkowa). Tak tylko zapytam: czy ta Msza nie mogła się odbyć po oficjalnych uroczystościach w szkole?

  Pozwolę sobie na pewien przekręt: „Nowy rząd zamierza wprowadzić prawo zakazujące prowadzenia lekcji religii w szkołach publicznych. Po likwidacji tych lekcji zostanie wprowadzony obowiązkowy przedmiot: wartości cywilne i etyczne, a ponadto ocena z lekcji religii nie będzie brana do wyliczania średniej”. Brzmi obiecująco? Niestety, to nie u nas, to w Hiszpanii, do niedawna równie katolicki kraj jak nasz. To tam największe oburzenie wywołała konieczność uczenia się i przyswajania w klasach maturalnych (sic!) takich treści jak:
- Uznawać z podziwem i starać się pojąć boży porządek wszechświata;
- Bóg stworzył człowieka by zostać jego przyjacielem;
- Raj jest znakiem bożej przyjaźni.
Nie mam znajomego polskiego maturzysty, ale jestem przekonany, że podobne treści i im wciska się na lekcji religii, a za wykucie ich na pamięć dostaje się ocenę celującą, którą wpisuje się w świadectwo maturalne. Podkreślam to wykucie na pamięć, bo przecież takich rzeczy nie da się pojąć rozumowo, ani tym bardziej dowieść naukowo.

  Ale nie potrzeba mi maturzysty, aby być pewnym, że jeszcze coś nie budzi mojego zachwytu. Oto Trybunał Konstytucyjny wydała opinię na temat konstytucyjnego prawa do wolności wyznania. Z tej opinii wynika, że jeśli rodzice, a za ich namową dzieci, zechcą mieć ochotę na modlitwę, dyrektor szkoły publicznej jest do tego konstytucyjnie zobowiązany. Ma im to umożliwić, wedle ich życzeń. Poleca się modlitwy przed rozpoczęciem nauki i tuż po jej zakończeniu, ale wskazane są też modlitwy przed rozpoczęciem lekcji, tym bardzie po. Do tego dochodzi modlitwa przed i po posiłku. Bywacie w szkole mając dzieci? Mnie się czasami zdarza, choć już dzieci w wieku szkolnym nie mam. I Bóg mi świadkiem, nic mnie tak nie cieszy jak dzwonek oznajmiający koniec lekcji i ten harmider wypadających z klas uczniów. Co jak co, ten moment chyba wszyscy uznajemy za jeden ze wspaniałych i radosnych. Niestety,  temu grozi ostateczny kres... Z powodu fanaberii oświeconych. Teraz dzwonek będzie oznaczał początek zbiorowej modlitwy, której nie wolno mącić.  Coś jak w klasztorze, bo od teraz szkoła publiczna to będzie Dom Modlitwy.

  Coś w podobnym temacie. Mój ulubieniec, minister Gowin nie ustaje w boskich inicjatywach. Organizuje konferencję „Ekologia, solidarność społeczna, zrównoważony rozwój”. Teoretycznie trudno coś temu zarzucić, choć jak dla mnie, takie terminy w ustach rządzących powodują zapalenie się światełka ostrzegawczego. I tym razem włączyło się bez zarzutu. Punktem wyjścia ma być debata o degradacji środowiska, ale nie tego z czym nam, normalnie myślącym, by się to mogło kojarzyć. Chodzi bowiem o degradację środowiska społecznego i osobowego w kontekście... religijnym (tu katolickim) (sic!) Aby nie było wątpliwości, o co biega, całość rozpocznie się uroczystą Mszą Świętą. Konferencje poprowadzi dziennikarka TVP oraz ksiądz doktor (nazwiska pominę). Pominę je również przy prezentacji prelegentów:
- pięciu księży;
- jeden teolog;
- pięciu członków rządu PiS;
- trzech naukowców;
- i dwie normalne osoby [to już mój sarkazm].
Nad debatą będzie czuwać dodatkowo ksiądz profesor i ksiądz doktor.

  Podobną, równie ciekawą konferencję, tym razem pod nazwą „Narodowa Debata o Rodzinie” szykuje nam minister Rafalska. Naród to brzmi dumnie, Rodzina jeszcze bardziej, więc nie powinien nikogo dziwić sześcioosobowy skład prelegentów tej debaty:
- dwóch księży katolickich;
- katolicki teolog;
- świecki duszpasterz rodzin (przy wydziale teologii WAM);
- dwie normalne osoby [też mój sarkazm];
Debatę podobnie poprowadzi dziennikarka TVP i ksiądz, i podobnie rozpocznie ją uroczysta Msza Święta.

     Oj będzie ten raj, polski raj katolicki, oj będzie...





poniedziałek, 3 września 2018

Mieszane uczucia


  Te mieszane uczucia to zjawisko dość powszechne, dotyczą zarówno spraw drobnych jak i bardzo poważnych. Nie, nie będę pisał o mieszanych uczuciach w odniesieniu do teściowej, w końcu kobiety użytecznej, choć i często upierdliwej, i proszę wszystkie mamusie, mające zięciów i synowe, aby nie brały tego epitetu do siebie. Takie ich, sorry za określenie, zbójeckie prawa nabyte tradycją.

  Posłużę się dwoma, wręcz sensacyjnymi doniesieniami:
- „19-nastoletni nożownik (...) zaatakował w piątek w Amsterdamie. Ranił nożem dwoje amerykańskich turystów. Służby potwierdzają, że napastnik działał z pobudek terrorystycznych”;
- „We Włoszech, kobieta zaatakowała nożem zwiedzających muzeum zabawek, a następnie wybiegła na zewnątrz i zaatakował przechodniów. Jedna osoba nie żyje, kilkanaście jest rannych. Policja twierdzi, że działała w szoku”.

  I w tym miejscu zaczynają się moje mieszane uczucia. Najpierw szok, ale nie taki morderczy, że kobieta w swym działaniu była skuteczniejsza. Później, że terrorysta działający z pobudek religijnych był mniej skuteczny niż osoba w szoku z nieznanych bliżej przyczyn. Ale puenta jest jeszcze inna. Ten 19-nastolatek był Afgańczykiem, ta kobieta okazał się być... Polką. Ja niczego nie sugeruję, ale jak sobie uzmysłowię, z iloma Polkami miałem w życiu do czynienia, bardziej lub mniej emocjonalnie, włos z leka mi się zjeżył nie tylko na głowie ale i na... przedramionach. Aż dziw, że ja dożyłem takiego wieku. No dobrze, ale gdzie te prawdziwe mieszane uczucia? Otóż dziwi mnie, że o tym afgańskim nożowniku wiedzą wszyscy czytelnicy katolickich portali. O tej kobiecie te same portale milczą.

  Na koniec już o uczuciach niemieszanych. Nie tak dawno oglądałem serial z gatunku historycznych „Brytania”. Taki sobie, ale w końcówce każdego odcinka pojawiał się krótki, znany mi motyw muzyczny. Tylko za Boga nie mogłem sobie przypomnieć, ani wykonawcy, ani tytułu, by odsłuchać całość na YouTube. Nie będę opisywał jaka mi towarzyszyła frustracja z powodu takiego zaniku pamięci. Ale od czego ma się grono kobiet (tylko Polek), które darzę niemieszanymi uczuciami. Uczuciami przyjaźni – aby nie było. I jedna z tych młodszych, która urodziła się pięć lat później, niż ja ten utwór usłyszałem po raz pierwszy w życiu, w końcu uchroniła mnie przed zbliżającą się depresją. Pozwolę sobie opublikować teledysk: