piątek, 26 sierpnia 2016

Totalitaryzm



  Wpadła mi do ręki książka Aleksandra Hertza1 „Szkice o totalitaryzmie”, wydanie z 1994 roku, już pośmiertne (Hertz zm. 1983 r.). W książce znajdziemy analizę zjawiska narastania niedemokratycznych tendencji w polityce lat trzydziestych ubiegłego wieku. Jednym z jego spostrzeżeń jest hipoteza o płynnym, wręcz niewidocznym przejściu od form demokratycznych do form oligarchicznych w masowych stronnictwach politycznych. Pokazał, że zalążki dyktatury totalitarnej tkwią w złych i cichaczem wprowadzanych ustawach, mających charakter dobrej formy politycznej.

  A. Hertz odwołuje się do klasycznych przykładów totalitaryzmu faszystowskich Włoch, nazistowskich Niemiec i komunistycznej Rosji. Dyktatura jednego, monopartyjnego ugrupowania tworzy się na gruncie demokracji parlamentarnej. Jest tendencją uniwersalizmu i do pozostania na placu boju jako jedyny zwycięzca, przy czym na początku posługuje się metodami demokratycznymi. W początkowych warunkach takie ugrupowanie przyjmuje, że musi istnieć wiele innych ugrupowań, dzięki którym jest możliwa walka ideologiczna, niejednokrotnie oparta na walce klasowej. A skoro jest walka, skoro są odmienne i wrogie stronnictwa (partie), dążenia uniwersalistyczne i monopartyjne stają się uzasadnione, choć jeszcze bliżej niesprecyzowane. Charakteryzuje je postawa odmawiająca innym prawa do posiadania możliwości kształtowania nowej rzeczywistości. Trudno orzec jednoznacznie jakie formy przyjmuje ta monopartyjność, ale znamienną cechą staje się militaryzacja zarówno w wewnętrznych strukturach organizacyjnych jak i zewnętrznych, poprzez silny nacisk na rozbudowę armii i jednostek paramilitarnych. Przez militaryzację wewnętrznych struktur A. Hertz rozumie tu stan moralny członków partii, ich postawę warunkującą działania agresywne i obronne. Tak było we Włoszech, tak działo się w Niemczech. Sytuacja w Rosji była bardziej dynamiczna, co nie znaczy, że inna.

  Wszyscy znamy historię i wiemy do czego takie dążenia doprowadziły. To są oczywiście skrajne przypadki, ale możemy się liczyć z faktem, że w praktyce, choć różnej od tamtej z lat trzydziestych XX wieku, efekt może być taki sam. Oto kilka spostrzeżeń związanych z monopartyjnością:
1. „Jednostkowe kierownictwo w osobie przywódcy (wodza) obdarzonego pełnią mocy rozkazodawczej. Wódz w partii ma władzę dyktatorską, którą pełni siłą przez obowiązujące statuty. Wódz określa cele akcji, od niego pochodzą wszelkie nominacje, powołuje u swego boku sztab. (...) Nie jest on przed nikim odpowiedzialny, natomiast wszystkie niższe organy ponoszą odpowiedzialność przed nim. (...) Kongresy partyjne są narzędziami woli wodza i nie są niczym innym jak imponującymi rewiami propagandy.”2
2. „Przy boku wodza działa sztab przez niego nominowany i przed nim odpowiedzialny. Składa się on z osobistości, którym wódz przydziela określone działania. Sztab partyjny jest uderzający podobny do sztabu głównego armii. Sztabowcy powoływani są przez wodza do odbywania z nim narad, jednakże zawsze w charakterze konsultacyjnym. Jest częstym zjawiskiem, że sztabowcy partyjni zajmują jednocześnie wyższe stanowiska w rządzie i armii. W tych sztabach istnieje pewna liczba jednostek ogółowi nieznanych lub mało znanych, pozostających w ukryciu, odgrywających rolę mózgu tego aparatu sztabowego.”3
3. Obok wodza i sztabu istnieje cała hierarchia jednostkowych władz kierowniczych, nominowanych przez wodza lub przez członków sztabu partii. (...) W stosunkach między niższymi a wyższymi przywódcami ściśle przestrzegana jest zasada hierarchii. Za niespełnienie wyznaczonych zadań grożą najrozmaitsze karne sankcje aż do usunięcia z partii.”4
4. „Członków partii obowiązuje ścisła i bezwzględna dyscyplina. Wyraża się ona przede wszystkim w bezwzględnym posłuchu wobec zarządzeń zwierzchników, których rozkazy muszą być wykonywane bez szemrania. (...) Członek partii musi zachowywać określony tryb życia, a naruszenie tego stylu naraża go na konflikt z jego partią. (...) obcowanie towarzyskie z Żydami, słuchania radia z Moskwy, stosowanie środków antykoncepcyjnych i cała masa różnorodnych zachowań w życiu towarzyskim, kulturalnym, gospodarczym itd., jako sprzecznych ze wzorem przyjętym przez partię, naraża członka partii na konflikt i sankcje karne.”5
5. „Monopartia niezmiernie silnie akcentuje swoją odrębność grupową. Uczestnictwo w monopartii jest cenione niezmiernie wysoko, grupa uważa się za „elitę” narodu i z tego tytułu w swoim przeświadczeniu ma prawo do zajmowania miejsca uprzywilejowanego i decyzyjnego. Członek monopartii czuje się wywyższony, uważa się za coś lepszego od tych nie będących członkami monopartii. (...) Tego rodzaju postawa spotyka się z aprobatą znacznej liczby niepartyjnych. Pewne ich postępki, które wzbudziłyby dezaprobatę, gdyby chodziło o ludzi zwykłych, tu są traktowane jako nienaganne, a nawet nieraz spotykają się z uznaniem.”6
6. „Specjalne miejsce w monopartii zajmuje podgrupa ściśle bojowa, organizacja paramilitarna, całkowicie oparta na zasadach wojskowych.”7

  Przypomnę, to jest charakterystyka powstawania totalitaryzmów z różnych opracowań A. Hertza, pisanych na przestrzeni trzydziestu lat tuż po wojnie światowej. Czy to się komuś jakoś kojarz? Mnie osobiście tak, choć on nie mógł nic wiedzieć o tym, że powstanie taka partia jak PiS. Fakt, nie we wszystkim, bo ta partia nie ma jeszcze swoich stricte paramilitarnych bojówek. Nie są jej specjalnie potrzebne, skoro dzięki demokratycznym zasadom przejmowania władzy ma pełną kontrolę nad wojskiem i policją. 

  Tego pewnie już nikt nie pamięta, kiedy Bierut szedł z prymasem Hlondem pod rękę w procesji Bożego Ciała. Nikt nie krzyczał przeciw demokracji, ba!, zapraszano opozycję do władzy, choć już łamano prawo w myśl jakiegoś wyimaginowanego zagrożenia ze strony zaplutej reakcji. Mówiono o Polsce wstającej z ruin, wolnej, sprawiedliwej i wielkiej. Aż, niemal z dnia na dzień, obudziliśmy się z ręką w nocniku.

Przypisy:
1 – Aleksander Hertz (1895-1983), Polak żydowskiego pochodzenia, od 1940 roku na emigracji w USA
2 – „Szkice o totalitaryzmie”, Aleksander Hertz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994, str. 9
3 – ibidem str. 10
4 – ibidem str. 10
5 – ibidem str. 12
6 – ibidem str. 15
7 – ibidem str. 19


środa, 24 sierpnia 2016

Wisielczy humor



  Tak mam dziś. Nie wiem skąd, ani dlaczego, bo i pogodna ładna i powód do zadowolenia też by się znalazł – emerytura wpływa na konto. A jednak od samego rana, nomen omen, chyba sam diabeł dba o to, abym był w złym nastroju. Do tego stopnia, że nie znajduję w sobie żadnych ludzkich uczuć, żadnej wrażliwości. I nie widzę w tym przyczyny wstawania lewą nogą. Dzień w dzień tak wstaję i nic, a dziś..., szkoda gadać i muszę tę żółć z siebie wylać. Padło na mój własny blog.

  W takich razach szukam jakiegoś dobrego dowcipu. Nawet znalazłem:
Rozgłośnia radiowa. Prowadzący wesoło do słuchacza:
- Nagrodą, którą pan zdobywa są dwa bilety na występ Jana Pietrzaka. Regulamin mnie jednak obliguje do zadania panu pytania. A więc: ile jest 2 plus 2?
Słuchacz bez zastanowienia: - W tej sytuacji odpowiadam: siedem!

Ja bym odpowiedział podobnie. Też bez zastanowienia.

  I co? I nic! Jakby mnie osa użarła w samo czółko, bo ostatnio ich dużo. Śliwki dojrzewają i aż huczy w sadziku. Beznamiętnie przeczesuję net i trafiam na wiadomość o trzęsieniu ziemi we Włoszech. Tragedia. Jak na razie dziesięć ofiar śmiertelnych i sporo rannych, i jeszcze więcej gruzów. Tylko mój podły nastrój się potęguje. Ten wisielczy humor. A jak humor, to oczywiście ten najczarniejszy z czarnych. W jednym z komentarzy czytam: „Gdyby w Polsce były trzęsienia ziemi, byłoby ciut bezpieczniej. W sporej części domów i mieszkań nie spadałby książki z półek.” Albo taki: „Św. Hubertowi dziękujemy za Legię. Komu dziękować za to trzęsienie ziemi?” Nie rozumiem, jak wobec takiej tragedii można wstawiać takie komentarze? Rzecz w tym, że i mnie dziś nachodzi chęć wstawiania podobnych i choć z trudem, ale na szczęście się powstrzymuję. Bo czytam relację jednego ze świadków: „Dobry Boże! Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem!” Faktycznie dobry ten Bóg, skoro temu komuś takie widowisko zafundował (sic!). A całkiem niedawno, pisałem jak ten sam dobry Bóg pomagał zwycięzcom  na olimpiadzie.

  Na innym portalu jeszcze ciekawiej. Z tej tragedii cudem ocaleli dwaj polscy księża! Opatrzność nad nimi czuwała. Tak intensywnie, że już nie starczyło opieki dla tych dziesięciu zabitych i kilkudziesięciu rannych. Kto wie, może to dlatego, że ci poszkodowani nie byli na ŚDM? To już oczywiście moje chore dziś dywagacje, za co biję się w pierś. Ale ten dziewiętnastoletni piłkarz, zadźgany nożem na głównym deptaku w Katowicach, też pewnie nie był na ŚDM. Tego nie wiem na pewno, ale przy takim humorze jak mój, w każdej z dwóch opcji, był lub nie był, związek przyczynowo - skutkowy można znaleźć. Przecież nie jestem w tym odosobniony. Upijam się bardziej niż rzadko i tylko na wesoło, więc kto wie, czy to nie będzie jedyne lekarstwo, by przeżyć ten dzień.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Dajmy dzieciom broń



  Najlepiej palną. Kije bejsbolowe z powstańczym emblematem to raczej archaizm, choć w pewnych, młodzieżowych ośrodkach kultury narodowej (o kibolach już nie wypada pisać) ma powodzenie. Tyle, że sport bejsbolowy w naszym kraju jakoś mało popularny, więc te kije od razu źle się kojarzą. Nawet jeśli z tym powstańczym emblematem.

  Pamiętam jak w szkole średniej (technikum górnicze w czasach komuny) mieliśmy zajęcia z przysposobienia wojskowego. Miały inne podłoże niż te na uczelniach. Nam oferowano zwolnienie ze służby wojskowej z racji wykonywanego zawodu, ale nie chciano nas pozbawić zabawy w wojsko. Ta zabawa polegała przede wszystkim na musztrze. Szlifowaliśmy raz w tygodniu betonową płytę boiska do piłki ręcznej. Jeden, jedyny raz zaprowadzono nas na strzelnicę i wręczono prawdziwy karabin do ręki (to był chyba KBKS). Pozwolono oddać trzy strzały do tarczy. To była frajda, powąchać zapach prochu (sic!) Ale od tego czasu poczułem w sobie niechęć do jakiejkolwiek broni. Palnej w szczególności, choć oko miałem dobre. Najlepsze w klasie. Bo strzelać do tarczy to przysłowiowy pikuś, ale jak na niej jest namalowana sylwetka człowieka, to już nie bardzo. Moja wyobraźnia widziała prawdziwego „ludzia”.

  Nie wiem jak jest teraz w szkołach średnich z takimi zajęciami. Ale musi takich zajęć brakować, skoro jakiś oświecony dyrektor-patriota wymyślił klasę o profilu matematyczno-narodowym. Choć bardzo się staram, nie mogę w żaden sposób znaleźć relacji tej matematyki do narodowości. Już bardziej takie powiązanie: polonistyczno-narodowa, historyczno-narodowa, bo wiadomo – Polacy to naród bitny. Ale matematyka?! Chyba najbardziej humanistyczna z nauk ścisłych, wolna od ksenofobi,  narodowego socjalizmu czy w ogóle od agresji. Widać dla chcącego nic trudnego, a takim chcącym jest dyrektor Liceum nr 1 w Milanówku. Po dość ostrej reakcji, zmieniono tę nazwę na "klasę mundurową". To nic wprawdzie nie zmienia, ale nie brzmi tak idiotycznie jak wcześniej. Przy okazji wyszło szydło z worka (proszę źle nie kojarzyć), bo okazało się, że ten profil i zajęcia z bronią palną mają silny związek z pobliskim ośrodkiem dla uchodźców, wprawdzie nie radykalnych islamistów, bo takowych w naszym kraju nie ma, ale zawsze to uchodźcy. Element zdecydowanie podejrzany i groźny, i młodzież się boi. A strach najlepiej zabić bronią palną. Sorry, źle mi się napisało, to taki skrót myślowy. Chodzi  oczywiście o zabicie strachu wewnętrznego. Człowiek, szczególnie ten młody, nie odczuwa strachu, gdy ma na podorędziu karabin. Najlepiej taki wielostrzałowy. Ja bym w tej szkole otworzył również wypożyczalnię tej broni, zamiast bibliotek. Te ostatnie są coraz mnie popularne.

  Bać się nie ma czego, bo temu doskonaleniu umiejętności posługiwania się bronią będzie towarzyszyć wychowanie patriotyczne. Chodzi oczywiście o ten model patriotyzmu, który się ostatnio lansuje, czyli bić tych, co nie Polacy, co o innym zabarwieniu skóry i innej ideologii niż katolicko-narodowa. To ich pobłogosławi ks. Międlar i wleje w ich serca prawdziwie bohaterstwo. Ja nawet sądzę, że powinniśmy iść krok naprzód. Tworzyć takie klasy już w szkołach podstawowych, najlepiej pod okiem księży kapelanów. Tej młodszej młodzieży łatwiej wpoić właściwy (czytaj: wrogi) stosunek do obcych wszelkiej nacji. I łatwiej nauczyć posługiwać się bronią. To się sprawdziło i w Afryce, i w ISIS. Zabijanie wrogów stało się tam jak kromka chleba. Czytałem na ten temat sporo i swoje wiem. Taki dwunastolatek pociąga za spust bez mrugnięcia powieką, często z okrzykiem "Allah Akbar!". Zawleczki z granatów też wyciąga w podobny sposób. I co najważniejsze, jako małoletniemu nie grożą tak surowe kary, jak dorosłym, gdy skieruje swój gniew nie tam gdzie trzeba. Że będą ofiary? A kto się dziś ofiarami przejmuje, jeśli to obcy.


czwartek, 18 sierpnia 2016

Hej, szable w dłoń



  Jestem pacyfistą, to ogólnie znana rzecz..., dlatego biję na alarm. To, co wyprawia nasz rząd, strasząc wojną, musi budzić grozę, bo to nic innego jak celowe dążenie do rozpętania kolejnej globalnej wojny. Gdy doszło do porozumień w sprawie NATO na ostatnim szczycie w Warszawie, trudno było myśleć, że może dojść do takiej sytuacji jaką mamy teraz. Wszyscy trąbili o ochronnym parasolu nie tylko tej organizacji wojskowej ale i armii USA, o wzmocnieniu wschodniej flanki Unii i o gwarancjach bezpieczeństwa. To miało zapewnić nam pokój w świecie ogarniętym lokalnymi wojenkami.

  Dziś mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Cały ten cyrk miał służyć li tylko do rozjuszenia Rosji. Efekt, manewry rosyjskiej armii za naszą wschodnią granicą i wzmożenie aktywności na granicy z Ukrainą. Tak naprawdę ten szczyt to ściema, bo teraz, po rozjuszeniu Rosji, jest pretekst do dwóch kolejnych kroków. Rozbudowy polskiej armii i oficjalnego rozpoczęcia naboru do Obrony Terytorialnej. Kolejny program 500 plus, tym razem dla każdego ochotnika. Przy okazji wciąż potęguje się poczucie zagrożenia, aby te działania usprawiedliwić. Na łamach Rzeczpospolitej, doradca ds. strategii Andrzej Talaga uzasadnia te działania trzema przyczynami. Przyjrzyjmy się im bliżej.

  Pierwsza: silna armia Stanów Zjednoczonych (sic?) i słabe „podbrzusze” Europy z powodu islamu, a do tego działania Rosji na Krymie, które Talaga określa „szczękiem żelaza” nadchodzącej wojny. W czym nam zagraża silna armia Stanów nie rozumiem kompletnie. Islam stać raptem tylko na terrorystyczne zamachy, Państwo Islamskie jest w głębokiej defensywie. Ukraina tylko na własne żądanie nie chce zakończyć konfliktu z Rosją. Gdyby chciała zaprowadzić pokój u siebie i spełnić warunki przyjęcia jej do Sojuszu, nic by jej ze strony Rosji nie groziło.
  Druga: Słabość i kryzys Unii Europejskiej. Jak twierdzi Talaga „Tarcza unijnych praw już nas nie chroni” (sic!) Jedną, choć nie najważniejszą przyczyną tej słabości – jest nasz dzisiejszy rząd. Zamiast dążyć do wyjścia z kryzysu, Polska robi wszystko aby ten kryzys narastał. We wszystkich aspektach stosunków zewnętrznych i wewnętrznych, idąc tym samym Rosji na rękę, która jest zainteresowany tym, aby UE była niespójna i rozdarta.
  Trzecia:  Wg Talagi „Kreml musi unikać sytuacji trwałej stabilizacji u sąsiadów, bo tylko dzięki temu w łatwy sposób osiąga dobre wyniki niskim kosztem na scenie międzynarodowej.” (?) Co to są te dobre wyniki, już A. Talaga nie wyjaśnia. Przecież to wynika z drugiej przyczyny! Powiedzmy sobie prawdę. By dziś uniknąć wojny potrzebna jest sprawna dyplomacja na wysokim poziomie i chęć podjęcia konstruktywnych rozmów w celu rozwiązywania nabrzmiewających problemów. Potrzebna jest też silna i stabilna Unia Europejska. Nasz rząd robi dokładnie odwrotnie i przy okazji nakręca spiralę strachu przed Rosją. Chce wystawić jak najliczniejszą armię zawodową i drugie tyle pospolitego ruszenia. Jak pragnę zdrowia, mnie to coś przypomina.

  Realia dzisiejszej wojny na poziomie takim jaki prezentuje Rosja, a czego na pewno nie uzewnętrznią działania na Krymie i Ukrainie (traktowane pewnie jak poligon doświadczalny i element narastania napięcia), daleko przekraczają możliwości pojmowania jej taktyki przez naszego Ministra Obrony. To nie będzie bitwa pod Kurskiem na pojazdy opancerzone. To nie będą zielone ludziki na Ukrainie. To nie będzie też wojna piechoty. To będzie wojna na zdalnie sterowane drony, skutecznie niszczące terytorium wroga i równie skuteczne rakiety dalekiego zasięgu. To będzie też niszcząca wojna na poziomie informatyki. Tarcza rakietowa nigdy nie będzie w stu procentach skuteczna. A terytorium Rosji w porównaniu z terytorium Polski, czy nawet całej Europy jest poza możliwościami opanowania przez siły NATO. Dla kogo ta wojna, nawet jeśli nie przyniesie rozstrzygnięcia, będzie bardziej bolesna i tragiczna, chyba nie muszę pisać.

  Tak się cały czas zastanawiam, komu i dlaczego przeszkadza pokój? A przecież wystarczy odrobina dobrej, dyplomatycznej woli, niekoniecznie drogą terytorialnych i gospodarczych ustępstw, aby nie dopuścić do kolejnej bezmyślnej awantury, za którą zapłacą życiem zwykli ludzie, pragnący pracować, mieć rodziny i dzieci.


niedziela, 14 sierpnia 2016

Śmierć ateistom (heretykom)



  Artykuł powinien ukazać się na moim drugim blogu, ale ze względu na ważność poruszonej tematyki, zdecydowałem, że będzie na tym. Do jego napisania skłoniły mnie dwa, nieodległe w czasie artykuły na portalu Fronda.pl. Ktoś powie, że niepotrzebnie się przejmuję, niepotrzebnie robię wielkie „halo”, bo to portal i śmieszny, i mało znaczący. I pewnie w tej ocenie będzie dużo racji, rzecz jednak w tym, że swego czasu podobnie traktowano Radio Maryja. Dziś bardziej adekwatnym określeniem jest – Imperium Rydzyka. Imperium, które ma znaczny wpływ na dzisiejsze kierunki rozwoju Kościoła w Polsce. Już nie jest marginalne (patrz starania PiS o poparcie), ani śmieszne, bo gro hierarchów kościelnych mu podlega.

  Sprawa jest według mnie bardzo poważna, bo zahacza po pierwsze, o powrót kary śmierci, po drugie, piętnowania poglądów niezgodnych z linią Kościoła Rzymskokatolickiego, sorry, Rydzykowego. Pierwszy artykuł, zatytułowany „Czy kara śmierci uniemożliwia skazanym zbawienie?”1 jest niczym innym jak argumentacją za przywróceniem kary śmierci w kodeksie karnym. Po co, wyniknie z omówienia drugiego artykułu. Trochę to sprzeczne z akcją antyaborcyjną, kiedy to głównym argumentem ortodoksyjnego katolicyzmu jest ochrona każdego życia. Nawet ledwie poczętego zarodka. Taaak, ale zbrodniarz już ma ten etap zarodka za sobą i na śmierć można go bezapelacyjnie skazać, a wyrok bezwzględnie wykonać. O zbawienie jego duszy nie ma się co martwić, wszak sam swą zbrodnią udowodnił, że na zbawienie nie zasługuje. Czytam (pisownia oryginalna): „Nawet, gdyby kara śmierci była czymś absolutnie złym (a nie jest) [wszystkie podkreślenia moje], to jej wymierzenie nie mogłoby nikogo pozbawić zbawienia (...) Jeśli zatem ktoś kończy życie np. na krześle elektrycznym albo huśtykając na szubienicy to oznacza, że do tej pory miał dostatecznie wiele możliwości i okazji,by wyrazić skruchę za swe grzechy oraz nawrócić się do Boga. Co więcej nie tylko nie można powiedzieć, iż kara śmierci uniemożliwia skazanym na nią zbawienia, ale można z dużą dozą prawdopodobieństwa rzec, że takowa sankcja ułatwia im pójście do Nieba.” Przecierałem oczy ze zdumienia. Kara śmierci środkiem do Zbawienia – tego by pewnie sam Lucyfer nie wymyślił (sic!) I ta konkluzja: „Bóg wiedział co robi, ustanawiając takową [karę śmierci – dopisek mój] jako środek tak ochrony społeczeństwa, jak i specjalną szansę daną wyjątkowo zdeprawowanym ludziom na zbawienie.” (sic!) Toż to nawet sam J. Korwin-Mikke na takie argumenty nie wpadł. Mnie w tym dziwi jedno. Dlaczego takie oszołomy rodzą się wśród wierzących? Przecież ten artykuł w niczym nie ustępuje teoretykom islamskiego terroryzmu. A ktoś mnie kiedyś pytał, jakie związki są między islamem a katolicyzmem? Ma odpowiedź.

  Że się nie mylę, zwrócę uwagę na drugi artykuł, gdzie te związki widać jeszcze wyraźniej. Tytuł: „Św. Tomasz: jak postępować z heretykami, którzy ubliżają katolickiej wierze?”2 Można by rzec: to już do mnie bezpośrednio, choć samej wierze nie ubliżam. Tu znów cytat: „Heretyków trzeba upominać: wymaga tego łagodność, miłosierdzie i troska o błądzących. Jednak gdy heretyk zapamiętale trwa w błędzie, tolerancja musi mieć kres.” Aby była jasność, o co w tym dokładnie chodzi, jeszcze kilka innych cytatów: „[Z punktu widzenia heretyków – dopisek mój] popełniają oni grzech, którym zasłużyli sobie nie tylko na to, by zostali karą klątwy wyłączeni z Kościoła, lecz także usunięci ze świata karą śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która daje życie dla duszy, niż fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu.”; „Ze strony zaś Kościoła jest miłosierdzie troszczące się o nawrócenie błądzących; stosownie do nauki Apostoła, nie potępia ich od razu, lecz dopiero: „Po pierwszym i drugim upomnieniu”; po tym zaś, skoro heretyk nadal trwa w uporze, straciwszy nadzieję w jego nawrócenie, mając na uwadze zbawienie innych Kościół karą klątwy wyklucza go z swojego łona i następnie zostawia go sądownictwu świeckiemu, by przezeń był usunięty ze świata karą śmierci.”; „Co innego klątwa, a co innego doszczętne wytępienie. Jak twierdzi Apostoł, wyklina się heretyka, by Duch jego był uratowany na dzień Pana. Nie jest też sprzeczne z zakazem pańskim tępienie doszczętne heretyków karą śmierci.
To są słowa zaczerpnięte z Sumy teologicznej św. Tomasza z Akwinu (II-II, Q. XI i Q. XII, Zagadnienie XI, Artykuł III). Dawno przez Kościół porzucone, choć nie zanegowane. Jeśli ktoś je dziś przywołuje, propaguje i nagłaśnia, to chyba ma w tym konkretny cel. Czyżby w odpowiedzi na islamski, chciał powołać do życia katolicki dżihad?!

  Ja, w swym ateistycznym i liberalnym humanitaryzmie, chcę wierzyć, że zdecydowana większość katolików w Polsce potępia takie poglądy, jak zaprezentowane w przytoczonych artykułach. Niemniej zastanawiam się czy nie zgłosić ich autorów, jako namawiających do aktów realnego terroru, do prokuratury? Gdyby podobne artykuły ukazały się w necie i byłyby sygnowane religią, inną niż katolicyzm, ta prokuratura, w dobie zagrożenia terroryzmem, wszczęłaby postępowanie z urzędu i nikt nawet nie kiwnąłby palcem w obronie autorów takich tekstów. A portal, mieniący się katolickim i uświęconym, bezmyślnie ich publikuje i promuje. 

  I tak mnie na zakończenie naszło: moje nielubienie religii, ze wskazaniem na ortodoksję, to przysłowiowy pikuś w porównaniu z tym, jak ta religia sama siebie nienawidzi za to, że jest tak tolerancyjna...



PS. Już po opublikowaniu tego artykułu, natrafiłem w blogu pana Adama Szostkiewicza na słowa papieża Franciszka, które, choć w innym kontekście poruszają ten problem. Zacytuję: „Bo nie jest słuszne utożsamianie islamu z przemocą. Uważam, że w każdej religii znajdzie się zawsze jakaś mała grupa fundamentalistów, (...) włoska mafia to ochrzczeni katolicy. Jeśli miałbym mówić o przemocy islamskiej, musiałbym mówić o przemocy katolickiej.” Pozostawię bez komentarza.