sobota, 24 września 2016

Na peryferiach wielkiej polityki



  Mam na myśli ostatnią wizytę Prezydenta A. Dudy w Stanach Zjednoczonych. Coś tam było o przemówieniu na forum ONZ, przyznaję, przemówienie dobre, choć niepotrzebne było to chwalenie się programem 500 plus (pasowało jak pięść do nosa), było coś o przywitaniu Polonii (serdecznym) i amerykańskiej wersji KOD (nieprzychylnym). Nie będę oceniał, sprawy rzekłbym marginalne, raczej wizerunkowe.

  Zdecydowanie bardziej większe znaczenie (w mojej ocenie) miało spotkanie, niejako przy okazji, z Anti-Defamation League (Liga Przeciw Zniesławieniu) – amerykańską organizacją żydowską, najstarszą i najważniejszą na świecie, której statutowym celem jest walka z uprzedzeniami wobec Żydów. Zaś podstawową działalnością jest walka z wszystkimi przejawami antysemityzmu. I tu nasuwa mi się pewna refleksja, skierowana li tylko do siebie: Asmodeusz nie ruszaj gówna, bo śmierdzi, i nie mam tu na myśli samej organizacji, ile mity jakie narosły wokół tejże organizacji. Bo prawda jest taka, że mimo tych szlachetnych, statusowych celów, ta organizacja ma też roszczenia wobec Polski, opiewające, bagatela!, na 65 mld dolarów (sic!) Gdyby Polska miała te zobowiązania spełnić natychmiast i od razu (ten pleonazm jest zamierzony), stalibyśmy się z dnia na dzień bankrutami. Drugie rozwiązanie, oddanie wszystkich nieruchomości Żydom, zagarniętych po wojnie przez państwo polskie skutkowałoby oddaniem przynajmniej czwartej części majątku Polski. Też mało atrakcyjne, bo byłoby to drugie terytorium po Izraelu, którym władaliby Żydzi. No, może przed nami jeszcze Stany Zjednoczone.

  Dziwnym trafem spotkanie Prezydenta z tą organizacją spowiła gęsta mgła tajemnicy, chyba gęstsza niż nad Smoleńskiem. Żadnego oficjalnego komunikatu, żadnych uwaga i komentarzy. Może poza zdawkowym stwierdzeniem dziennikarzy, że wrogowie antysemityzmu i jego tropiciele (czyli ADL) wyszli ze spotkania bardzo zadowoleni. Dla zawodowych tropicieli STD (spiskowej teorii dziejów) przekaz jest jednoznaczny. Prezydent pewnie musiał zapewnić, że walka z antysemityzmem w Polsce będzie kontynuowana, a restytucja mienia pożydowskiego wciąż jest sprawą otwartą. Więc biją na alarm i żądają od Prezydenta jakiegoś wyjaśnienia, a ten dyplomatycznie milczy, tak jakby nie było się czym chwalić.

  Bo też nie ma czym. Według danych Ligi Przeciw Zniesławieniu, Polska w Europie zajmuje zaszczytne drugie miejsce ze swym antysemityzmem (45%). Wyprzedzają nas tylko Grecy (dane z 2014 roku). Jeszcze gorzej z tą restytucją. Na forum ONZ Prezydent A. Duda zaznaczył, że nie może być tak, by okupanci w sprzeczności do prawa międzynarodowego mogli dowolnie dysponować ziemią i majątkiem zaaneksowango terytorium. Wprawdzie Polska nie jest okupantem, ale w myśl tej deklaracji, nie można mieniem żydowskim rozporządzać dowoli, bo inaczej mamy do czynienia z grabieżą cudzego majątku. Prawdziwy impas, bez względu na to, co myśleć o roszczeniach Żydów. I właśnie tu można mieć pretensje za ów brak informacji. Zamiast postawić sprawę jasno i zgodnie z prawdą, co mogłoby podobno podważyć lansowaną ideę wielkiej i niezależnej Polski (nie wiem dlaczego), pozostawia się pole dla szerzenia wszelkich spiskowych teorii dziejów, ze wskazaniem na niecne działania ADL. Już tak na marginesie, warto zaznaczyć, że ADL wspiera polskie starania mające na celu zmianę nazwy „polskie obozy koncentracyjne” na „Niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne”.

  Prawicowo-narodowi dziennikarze już biją na alarm, że owa walka z antysemityzmem to nic innego, jak drastyczne ograniczenie „wolności słowa”. Mnie osobiście te obawy nie dziwią. Dla tych dziennikarzy „żydostwo” jest doskonałą okazją do wykazania się „prawdziwą erudycją” i snucia spiskowych teorii dziejów, mających niejednokrotnie usprawiedliwić własną indolencję.


czwartek, 22 września 2016

Narodowe chrześcijaństwo



  Znakiem chrześcijaństwa jest krzyż, symbol męczeństwa i odkupienia. I tylko krzyż. Na temat chrześcijaństwa każdy pewnie ma swoje zdanie, mnie się przede wszystkim kojarzy z miłością do człowieka, do bliźniego.

  Dziś jednak bywa z tym pojęciami bardzo różnie. Ostatnio miałem okazję zapoznać się częściowo z akcją #jestemchrześcijaninem. Sama nazwa wydaje się być bez zastrzeżeń, problem w tym, że wiąże się z pewną deklaracją. Trzeba umieścić swoją fotografię na pewnym portalu, pozując z kartką na której jest wypisane własnoręcznie i czytelnie „jestem chrześcijaninem” i... koniecznie z bronią palną (sic!) Powiem szczerze, że wcisnęło mnie w krzesło. Zacząłem temat drążyć.

  Jak tłumaczą inicjatorzy, owa broń ma służyć obronie chrześcijaństwa. Innymi słowy, taki chrześcijański dżihad, pewnie wzorowany na islamskim. Kim są inicjatorzy? Znalazłem trzy nazwiska: Marian Janusz Kowalski, Paweł Chojecki i Andrzej Turczyn. Pierwszego chyba nie trzeba mi przedstawiać, wspomnę tylko, że to były kandydat na prezydenta, człowiek bez matury, były wiceprezes Ruchu Narodowego, współorganizator Marszu Niepodległości. Drugi jest pastorem Kościoła Nowego Przymierza w Lublinie, trzecim, Andrzej Turczyn, szef Ruchu Obywatelskiego Miłośników Broni. Z tego konglomeratu inicjatorów trudno wnioskować, czy owi chrześcijanie to katolicy czy protestanci, bo tak naprawdę tak szczegółowa deklaracja wiary nie jest potrzebna. Wystarczy, że członkowie są za posiadaniem broni. Tak tłumaczy tę akcję A. Turczyn: „Możesz nie wierzyć w Boga. Twoja sprawa. Możesz nie chcieć mieć broni. Twój wybór. Ale gdy Cię ktoś napadnie, natychmiast dzwonisz po kogoś uzbrojonego i modlisz się aby przybył jak najszybciej!”. Innymi słowy, obroń się sam, strzelając każdemu napastnikowi prosto w łeb, tak po chrześcijańsku.


  Znamiennym jest fakt, że ci miłośnicy broni, to przede wszystkim narodowcy, ludzie bezwzględni, nie mający żadnych skrupułów. Dla nich naciśnięcie na spust to jak splunąć. Skoro fotografują się z bronią, mniemam, że mają już zezwolenie na jej legalne posiadanie, im widać zależy, aby wszyscy chrześcijanie szli ich śladami. A teraz spróbuj, mój Czytelniku, a może przede wszystkim, moje Czytelniczki, wyobrazić siebie z taką bronią oko w oko z napastnikiem czy obcym agresorem. Zanim przełamiesz strach i moralne obawy, padniesz trupem, bo ten napastnik-agresor jest bardziej bezwzględny i zdeterminowany niż Ty. Pewnie też bardziej obeznany w posługiwaniu się bronią, wyćwiczony i celniejszy. Nawet jeśli jakimś cudem uda Ci się wyjść z tego zdarzenia cało, pomyśl, co będzie się działo z Twoim sumieniem, którego napastnik raczej jest pozbawiony? Zgoda, zakaz posiadania broni palnej nie chroni przed tym, by ją zbój nie zdobył. Ale zawsze to jakaś trudność i powód by napaść potraktować bardziej surowo. Niemniej, powszechny dostęp do broni będzie również dostępny nie tylko zbójów ale i szaleńców, którym przyjdzie ochota, na przykład, postrzelać w szkole do ruchomych celów. Jeszcze  bardziej znamienna wydaje się deklaracja bycia chrześcijaninem. Czyżbym miał rozumieć, że jeśli nim nie jestem, to w myśl idei narodowych, powinienem się z tego kraju wynieść raz na zawsze? To też iście po chrześcijańsku i w myśl nauk Chrystusowych?

  W kontekście poprzedniej notki, o organizacji RAŚ, ta, na tle narodowego chrześcijaństwa, jawi mi się jako oaza spokoju i miłości bliźniego. Tam nikt do zbrojenia się i zabijania nie namawia. To oczywiście sarkazm, ale ja innej formy oceny #jestemchrześcijaninem nie znajduję. Dziś jest tych fanatyków podobno około 10 tys., całkiem liczna, wręcz brunatna armia. Że za daleko się posuwam? A kogo oni mają za śmiertelnych wrogów? Lewactwo i liberałów, którzy podobno zagrażają ich wierze (zastanawiam się jak, skoro na idee lewactwa i liberalizmu są odporni?). Oni są gotowi osobliwie połączyć Chrystusa i przemoc. Oni dla Chrystusa chcą zabijać! I co najbardziej zdumiewa, przedstawiciele polskiego Kościoła nawet nie próbują zająć w tej sprawie stanowiska, nawet jeśli narodowi chrześcijanie nazywają papieża Franciszka „orędownikiem fałszywego miłosierdzia”.



wtorek, 20 września 2016

Zamordyzm - nowa odsłona



  Znów mi podnoszą ciśnienie do granic wytrzymałości. Już nawet nie ten smoleński cyrk, który chyba nigdy się nie skończy, już nawet nie szum wokół reformy oświaty, czy ksenofobiczne nastawienie do wszystkiego, co obce. To da się jeszcze traktować z odpowiednim dystansem, wystarczającym do zachowania zdrowia psychicznego.

  Wspomniałem już, że jestem Ślązakiem-Polakiem, i choć już nie mieszkam w rodzinnych stronach, wciąż mnie interesują sprawy związane z tamtym regionem. Swego czasu wyłuszczyłem swoją dezaprobatę odnośnie organizacji RAŚ (Ruch Autonomii Śląska), ściślej do jej programu. Nie po to moi dziadkowie walczyli w Powstaniach Śląskich, by ich wnukowie mieli jakiekolwiek separatystyczne zapędy, nawet jeśli dążenia do autonomii nie do końca takie są. W pewnym okresie mojego życia usiłowano mi wmówić, że wypracowane dobra Śląska są rozkradane niesłusznie na rzecz reszty kraju, w tym przede wszystkim dla Warszawy. Mało co mnie tak irytowało jak właśnie takie snobistyczne, egoistyczne i regionalne myślenie. Utopijna wersja o regionalnym Eldorado. W końcu i tak dziś Katowice oraz inne śląskie miasta prezentują się całkiem okazale, nikt już nie robi problemów z używaniem śląskiej gwary, kwitnie życie kulturalne i oświatowe w porównywalny sposób do innych ośrodków w kraju.

  Niemniej samo istnienie RAŚ jest mi po części obojętne. Nie tak skrajne organizacje i partyjki w tym kraju istnieją, łącznie z niemal faszyzującymi organizacjami narodowymi. Jeden śmietnik, na szczęście jeszcze rozdrobniony i marginalny. I tu zbliżam się do sedna sprawy. Niejaki Waldemar Anzelm, polityk i poseł partii PiS, absolwent Uniwersytetu Śląskiego (sic!) apeluje do MON o jak najszybsze utworzenie na terenie Śląska uzbrojonych oddziałów Wojsk Obrony Terytorialnej po to, aby chronić Śląsk przed działaniami RAŚ. Dla mnie to już ewidentnie przejaw tytułowego zamordyzmu. Jeśli ktoś kiedyś miał wątpliwości czemu będą służyć oddziały WOT, teraz już nie powinien mieć żadnych. Nie chodzi o żadną obronę wobec wroga zewnętrznego (tu wartość bojowa jest praktycznie równa zeru), tu chodzi o zamordyzm wobec obywateli własnego kraju, którzy nie dość mocno wyrażają swoje uwielbienie dla miłościwie nam panujących. Jak już taki element się wyeliminuje, lub przynajmniej obezwładni, pan poseł W. Anzelm będzie mógł spokojnie, w poczuciu bezpieczeństwa  i dobrze spełnionego obowiązku, iść do kościoła i podziękować za wszystko Bogu i pomysłodawcy WOT, Antoniemu Macierewiczowi.

  Ja mam świadomość tego, że to tylko urojony pomysł szaleńca, być może do realizacji tego szalonego planu nie dojdzie. Tylko tak jakoś dziwnie się składa, że kiedyś takie szalone pomysły stały się rzeczywistością.


sobota, 17 września 2016

Zwierzolub



  Niestety, to nie ja jestem twórcą tego nowego słowa, choć bardzo mi się podoba. Określa człowieka kochającego zwierzęta, czego proszę nie łączyć z zoofilią. Jak przypuszczam, wśród moich Czytelników takich osób nie brakuje, a znaczna ich część jakiegoś zwierzaka posiada. To określenie wymyślono na profilu facebook’owym o dość znamiennej nazwie „Ludzie przeciw myśliwym”. Tyle tytułem wstępu.

  Osobiście mnie kampania wyborcza Andrzeja Dudy nie przekonywała. Nie będę teraz tego rozwijał, napiszę tylko, że w jednym elemencie (szkoda, że tylko w jednym) kandydat mnie ujął. Tym elementem była kontra w stosunku do Prezydenta Bronisława Komorowskiego, który należał do grona myśliwych i ich zwolenników. A. Duda napisał nawet do przyjaciół zwierząt ulotkę, której fragment przepiszę, bo kopia jest mało czytelna:
Andrzej Duda
Kandydat na Prezydenta RP

List do wszystkich tych, którzy są przyjaciółmi zwierząt

  Mahatma Gandhi powiedział, że „wielkość narodów i ich moralny postęp można poznać po stosunku do zwierząt.” W pełni podzielam tę myśl i uważam, że stosunek do zwierząt i wrażliwość na ich krzywdę jest ważną miarą naszego człowieczeństwa. Kto nie jest wrażliwy na krzywdę zwierząt, ten zwyczajnie nie jest wrażliwy na krzywdę ludzi.
   Trudno mi zrozumieć mojego konkurenta do Urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej Pana Bronisława Komorowskiego, który z zabijania zwierząt uczynił sobie hobby i przyjemność. Przykrym dla mnie widokiem są jego zdjęcia z szerokim uśmiechem nad ciałami zabitych zwierząt, traktowanymi jako trofeum. [wyróżnienie moje]
   Uważam, że taka postawa i taki brak elementarnej ludzkiej wrażliwości nie przystoi Prezydentowi Rzeczypospolitej.
   W mojej aktywności publicznej aktywnie uczestniczę na rzecz poprawy losu zwierząt (...)
” itp., itd., (już bez
znaczenia dla meritum).


  Prawda, że pięknie?! Choć mnie by wystarczyło nawet bez oskarżenia B. Komorowskiego, bo i tak myśliwych i myślistwa nie pochwalałem, ale skoro A. Duda uznał, że tak trzeba – to trzeba!
 

  Za to dziś mamy informację z gatunku tych, gdzie „fotografa przy tym nie było”, to znaczy był, ale tego nie rozpowszechniono w mediach publicznych, sorry, narodowych. Wyjaśnię, to są dwa zdjęcia z fotoreportażu, z wizyty myśliwych u Prezydenta, aby nie było pomyłki, u Prezydenta Andrzeja Dudy, a ten kosz jest pełen wędlin i wyrobów z dziczyzny. Na tym nie poprzestano, bo przyjęcie zakończyła uroczysta kolacja z daniem głównym w postaci młodego prosięcia dzika.

Hmm, gdy patrzę na tę roześmianą buzię Prezydenta A. Dudy, od razu mi się to kojarz z fragmentem ulotki przedwyborczej, który wyróżniłem.
 

  Już tylko jako ciekawostkę przytoczę jeszcze jeden cytat (za wyborczą.pl) A. Dudy sprzed trzech lat, kiedy to potrafił być bardziej celny w swych spostrzeżeniach. Napisał na Twiterze: "Stan polskiego sportu, zwłaszcza gier zespołowych, jest smutnym odzwierciedleniem stanu państwa polskiego." (sic!) W kontekście kompromitującej porażki Legii Warszawa na otwarcie Ligi Mistrzów, te słowa brzmią jakoś tak (zło)wieszczo.

PS wszystkie fotografie pochodzą z profilu "Ludzie przeciw myśliwym" na fb




czwartek, 15 września 2016

Przemęczenie



  Zainspirował mnie pewien komentarz, w którym moja Czytelniczka stwierdziła, że ks. proboszcz jest strasznie przemęczony, bo w dzień musi służyć wiernym, a w nocy odwalać papierkową robotę. Ja tego nie zamierzam oceniać, ba!, w ogóle nie będę w notce zajmował się problemami ks. proboszcza. To będzie o zupełnie innej dziedzinie naszego życia w tym kraju, choć również związana z przemęczeniem.

  Ze służbą zdrowia, od czasów transformacji jest źle, a z każdą ekipą coraz gorzej. I choć każda kolejna ten problem dostrzega, choć każda obiecuje radykalną poprawę, de facto jeszcze bardziej wszystko w tej materii psuje. Nic więc dziwnego, że gdy ostatnio lider .Nowoczesnej, Ryszard Petru, zapowiadał radykalną poprawę w tej dziedzinie, to ja jestem nomen omen święcie przekonany, że to przysłowiowe gruszki na wierzbie. Tak jak byłem pewien, że w tym temacie również gruszki obiecywała obecna Pani Premier. A sprawa jest już nader poważna, bo w grę wchodzi nie tylko życie lekarzy, będących na dyżurach po kilka dni z rzędu, ale przede wszystkim życie samych pacjentów, bo taki lekarz po kilku dyżurach na żadne zaufanie nie zasługuje.

  Gdy obecny rząd wyasygnował na stanowisko ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, można było mieć nadzieję, że jeśli nie w pełni, to przynajmniej częściowo sytuacja się poprawi. Bo K. Radziwiłł, jako lekarz był cenionym i szanowanym, bez względu na swoje przekonania polityczne. Pech ciał, że to właśnie za jego kadencji do zgonu lekarki na służbie doszło. Nie zamierzam go za to obwiniać, nie on ten chory system wprowadził. Niemniej i tak zbulwersował słowami: „To jest wybór między zmęczonym lekarzem, a żadnym lekarzem.” Osobiście gratuluję mu spostrzegawczości, bo rozumiem, że on już wyboru dokonał. Wyboru odnośnie poprawy działania służby zdrowia, która ma polegać na zwiększaniu ilości dyżurów lekarzy. Aby było ciekawiej dodam, że jest również za zniesieniem funkcji Rzecznika Praw Pacjentów, która mu wyraźnie w pełnieniu służby ministra przeszkadza. A, co robi Pani Premier? Pani Premier udaje, że problemu jeszcze nie ma. Ma teraz ważniejsze sprawy na głowie, jak na przykład lustrację zjawiska zwanego nepotyzmem w szeregach jej partii, co nakazał nie kto inny, jak sam Pan Prezes.

  Wiem, każdy znajdzie wiele przykładów źle działającej służby zdrowia, ja posłużę się swoim. Leczę się u Pani dermatolog. I będę się leczył do końca życia. Już z tym wyrokiem się pogodziłem. Problem w czym innym. Gdy swoje wystoję w kolejce, tak ze dwie godziny przy zastosowaniu numerków, muszę być w pełni skoncentrowany, żeby Pani doktor nie strzeliła jakieś gafy. Już się jej niestety przytrafiło i przepisała mi maść ze składnikiem, na który mam uczulenie. Ostatnio muszę jej przypominać, aby chore miejsca jednak obejrzała (sic!) Ktoś powie, że mam sobie ją darować i poszukać innego lekarza. Ja bym się z tym zgodził. Rzecz w tym, że ona na całą gminę jest jedna i tę gminę odwiedza raz na tydzień, bo ma jeszcze pod opieką kilka innych gmin i oczywiście samo miasto powiatowe. Inna alternatywa to prywatna wizyta w mieście wojewódzkim. Czasami też korzystam, ale płacić za przepisanie tych samych leków plus dodatkowo za wizytę – mało logiczne. Wygląda to tak, że raz do roku prywatnie, po ogólną terapię i wskazówki, raz w miesiącu z ubezpieczenia po przepisanie leków. Zastanawiam się kto tu kogo leczy? A inni mają przecież zdecydowanie gorzej!

  Nie wiem, ja się tam za bardzo nie znam, ale przyznam, że zdecydowanie prędzej polubiłbym i Panią Premier, i całe to ugrupowanie PiS, gdyby zamiast kupowania wyborców programami 500 plus/minus czy obiecankami obniżenia wieku emerytalnego, zajęli się właśnie służbą zdrowia. Bo mam świadomość, że ta naprawa ani nie jest łatwa, ani tania. Zatrzymanie kadr lekarskich i pielęgniarskich w kraju wiąże się ze znacznym wzrostem ich płac i poprawą warunków pracy. Innej możliwości nie ma, bo nawet restrykcyjne nakazy i przymusy wobec tej grupy zawodowej i tak niczego nie zmienią. Chowanie głowy w piasek również, chyba że w ten sposób można się przyczynić do znacznego zwiększenia śmiertelności osób starszych i tych, którzy zamiast pracować dla dobra kraju, leczą się bezpłatnie w szpitalach czy leniuchują na zwolnieniach lekarskich. Tylko, czy tędy droga?

  Ja kompletnie tego systemu nie rozumiem. Wszyscy płacimy składki zdrowotne, a przecież nie wszyscy chorujemy na poważne choroby. I nie starcza, w moim przekonaniu, z powodu przerostu formy nad treścią, czyli nadmiernej biurokracji i instytucjonalności. Już chociażby na moim przykładzie. Aby ta jedna doktor mogła funkcjonować na granicy śmiertelnego przemęczenia, potrzebne są trzy panie w recepcji, dyrektor i księgowa placówki, gdzie doktor wynajmuje gabinet, oraz burmistrz z kilkunastoma pomocnikami jako organ nadrzędny. Do tego trzeba dodać NFZ i cały gabinet ministra zdrowia, a i tak nie mam pewności, czy kogoś nie pominąłem. Można by odnieść wrażenie, że trzeba tej armii, otaczającą Panią doktor, być wdzięcznym za to, że w swej trosce pochylają się nad moim zdrowiem. I choć staram się ze wszystkich sił, jakoś tej wdzięczności w sobie nie znajduję, gorzej, stale cisną mi się na usta bluzgi.