środa, 30 grudnia 2015

Sztandarowy projekt



  Współczynnik dzietności to ilość nowonarodzonych dzieci przypadających na ilość kobiet w wieku rozrodczym. Za 2014 rok ten współczynnik w Polsce wynosi 1,33 i jest jednym z najniższych w świecie. Wynika z niego, że zdecydowana większość małżeństw w Polsce to rodzina dwa plus jedno dziecko. Jeszcze jedna dana: przeciętny dochód na jednego mieszkańca w Polsce to 920 zł. Te suche fakty niewiele mówią, a już na pewno nie oddają prawdziwej rzeczywistości rodziny w Polsce. Niemniej można ją w jakiś sposób sobie wyobrazić. A jest faktem bezspornym, że w Polsce zdecydowanie przeważają rodziny z jednym dzieckiem o dochodzie przekraczającym te magiczne 800 złotych brutto na osobę, a która to kwota upoważnia jeszcze do otrzymania dodatku w wysokości 500 zł. Mimo to przewiduje się, że koszty tej darowizny będą i tak ogromne.

  My wszyscy składamy się do tej jednej kasy, z której ten dodatek będzie wypłacany. I dobrze, ale zabawne jest to, że tylko jedna osoba, no, może najwyżej kilka, decyduje o tym, co z tą kasą zrobić. Piszę o tym z sarkazmem nie dlatego, że tą osobą jest kobieta i w dodatku z PiS. Tak było zawsze w większości polskich rodzinach, gdyż to podobno kobiety mają lepsze wyczucie w wydawaniu forsy. Mężczyźni bywają bardziej rozrzutni i mniej rozsądni. I tu jest właśnie przysłowiowy pies pogrzebany. Bo choć ten pomysł firmuje Pani Premier, to de facto nie ona decyduje – a jej promotor. Z kolei ten promotor (czytaj – prezes) słynie z tego, że nie przywiązuje żadnej wagi do pieniędzy. Sam mówił, że nawet konta w banku nie ma, nie ma też żadnych oszczędności, więc moje obawy wydają się uzasadnione.

  Wróćmy jednak do sztandarowego projektu. Pani Premier, zawsze z zatroskaną miną i równie zatroskanym głosem podkreśla, że dla niej ważne są wszystkie dzieci i ten pomysł ma im właśnie służyć, poprawić ich byt. A jednak te obostrzenia, których tak po cichutku przybywa, świadczą wręcz o czymś zupełnie innym. Po pierwsze, dzieci pierworodne już takie równe wobec pozostałych nie są. Nie wszystkim się będzie należeć, a kiedyś to właśnie one miały fory. To pewnie z zemsty, teraz są w gorszej sytuacji. Bo ten próg dochodu to jak gilotyna. Będzie 800 zł ok, wystarczy złotówka więcej i po musztardzie. Z jedynakami jeszcze gorzej. Możesz mieć jedynaku/jedynaczko pretensje do starych, że za bardzo się starali i na zbyt intratne posady się załapali. Ambicja zawodowa dziś dla Pani Premier nie jest w cenie. Jest wyjście, musisz zmusić swych starych do jeszcze jednej upojnej nocy, która być może ciążą poskutkuje. Wielodzietni też nie mają najlepiej. Ok, do osiemnastego roku życia. Ale co, gdy te zechcą iść na studia? Prawo alimentacyjne uznaje studia, sztandarowy projekt  już nie. Studia kosztują więcej niż wcześniejsza nauka, ale wtedy, choć wciąż jesteś dzieckiem rodziców i na ich utrzymaniu, Pani Premier ma cię w nosie. Powinieneś zrozumieć, że dla narodowego katolicyzmu, wykształciuchy to wróg, gorszy sort, bo są zbyt mądrzy i może im się coś w tym konserwatyzmie nie podobać. Ale ciekawe jak będzie traktowane młodsze z rodzeństwa, gdy starsze stanie się pełnoletnie? Z automatu stanie się jedynakiem? Jedno jest pewne, jedynak ma przerąbane, staje się gorszym sortem dzieci.

  Sprawa ma jednak i inne oblicze. Przynajmniej ja osobiście mam poważne zastrzeżenia z tą darowizną, jeśli chodzi o patologię. Już się coś kombinuje o kontrolach, o bonach czy jeszcze nie wiadomo co, ale tak naprawdę, obojętnie jakie metody zastosować, ta patologia sobie z nimi poradzi. Wiem z doświadczenia, co jest w stanie wymyślić alkoholik, by na alkohol mieć. Nie chcę być złym prorokiem, ale coś mi się zdaje, że przybędzie nam najwięcej dzieci z takich właśnie rodzin. A już jest ich niemało.  Ale przecież oto chodzi - ma się rodzić dużo dzieci, nieważne w jakich rodzinach, bo dzieci to podobno dobro wspólne. To jest wręcz mus, bo przecież w zanadrzu jest obniżenie wieku emerytalnego i ktoś musi zarobić na te i tak głodowe emerytury (jeśli w ogóle się chwyci roboty, bo z tymi patologicznymi różnie bywa). I to nie tylko moje wątpliwości, nawet pisowski minister finansów widzi to tak samo. Warto przypomnieć, że ów sztandarowy pomysł miał być już przecież dopracowany w szczegółach jeszcze przed wyborami, co okazuje się dziś, było blefem nad blefami. Pewnie z innymi pomysłami podobnie...

  Ja się zastanawiam, po co to wszystko? Czy nie lepiej byłoby się postarać o wzrost wynagrodzenia pracujących? I dziura w budżecie mniejsza, i satysfakcja z wykonywanej pracy, i patologia musiałaby się wziąć do roboty, i nie mam tu na myśli robienie dzieci. Ogólnie byłoby więcej zadowolenia, a tak mamy gniot rodem z komuny. Czym się kończy pseudorówno wszystkim, historia już dawno temu to udowodniła. Jeśli się komuś wydaje, że wdzięczność ludu można kupić, może być pewien, że ta ma krótkie nogi. Ta wdzięczność mas bywa zawodna.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

I stało się..., i jeszcze się stanie



  Prezydent podpisał ustawę o TK. Ja jednak tylko o tym wzmiankuję, bo dla mnie to jakaś szopka przednoworoczna. Pan prezydent podobno konsultował się. Pytanie z kim? Chyba tylko z jednym, ale za to najwybitniejszy polskim prawnikiem – Jarosławem Kaczyńskim, a ten jak wiadomo idzie w zaparte. Bez komentarza.

  Mógłbym sobie zaśpiewać kibolski przebój; Polacy nic się nie stało..., ale jakoś tak zbyt wielkim optymizmem z tego przeboju wieje. Bo obawiam się też szopki noworocznej. Szykuje się całkiem, całkiem. Po pierwsze, ustawa medialna, po drugie, ustawa policyjna. Jak się przyjrzeć tym projektom, włos jeży się na głowie. Na wszelki wypadek dam się ściąć na jeżyka, maksymalnie 1,2 cm, gdyż jakoś nie za bardzo mi się podoba fryzura a’la Einstein, czy w starej wersji – wkurzony Chopin.

  Prawdę powiedziawszy, w tych dzisiejszych głównych mediach i tak nic ciekawego nie ma. Mam na myśli telewizję. Filmy w 95 procentach amerykańskie, gloryfikujące nawalankę, lub patriotyzm, też stricte amerykański. Do tego idiotyczne telenowele, talk show, i jeszcze bardziej denne kabaretony. Jak się trafi jakiś program publicystyczny, to się tak kłócą między sobą, że i tak nie zrozumiesz, o co. Niby nie ma o co drzeć szat, a jednak. Już sobie wyobrażam te programy informacyjne opanowane przez absolwentów rydzykowej szkoły medialnej, wspierane dziennikarzami TV Republika. A jak sobie wspomnę, że w tym roku są Światowe Dni Młodzieży, pewnie przez dwa miesiące będzie to główny temat nie tylko wiadomości. To w sferze wizualnej. A piśmiennictwo? Pozbawione funduszy z reklam, zmasakrowane procesami o zniesławienie, dziś jeszcze mainstearmowe media, zejdą do klasycznego podziemia, bo i net pewnie ocenzurują na wzór państw muzułmańskich. A kto wie, czy nie zniknie Facebook i Twiter. Będziemy faszerowani wieściami na wzór propagowany przez Frondę.

  Z ewentualnym protestem na takie ograniczenia też może się okazać różnie. To już za sprawą ustawy policyjnej, która nie tylko pozwala na bezkarne inwigilowanie obywateli, ale może zakazać każdej demonstracji przeciw. Racja, jej projekt jest w pewnym sensie zbieżny z pomysłem poprzedniej ekipy, ale... Rzecz w tym, że na czele organów prewencyjnych i siłowych, stoją trzej już znani panowie – Ziobro, Kamiński i Macierewicz. Do czego oni są zdolni, chyba nie muszę nikomu tłumaczyć. I w tym momencie nachodzą mnie bardzo złe myśli. Nie sądzę, aby Polak zrezygnował z jakiejkolwiek formy protestu, gdy coś mu się nie podoba. A wtedy krew się poleje. Dziś Pan Prezydent prosił o zaprzestanie sporów, 13 grudnia 1981 roku, pewien generał, też w ten sam sposób apelował w telewizyjnym orędziu do narodu. Ale nie łudźcie się zwolennicy PiS-u. Ta ustawa jest też przeciw Wam. Ona na wszelki wypadek zabroni Wam protestów, gdy coś temu rządowi nie wyjdzie z obietnicami socjalnymi. O tym też wróble już ćwierkają i to w samych szeregach pisowców.

  Nie mam zamiaru oglądać sylwestrowo-noworocznych przemówień, ani Pani Szydło, ani tym bardziej Pana Prezydenta. Po pierwsze, nie chcę sobie psuć, pewnie ostatniej, dobrej zabawy w taką noc. Po drugie, kupiłem swój telewizor za własne pieniądze, a kto wie, co się stanie z tym urządzeniem, gdy dopadnie mnie tzw. nerw, gdy będę słuchał patetycznej przemowy, zapewniającej, że to wszystko, to dla mojego dobra.


niedziela, 27 grudnia 2015

Nowy mesjasz



  Mam prośbę, drogi Czytelniku, jeśli jesteś głęboko wierzącym katolikiem, albo jeszcze bardziej wierzącym w miłościwie panującego nam Prezydenta, daruj sobie lekturę tej notki, bo lojalnie uprzedzam, możesz się poczuć urażony, choć nie taki miałem zamiar ją pisząc. To tylko moje, być może chore dywagacje na temat, więc jeśli się zdecydujesz i poczujesz się urażony, wolno Ci nazwać mnie upośledzonym, zdegenerowanym, etc., etc. Ja się nie obrażę, ale i odpowiedzialności za Twój stan nie biorę. Czytasz na własne życzenie.

  Pan Prezydent udzielił przed świętami wywiadu BBC. Niby nic złego nie powiedział, ale dziwnym trafem (choć właściwie nic mnie już nie dziwi), w tym wywiadzie dwie sprawy mnie bulwersują. Pierwsza dotyczy sprawy KOD. W jego opinii ten obywatelski protest jest ewidentnie protestem ludzi, którzy utracili władzę i nie chcą zaakceptować tego faktu. Może ma rację, jeśli uznać, że jest jeszcze jeden KOD (np. Komitet Obrażony Dudolszczyzną). Bo ja nigdy nie rządziłem tym krajem, ani nie mam nic przeciw wynikom ostatnich wyborów. Druga dotyczy wewnętrznej sprawy Wielkiej Brytanii, obcięcia socjalu dla imigrantów, w tym i Polaków, czemu nasz Prezydent zdecydowanie się sprzeciwia. A jeszcze nie dalej jak miesiąc temu, równie ostro sprzeciwiał się, i nadal się sprzeciwia, limitom uchodźców narzuconych przez UE, uznając to za nieuprawnioną ingerencję w wewnętrzne sprawy naszego kraju.

  Rzecz w tym, że rośnie we mnie przekonanie, że mamy nowego mesjasza. Może jeszcze nieoficjalnie, ale już, co niektórzy wyznawcy go rozpoznali, witając go w pewnym wielkim mieście transparentem: „Błogosławione łono, które Ciebie nosiło, i piersi, które ssałeś.” Niejaki Tomasz Sakiewicz też pisze, że: „Cud dokonał się na naszych oczach”. I wiele wskazuje na to, że tak się dzieje naprawdę. Bo choć jest diametralnie inny od swego poprzednika, ja to składam na karb nowych, zupełnie odmiennych okoliczności. Dwa tysiące lat to jednak szmat czasu i nic nie jest takie samo. Nowy mesjasz po prostu lubi się fotografować na klęczkach i często wyznaje publicznie jaka jest jego wiara. Chociaż jest w tym jakaś dziwna nowość, bo ma dwóch ojców. Pierwszy to bezsprzecznie Bóg chrześcijański, o czym zaświadcza niemal przy każdej okazji, drugi, nieudolnie skrywany, za to z krwi i kości, w dodatku żyjący na ziemi – prezes, którego wszystkie polecenia spełnia bez mrugnięcia okiem. Ciekawi mnie tylko, czy przed nim też klęczy, gdy słucha tych poleceń?

  Miarą postępu jest również fakt, że zamiast rozdzielać sacrum od profanum, zdecydowanie łączy te dwa elementy, tak, że już nie bardzo wiadomo, które jest ważniejsze. Ale za to nawołuje do zgody. Trochę dziwnej zgody, bo ona ma potępiać tych inaczej myślących, mających inne spojrzenie na rzeczywistość, na inne relacje między ludźmi, co szczególnie zagorzale praktykują jego wyznawcy. I odmiennie niż ten pierwszy Mesjasz, on nie nadstawia policzek, on sam go wymierza. Np., kandydatom do Trybunału Konstytucyjnego. Pal sześć tych kandydatów, on wali po twarzy tych, którzy nie byli zbyt surowi w ferowaniu wyroków na ideologicznych przeciwników, za co jest mu autentycznie wstyd. Sam się tak wyraził. Pierwszy Mesjasz mówił o przebaczeniu, ten nie zamierza nikomu przebaczać. Co najwyżej oskarżanym bez zatwierdzonego wyroku, pod warunkiem, że będą mu pomagali krzewić nową wiarę. Wiarę w nieomylność prezesa i idei jego partii, popularnie zwaną kaczyzmem. Cudów może jeszcze nie czyni, no, może poza stricte spektakularnymi, jak chwytanie hostii w locie, ale już je szumnie zapowiada. Cuda gospodarcze, takie jak; cudowne rozmnożenie dochodów państwa, czy jak to; o wielkim mocarstwie zwanym Polska, które wyrośnie na największe w Europie, i które ma spełnić misję odnowy moralnej zlaicyzowanego kontynentu.

  Ale, ale..., aby nie było, trzeba przyznać szczerze, że ma też wiernopoddańczych wyznawców. Uznają bez żadnego sprzeciwu i bez wahania, że jeśli powie, że białe jest czarne – to tak bez wątpienia jest. Wiem, wiem, to nie jego słowa, ale bezsprzecznie to jego credo. Choć odwrotnie do swego Wielkiego Poprzednika, on tych wyznawców dziwnie traci zamiast zyskiwać. Coraz mniej rodaków mu wierzy i darzy poparciem, co też składałbym na karb obecnych czasów, gdzie coraz mniej ceni się prawdziwie słuszne idee. Mam wrażenie, że gdyby dziś zstąpił na ziemię po raz drugi ten prawdziwy Mesjasz, nasi narodowi katolicy (Rydzyk, Terlikowski) uznaliby Go za heretyka. Wszak to się może pogłębić, gdy tylko nowy zacznie czynić te obiecywane cuda, lub, już bez cudów, zatwierdzać będzie kolejne ustawy, których celem ma być zmuszenie obywateli do ideologii kaczyzmu. Może nawet ja, typowy faryzeusz w stosunku do nowej władzy, się nawrócę? Takie przypadki się przecież w dalekiej przeszłości zdarzały i ja nie zamierzam ich negować.

  Mnie tylko ciekawi, czy pozwoli się po trzech latach działalności misyjnej ukrzyżować, tak, jak na prawdziwego mesjasza przystało? Każda prawdziwa wiara wymaga prawdziwej ofiary.


piątek, 25 grudnia 2015

Uwielbiam homilie



  Uwielbiam homilie naszych hierarchów z okazji..., różnych okazji, a w szczególności, z okazji najważniejszych świąt katolickich. Jestem w tym względzie spaczony, bo nigdy nie mogę sobie darować takiej lektury. Jest bardzo pouczająca, a przy tym czasami wręcz sensacyjna.

  Tak się bowiem składa, że te święta, mające z założenia uwypuklić sacrum, stają się doskonałą okazją do zajęcia się akurat profanum. Rzecz w tym, że nie tym zwykłym, np. nadmiernym konsumpcjonizmem, ale tym bardziej ideologicznym, czyli polityką. Bo niemal wszyscy hierarchowie w swych bożonarodzeniowych homiliach odwołują się do polityki. Tu, dla kontrastu, warto wspomnieć, że Pani Premier namawiała w pięknym (czytaj – kiczowatym) i ckliwym spocie do stricte rodzinnego przeżywania tych świąt (prawdziwa rodzina to PiS-owska rodzina), Pan Prezydent również podobnie, a Pan Ziobro uzasadniał tempo zmian wokół Trybunału Konstytucyjnego tym, abyśmy w czasie świąt mogli delektować się spokojem i już tą sprawą nie zaprzątali sobie głowy. I jak na przekór tym wymuszonym spokojem rządzących, hierarchowie w te święta przyjęli diametralnie inną linię – Boże Narodzenie Bożym Narodzeniem, nic to, że narodził się apolityczny Jezus, ale o polityce nie wolno zapomnieć. To doskonały czas by owieczki napominać i wskazywać jedynie słuszny kierunek w tej materii.

  Oszczędzę Wam obszernych cytatów, choć mnie bardzo korci. Ograniczę się do mojej, choć subiektywnej oceny. Mało, że mam do tego prawo, to śmiem twierdzić, że każda ocena jest w jakimś stopniu subiektywna. Ale do rzeczy i tylko do jednej homilii. Abp St. Gądecki, podkreślając, że mamy wspaniały rok Bożego miłosierdzia, wytyka wszystkim tym, którzy mówią o demokracji, że są najmniej demokratyczni, ci którzy mówią o tolerancji są najmniej tolerancyjni, ci którzy propagują egalitaryzm, są bezwzględnym elitarystami. Gdyby ktoś miał wątpliwości, są to zawoalowane, ale te same określenia, co Jarosława Kaczyńskiego „ludzie gorszego sortu”, „gestapo” czy dawniejsze „po stronie ZOMO” i „zakamuflowana opcja niemiecka”. Najbardziej jednak podobało mi się to, że abp ostrzega również przed postępem technicznym, który może spowodować, że staniemy się ofiarą własnej inteligencji (sic!). Można by odnieść wrażenie, ba!, mieć pewność, że ludzie inteligentni nie są potrzebni Kościołowi, bo to w stadzie potulnych owieczek przysłowiowe – uparte, czarne barany (czytaj: obrońcy demokracji). Na poparcie tej tezy muszę użyć krótkiego cytatu: „Aby odnaleźć Boga, (...) trzeba zejść z konia oświeconego rozumu”. Aż chciałoby się dodać: ludu, mój ludu, jeśli chcesz zbawienia musisz się stać „ciemnym ludem”.


poniedziałek, 21 grudnia 2015

Wreszcie dał głos



  Mam na myśli wypowiedź kardynała Dziwisza, jako przedstawiciela Episkopatu Polski, na temat coraz bardziej zaogniającej się wojenki polsko-polskiej. Sytuacja o tyle kuriozalna, bo jak sobie przypominam czasy rządów koalicji PO-PSL, swoją, z reguły negatywną opinię, wypowiadał dość często i chętnie, najczęściej z pozycji surowego i karcącego ojca. Teraz PiS zawłaszcza wszystko, co może, najczęściej pod osłoną nocy, tworzy niemal nową religię, opozycja krzyczy, w to wszystko włączają się owieczki Kościoła i nie tylko Kościoła, manifestując na ulicach niemal jak w Boże Ciało i... cisza. Zero reakcji, tak jakby hierarchom odebrało mowę na temat tego, co się w tym podobno stricte katolickim kraju dzieje. Siłą rzeczy wierni się pogubili. Znajdziesz ich i po stronie miłościwie na panujących jak i po stronie im przeciwnych. To ewidentnie wina hierarchów, nie wytyczyli na czas świetlanej drogi dla swych owieczek. Pewnie dlatego, że usatysfakcjonowało ich zwycięstwo tych, na których nakazywali  głosować w kampanii wyborczej, kompletnie zapominając o oczywistym fakcie, że wygrana bitwa nigdy nie jest ostatecznym zwycięstwem.

  Pierwszy obudził się kardynał Dziwisz. Choć mi się coś wydaje, że nie do końca, bo jego nieformalne stanowisko (sorry – orędzie) jest dość mętne, jakby z pierwszej fazy przebudzenia. Okazję też wybrał nieszczególną, bo w czasie Wieczerzy Wigilijnej dla bezdomnych w Krakowie. Z pozoru ok, bo to i Kraków, i okazja czynienia dobra, i nastrój przedświąteczny, kiedy wszyscy wokoło chętnie deklarują pojednanie z okazji zbliżających się świąt, i kiedy ledwie rozpoczął się rok Bożego Miłosierdzia, a zachwyceni darmowym poczęstunkiem łaskawym okiem patrzą na darczyńców. Z pozoru, gdyż sytuacja zaszła już za daleko, a przekaz kardynała nie był zbyt oświecający.

  Najsamprzód zauważa z wielkim niepokojem, że niepokojąca sytuacja ma miejsce. Kilka tygodni po fakcie. Później się modli poczynając od słów: „Boże przodków i Panie miłosierdzia (...)” Tu moja pierwsza konsternacja, bo nie wiem o kogo chodzi, bo na tej ziemi bogiem przodków był niejaki Światowid i wcale nie jestem pewien czy był miłosierny. Kończy prośbą: „(...) dajże mi Mądrość.” Coś mi się zdaje, bez obrazy, że to prośba jest jak najbardziej uzasadniona, nawet jeśli skierowana już do właściwego Boga. Ale najważniejszy przekaz mamy w słowach: „Sprawowanie władzy w świętości i sprawiedliwości to służba wymagająca pokory, ofiarności, bezinteresowności. Sprawowanie sądów w prawości serca domaga się bezstronności, uczciwości, wsłuchania się w głosy wszystkich, także inaczej myślących.” Aż trudno było mi uwierzyć, że wypowiada je kardynał Dziwisz i przywiodło mi to na myśl próbę symbolicznego samobójstwa, bo jakże tak napominać rządzących, których się protegowało?

  O naiwności moja!!! Te zdania są po prostu wyrwane z kontekstu i de facto, są upomnieniem dla poprzedniej ekipy, nakazem uznania nieomylności obecnego Rządu i Prezydenta. Bo już w następnym zdaniu upomina, że : „nie powinno się przeżywać zbyt głęboko goryczy przegranych wyborów i nie powinno się przeszkadzać tym, którzy realizują nowe.” (sic!) W tym miejscu, po prostu, ręce opadają. Dziś nie wolno przeszkadzać, ale jak rządzili tamci, dziś przegrani, kto jak nie hierarchowie grozili wykluczeniem, odmową komunii św., gdy wprowadzano nowe? Wiem, wiem, wtedy to nowe nie było zgodne z doktryną i w tym szkopuł. Tyle, że teraz nie tyle wprowadza się nowe ile przywraca stare, panie kardynale Dziwisz. Szczegół drobny ale dość istotny.

  Wreszcie ostatnia sprawa. Kardynał napomina tych, co chcą prowadzić dialog na ulicy. Szczególnie tych i tylko tych, pod auspicjami KOD. Jakoś to dziwne, bo ulubionym miejscem dialogu dla nieformalnego przywódcy tego kraju, Jarosława Kaczyńskiego, jest właśnie ulica, gdzie w płomiennych wystąpieniach (sorry – w ekscytującym dialogu) znieważa i dyskredytuje w niewybredny sposób, publicznie, tę część narodu, która nie zgadza się z jego poglądami i ideałami. A opluwanie innych to podobno grzech. Tak więc, mimo że, jak sam zauważa, żyjemy od ćwierć wieku w wolnej Polsce, nie wolno nam się przeciwstawiać rządzącym, bo ci są przecież namaszczeni przez hierarchów.