niedziela, 30 sierpnia 2015

Suka



  Trafiłem na Interii360 artykuł zatytułowany „Wieczne suki”, stąd moje zapożyczenie, bo sam, ten typ kobiet określam bardziej delikatnie, co też jest zapożyczeniem – zołzy. We wspomnianym artykule, autorka – tak, właśnie kobieta – opisuje typ samotnych kobiet, które z pewnych przyczyn świadomie i z premedytacją są uzależnione od nienawiści i zazdrości do przedstawicielek swojej płci. Bez wątpienia takie są, choć mnie drąży myśl, że ona tę opinię ukształtowała na bazie własnych doświadczeń, jako kobiety skrzywdzonej, bo o ile mnie pamięć nie myli, wcześniej pisała imiennie o takiej właśnie suce.

  I tu rodzi się jeszcze więcej wątpliwości, a to dlatego, że jej artykuł, choć tym razem nie skierowany do konkretnej osoby, jest niczym innym jak właśnie przejawem nienawiści i zazdrości. Ja ją nawet rozumiem, bo przecież trudno darzyć, pewnie dawną przyjaciółkę, miłością i zachwytem, kiedy spotkała ją z jej strony ogromna przykrość. Rzecz w tym, że przypisywanie takiej postawy, charakterystycznej dla zołzy, samotnym kobietom jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Bo czymże różni się postawa autorki od postawy jej przeciwniczki? Tamta zalazła jej za skórę na niwie prywatnej (nie znam szczegółów), autorka dziś w zemście publicznie szkaluje i... nie odpuszcza, gdyż to chyba trzeci lub czwarty artykuł na ten temat.

  Przypatrzmy się problemowi z szerszej perspektywy, aby odpuścić dziennikarce Interii360. Swego czasu miałem w ręku książkę „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” Sherry Argov. Przyznam, że treści już nie pamiętam, bo jakoś mnie nie zachwyciła. Nawet nie dobrnąłem do końca. Wspominam o niej tylko dlatego, aby przekonać, że problem wcale nie jest marginalny i nie dotyczy tylko kobiet samotnych, czy to z wyboru, czy z konieczności, bo to nie jest przyczyną zołzowatości. Znam sporo mężatek, które na takie miano zasługują. Z jedną nawet byłem w  uświęconym sakramentem związku małżeńskim. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że nie jestem antyfeministą, mam szacunek do wszystkich kobiet, nawet do tych, których nie lubię. Niemniej takiej postawy zupełnie nie rozumiem. Faceci z reguły, gdy mają coś przeciw sobie, dają sobie po mordzie i sprawa zostaje de facto zakończona, co nie jest regułą ale dość częstym sposobem rozwiązywania konfliktów. Gdy konflikt dotyczy relacji mężczyzna kobieta, powie kilka ostrych słów a w skrajnych przypadkach pakuje manatki i „żegnaj Genia, świat się zmienia”, po czym natychmiast stara się o konflikcie (lub o kobiecie) zapomnieć.

Z kobietami jest inaczej. Kobiecie nie wystarczy jednorazowe zamanifestowanie swojego gniewu, ona długo nie odpuści, choć zdarzają się czasami wyjątki. Nie przepuści żadnej okazji, aby się zemścić i to nie tylko jeden raz – czego również doświadczyłem. Przez długi czas będzie w sobie nienawiść pielęgnować i wzmacniać, w myśl powiedzonka: zemsta jest rozkoszą bogów. Ileż się naczytałem blogów, w których rozpamiętując swoją krzywdę miesiącami (i tylko swoją, jakby zapominając, że mogą mieć w tym własny udział), nie pozostawiają na byłym partnerze (nawet na dawnej przyjaciółce) przysłowiowej, suchej nitki. A niejednokrotnie ta sytuacja wynika z prostej przyczyny, ze sama jest taką właśnie zołzą, do czego zresztą się nie przyzna, która na każdym kroku szuka wszelkich sposobów, aby uprzykrzyć życie swojej ofiary. Tak, jakby balansowanie na krawędzi miłości (przyjaźni) i nienawiści stanowiło sens jej życia.

Jeszcze raz podkreślam, to nie są odosobnione przypadki, przypuszczam nawet, że nie zawsze postawa zołzy musi być w pełni świadoma. To jakby wynika z charakterystycznej konstrukcji chromosomów XX. Już na koniec pozwolę sobie na cytat ze wspomnianej książki: „A więc zołza jest bardzo miła. Jest słodka jak brzoskwinia. Ale każda słodka brzoskwinia ma w środku bardzo twardą pestkę”.

p.s. Nie bardzo mogłem się zdecydować, na którym z blogów ów post umieścić. Zdecydowałem, że tu z dwóch powodów. Owa zołzowatość dotyczy cech kobiecej społeczności i idealnie wpisuje się w charakter posłanki z poprzedniego postu.




środa, 26 sierpnia 2015

Rocznica i obchody



Miałem ochotę podsumować trzy tygodnie prezydentury z własnym komentarzem. Ale skoro media dokładnie na ten temat się rozpisują, daruję sobie. Tylko krótka wyliczanka:
- obietnica 500 zł na narodzone dziecko – tę ma spełnić obecny rząd
- projekt drugiego referendum na zlecenie PiS-u
- kpina z wyborców na temat doniesień Newsweek’a o nadużyciach w pobieraniu diet
- odmowa akredytacji dziennikarzom już opozycyjnych mediów w podróżach do Estonii i Berlina
- wpadka z pierwszą inicjatywą w polityce zagranicznej, związana z Ukrainą
Dużo jak na tak krótki okres prezydentury.

Zbliżają się obchody rocznicy powstania „Solidarności”. Jestem ich ciekaw, choć nie dlatego, że do tamtych wydarzeń czuję jakiś szczególny sentyment. Z jednej strony cieszyło mnie to pierwsze wydarzenie łamiące monopol władzy komunistycznej, z drugiej, nastał czas chaosu, około dwunastu lat, które ktoś uczynił niemal koszmarem (stan wojenny, inflacja, kartki), akurat tych moich dwunastu, między trzydziestym a czterdziestym drugim rokiem życia, które uważam za najistotniejsze w życiu człowieka, mające być okresem stabilizacji i budowania materialnego bezpieczeństwa rodziny.

Interesująca będzie przede wszystkim oprawa tej rocznicy. Jestem pewien, że będzie dużo o budowaniu jedności Polaków, o tym, że trzeba wspólnie i razem. Będzie o zwycięstwie nad komunizmem, ale i pewnie o tym, że tak samo trzeba zwyciężyć obrzydły liberalizm i naprawić zepsutą Polskę. Ciekawi mnie, kto tym razem będzie bohaterem tamtych wydarzeń? Kaczyńscy? Macierewicz? Walentynowicz? Wałęsa stanie się co najwyżej uczestnikiem i to niewygodnym, bo wciąż nie zmazał wizerunku „Bolka”. O Mazowieckim, Geremku, a już szczególnie o Michniku nikt nie wspomni. Może na czoło inspiratorów tego ruchu wpisze się Kościół, boże ramię osłaniające opozycjonistów? Bo jak mówi abp M. Jędraszewski Polska jest rośliną z korzeniami.

Skoro Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda (takiego tytułowania domaga rzeczniczka kancelarii prezydenta) odwołuje się do dziedzictwa śp. Lecha Kaczyńskiego, można sądzić, że owa walka o jedność Polaków skończy się na jasnym i jednoznacznym określeniu: Polak to ten, kto pod sztandarami PiS-u, koniecznie patriota-katolik. Reszta to ci, gdzie ZOMO. PiS już święci tryumf i po raz pierwszy będzie mógł tę rocznicę zawłaszczyć bezwzględnie dla siebie.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Niezdrowe zapędy



Mam jeszcze w pamięci lekturę książki Orwella „Rok 1984” – futurystyczną wizję bezwzględnego podporządkowania jednostki państwu. Ku mojemu zdumieniu odkrywam, że opisywana i wyimaginowana przyszłość, choć o innym zabarwieniu, może się ziścić już niebawem. Staram się być w miarę obiektywny, na ile to oczywiście możliwe, więc zaglądam sobie zarówno do portali prawicowych, liberalnych jak i lewicowych. To właśnie tam odnajduję treści, które zaczynają mnie przerażać.

Pierwszym był news o tym, że Prezydent zamierza dyskutować o naszej Konstytucji, a jak się uda to będzie ją zmienić. Na pewno nie jest doskonałą, ale czy aby tak złą, aby pisać ją od nowa? Jeśli nawet, to główny pomysł tej nowej, postulujący zwiększenie uprawnień Prezydenta, budzi poważne obawy. Może skutkować zmianą ustroju z parlamentarnego na prezydencki. Tylko rodzi się pytanie, czy Polska jest gotowa na taką zmianę? Taki system funkcjonuje we Francji (jako przykład pozytywny), rzecz w tym, że Francja jest na wskroś krajem liberalnym, czego o Polsce powiedzieć nie sposób. Przykład kraju prezydenckiego jakim są Stany Zjednoczone trudno przenieść na nasz grunt, bo tam jednak pozycja Senatu jest równie silna jak pozycja prezydenta, doświadczenia zdecydowanie bogatsze, a konstytucja obwarowana niezliczonymi poprawkami, które gwarantują pełną swobodę obywateli, nawet tych mających na pieńku z prawem, czego w naszych warunkach już sobie wręcz nie można wyobrazić.

Znalazłem w Gazecie.pl dwa artykuły, które napawają już nie tylko obawami, ale i grozą. Ja wiem, ten portal ma zdecydowanie negatywną opinię, z którą po części się zgadzam, ale w tym przypadku opierają się one na zapisanych faktach. Te zapisane fakty to propozycje zmian konstytucji z lat 2005 i 2010 proponowanych przez PiS, która to partia ma teraz realne szanse dojść do władzy. Ktoś powie, że tak już było i nic się nie stało. Otóż nie do końca. Wtedy PiS nie dysponowało większością w parlamencie, rządziło przy pomocy przystawek: Samoobrona i LPR, a tym razem taka większość jest realna. Warto w tym miejscu przyjrzeć się tamtym propozycjom, będzie więc wyliczanka.

Zamiast dotychczasowego zapisu: „RP zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela” będzie: zapewnienie rozwoju osoby we wspólnocie narodowej – a to już brzmi groźnie. Władza otrzymuje możliwość ograniczenia wolności i praw jednostki w imię bliżej nieokreślonej wspólnoty narodowej. Na dziś tą wspólnotą jest narodowość polsko-katolicka, o czym zapewnia nas sam Prezydent, jego PiS-owscy poplecznicy (z prezesem na czele) i hierarchowie Kościoła katolickiego. Na domiar wszystkiego znika pojęcie dyskryminacji, pozostaje jedynie równość wobec prawa.

Nowa konstytucja ma gwarantować prawo do życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci oraz stwarza możliwość poddania zabiegom medycznym osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzającymi zagrożenie życia i nietykalności cielesnej dla innych osób (sic!). To daje wiele do myślenia. Bo skoro każdy zabieg leczniczy grozi śmiercią to czy medycyna w tym kraju zatrzyma się w miejscu lub, co gorsza, ulegnie wstecznictwu? A jaki problem uznać osoby niewygodne dla systemu, za chore psychicznie, zagrażające nietykalności cielesnej innych osób? Mnie to się jednoznacznie kojarzy z metodami faszystowskich Niemiec.

Dalej: „Władza publiczna nie reguluje spraw par niemałżeńskich”, tym samym pozbawia konkubinat wszelkich praw, o jakichkolwiek prawach par homoseksualnych należy całkowicie zapomnieć.

Z nowej konstytucji znika pojęcie wolności prasy i równego dostępu do publicznej służby zdrowia, za to konstytucyjnym prawem staje się prawo do lustracji (sic!) Najważniejszym zadaniem władz staje się „bezwzględne zwalczanie lekceważenie prawa” i brak jest zakazu przymuszania do ujawniania własnych przekonań, czyli w dowodzie osobistym lub innych dokumentach może pojawić się rubryka „wyznanie”.

Preambuła konstytucji zaczyna się od słów: „W imię Boga Wszechmogącego”(sic!), a z przepisów znika zapis o zakazie przymuszania do udziału w praktykach religijnych (sic!), znika również zastrzeżenie, że nie można naruszać wolności sumienia i wyznania.

Wreszcie kuriozum: sądy tracą gwarancję niezawisłości i niezależności, za to sędziowie będą mogli być członkami partii. Podobnie będzie z Rzecznikiem Praw Obywatelskich.

Tyle w kwestii swobód obywatelskich. A teraz w kwestii uprawnień prezydenta.
Po pierwsze: przez pierwsze sześć tygodni prezydent ma prawo rozwiązać Sejm bez podania przyczyn (sic!). 
Po drugie: może rozwiązać sejm jeśli mu się jakaś uchwała nie spodoba, a zarządzone referendum poprze jego zdanie.  
Po trzecie: prezydent ma prawo nie powołać rządu wybranego przez Sejm, nawet jeśli tylko będzie czuł osobistą animozję. 
Wreszcie po czwarte: członkiem Trybunału Konstytucyjnego nie musi być już zawodowy sędzia, może być nim nawet krewny prezydenta. Mało tego, aby decyzje TK miały moc prawną będzie musiał wykazać się większością czterech piątych składu, a nie jak do tej pory zwykłą większością głosów.

Te przykłady nie są wyssane z palca, to wszystko, co podkreślam jeszcze raz, są propozycje PiS-u, które z oczywistych względów nie miały szans realizacji, bo nigdy ta partia nie miała takiej przewagi, jaka dziś się rysuje.
Dziś można by rzec: Obywatelu! Śpij spokojnie – PiS czuwa. Zamiast demokracji będziemy mieli demokraturę chrześcijańską


sobota, 22 sierpnia 2015

Czy aby wszystkich?



Miało być pięknie. Nie, nie jestem naiwniakiem, który daje się nabrać na przedwyborczą kiełbasę, więc do tego „pięknie” podchodziłem bardzo sceptycznie. Tym bardziej, że podobno do tej pory żyliśmy w ruinie i tej materialnej, i tej moralnej. Na pewno nie było idealnie, może nawet i określenie „dobrze” jest przesadą, ale jakoś tej ruiny nie widziałem, choć emerytury przez kredyty, starcza mi do następnej, ale nie narzekam, bo to była moja decyzja. Pretendent też na zrujnowanego nie wyglądał, ale pewnie ma większe aspiracje niż ja.

Jednak najbardziej sceptycznie podchodziłem do deklaracji bycia prezydentem wszystkich Polaków. Trochę mnie ta scena polityczna interesuje i jakoś trudno było mi sobie wyobrazić, że jeden facet będzie w stanie tę scenę, a właściwie jej aktorów pogodzić. Tym trudniejsze zadanie z pogodzeniem całego społeczeństwa. Niby teoretycznie możliwe, skoro podobno 95 procent Polaków to katolicy, wyznawcy religii mającej na sztandarach hasła o miłości bliźniego swego. Tylko teoretycznie, bo jak się tak przyjrzeć z skrajnego prawa na skrajne lewo, uwzględniając po drodze całą gamę pośrednich kierunków, jeśli zajrzeć do kieszeni tych najuboższych i tych najbogatszych z równie okazałą gamą pośrednich, to dla realisty taka zgoda wydaje się nieosiągalna. Silą rzeczy prędzej bym uwierzył, gdyby mówił o załagodzeniu sporów, o próbie bycia salomonowym sprawiedliwym, co i tak nie byłoby w obecnej rzeczywistości łatwe.

Mija trochę ponad dwa tygodnie i wszystko się wali – pisząc wszystko, mam na myśli obietnice. Zasadą jest, że pierwszych rozliczeń dokonuje się po stu dniach, ale jak tu uciec od próby oceny, kiedy wszystko toczy się w tempie Formuły1, gdzie najwięcej karamboli zdarza się właśnie tuż po starcie. Przyznam bez bicia, ja bym nie miał nic przeciw, gdyby owe obiecanki natury ekonomicznej rozmyły się jak przysłowiowa mgła, gdyż w moim odczuciu, owa sławetna ruina mogłaby stać się namacalna. Mnie krew się burzy, gdy wciąż słyszę zapewnienia o dobru wszystkich Polaków a jednocześnie widzę, że owi wszyscy to tylko poplecznicy jednej partii i ortodoksi jedynie słusznej wiary. Mnie nawet nie chodzi o to, że prezydent ewidentnie wspiera tę jedną partię i tylko z jej głosem się liczy, mnie obraża fakt, że usiłuje mi wmówić, że ja też ją i jej aspiracje do jednowładztwa popieram. On wie lepiej ode mnie, czego ja chcę i jest nomen omen święcie przekonany, że chcę wziąć udział w referendum, tylko że ja o tym jeszcze nie wiem. Przypomina mi w tym moją matkę, która usiłowała mi wmówić, że ja lubię szpinak, tylko nie wiem jaki jest dobry, bo go nie chcę zjeść. Gdy mój upór przekraczał granice jej cierpliwości zaczynała krzyczeć: żryj ten cholerny szpinak, bo ci go wcisnę na siłę do gardła! Szans na opór nie miałem, bo byłem wtedy wątłej budowy (podobno dlatego, że tego szpinaku jeść nie chciałem) a wzrostem sięgałem jej pępka. Więc wpychałem go w siebie by po kilku minutach, w ukryciu zwymiotować i czuć do niego jeszcze większą obrzydzenie. 

Tak postępuje dziś ze mną Prezydent wszystkich Polaków, wyznaczając swoje, PiS-owskie referendum na dzień wyborów do Sejmu i Senatu. Na wybory chciałbym pójść, aby nie dać większościowej przewagi jednej partii, a tym samym uniemożliwić manipulowanie przy Konstytucji RP (o tym będzie następny post), bo i takie zapędy ma Prezydent wszystkich Polaków. Ale jeśli pójdę, może się okazać, że popieram i referendum, którego nie popieram, i które chciałbym aby stało się nieważnym. Wiem, wystarczy zadeklarować przed ową komisją, że biorę udział tylko w wyborach, a komisja ten fakt odhaczy na listach wyborczych. I oto będzie czarno na białym, że jestem przeciw, że cechuje mnie postawa antyobywatelska (do której mam prawo), czyli z automatu znajdę się na czarnej liście. Za nieobecność na osobnym referendum (jak to będzie w przypadku pierwszego, bo też nie zamierzam brać w nim udziału) w końcu tłumaczyć się nie muszę.
 
Takie działanie, wymuszanie udziału w referendum, to pierwszy krok do dyktatury (o tym powinni sobie przypomnieć wszyscy żyjący i zmuszani do uczestnictwa w wyborach za czasów komuny), czego sobie, ani nikomu nie życzę.

piątek, 21 sierpnia 2015

Referendalne qui pro quo



I się porobiło, co było do przewidzenia – totalny amok na scenie politycznej. Sprawa referendów ma wiele aspektów, i jak na mój rozum, wszystkie o zabarwieniu negatywnym. W kraju szykuje się zmiana ugrupowania rządzącego i pewnie dlatego nasi politycy po prostu, jak to się potocznie mówi, odjechali. Postaram się zająć dwoma z tych aspektów, choć z zastrzeżeniem, że to moja osobista opinia i nikt z nią nie musi się zgadzać.

Pierwszym tematem jaki się narzuca, jest postawa prezydenta Andrzeja Dudy. W mojej ocenie wykazał się wyjątkową niedojrzałością polityczną, którą w jakimś stopniu wyjaśnia, ale nie usprawiedliwia, jego młody wiek. Bo rodzi się pytanie: gdzie są jego doradcy? Odpowiedź jest jedna. W ścisłych szeregach, obecnie jeszcze opozycyjnej, jego macierzystej partii PiS. Bo choć sam deklaruje, że chce być prezydentem wszystkich Polaków, nie potrafi od korzeni swojej partii się odciąć, co na dziś jest bardziej ewidentne, niż za czasów Bronisława Komorowskiego, który przynajmniej pozory bezstronności usiłował zachować. Dziś nie ma już wątpliwości, że prezydent Andrzej Duda jest prezydentem wszystkich Polaków. Wszystkich tych, którzy gromadzą się pod sztandarami PiS-u. Ja już pominę emanowanie pobożnością i posłuszeństwem wobec Episkopatu. Jeszcze bardziej ewidentnym uzależnieniem od „swoich” wykazał się zwołując naradę przedstawicieli PiS-u i przewodniczącego „Solidarności”, ulegając ich naciskom. Ten manewr wydaje się oczywisty. Teraz, bez względu na to jaką decyzję podejmie Senat, jedynymi przegranymi będą przeciwnicy PiS-u. Jeśli Senat zgodzi się na propozycję Prezydenta, za skutki pewnych reform nie będzie odpowiedzialny przyszły rząd, a obywatele, którzy w referendum głosowali za ich przeprowadzeniem. To taka najzwyklejsza spychotechnika. Chcieliście – to macie. Jeśli Senat odrzuci propozycję dodatkowego referendum, będzie argument, aby z niedorzecznych obietnic wycofać się z twarzą a jednocześnie oskarżyć przeciwników politycznych. Ja chciałem – to oni się nie zgodzili.

Drugi temat to same referenda. Komuś pomieszało się z tą demokracją bardziej niż kiedyś komunistom. Instytucja referendum ma dotyczyć spraw bardzo ważnych dla wszystkich obywateli, istotnych dla istnienia samego państwa. A przyjrzyjmy się pytaniom referendalnym.
– JOW-y. Prezydent Komorowski dał sobie wmówić, że takie pytanie w referendum wzmocni jego pozycję i pozwoli mu wygrać wybory. Mało, że strzelił sobie w stopę, to i tak wybory przegrał. Ale jest gorzej, bo ludzie, którzy mają o JOW-ach decydować w zdecydowanej przewadze nie są w stanie wyjaśnić znaczenia takiej ordynacji wyborczej.
– Finansowanie partii politycznych jest też swego rodzaju kuriozalne. Obecne partie są zdecydowanie za, bez względu, co o tym głośno mówią. Nikt nie odrzuci dodatkowego zastrzyku gotówki na działalność polityczną. Małe partie, które na tę dotację się obecnie nie łapią, w nowych warunkach też ich mieć nie będą. A ci wielcy łatwiej znajdą sponsorów niż maluczcy.
– Rozstrzyganie wątpliwości na korzyść obywateli w sporach z fiskusem. Wszyscy tego chcą, ale skorzysta garstkach. Bo kto dziś wszczyna spór z fiskusem? Zwykły, szary obywatel? Nie, to tylko ci którzy mają olbrzymie dochody i najczęściej szukają sposobów obniżenia płacenia wysokich podatków.

Pytania nowego referendum w niczym tym pierwszym nie ustępują.
– Wiek emerytalny. Sprawa jest skomplikowana na tyle, że trzeba mieć świadomość iż dwie możliwe odpowiedzi: tak lub nie, jej nie rozwiążą. Nad nią mogą sobie zęby połamać najwięksi ekonomiści, a wybranie najbardziej optymalnego wariantu graniczy z cudem. I oto tak ważny problem poddaje się ruletce – czarne wygrywa, czerwone przegrywa (sic!)
– Sześciolatki. Tu już się pomysłodawcom należą szczególne słowa uznania. Emeryci, bezdzietni, osoby, które już swoje dzieci wychowały, mają decydować o losie garstki rodziców, które mają dylemat czy posłać sześciolatki do szkół czy nie? A co, gdyby tak uznać, że i siedmiolatki to zbyt wcześnie? Tym bardziej, że ci rodzice mają formalną możliwość, po uzyskaniu opinii psychologa, nie posłać dziecka tak wcześnie do szkoły.
– Prywatyzacja lasów państwowych to też niewyobrażalne kuriozum. Bo jeśli to nawet nie jest sprawa marginalna w skali kraju, to na pewno nie do rozstrzygania w referendum. Tylko czekać, aż na temat strategicznych decyzji dotyczących poszczególnych resortów gospodarki kraju trzeba będzie ogłaszać referenda.

Szczególnie dwa ostatnie pytania świadczą o tym, że to nie jest demokracja a tylko brudna gra polityczna. Tę tezę dodatkowo potwierdza fakt, że owo drugie referendum ma się odbyć tego samego dnia, co wybory do Parlamentu. Politykom już za mało wojenki we własnym gronie, oni konieczne chcą w  nią wciągnąć całe społeczeństwo. Dowodem na to będzie frekwencja jednego i drugiego referendum i ja osobiście nie mam wątpliwości, które osiągnie większą. Spraw gospodarczych państwa nie rozwiązuje się drogą referendum, czego klasycznym dziś przykładem jest Grecja. Nasz kraj nie jest tak bogaty, by w ten sposób na sobie eksperymentować, przy czym jeszcze raz podkreślam, skutki tych eksperymentów politycy zrzucą na szarego obywatela, który najczęściej nie ma pojęcia, o co idzie gra, w niczym temu obywatelowi nie uwłaczając.
Gorąco namawiam do bojkotu obu referendów.