poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kukułcze jaja



Czyli jak się robi wyborców w konia. Gdy za czasów mojej młodości prosiłem moją starszą siostrę by odrobiła za mnie lekcje matematyki, musiałem jej za każdym razem coś obiecać, choć zazwyczaj byłem goły i wesoły. Siostra zbywała mnie popularnym powiedzonkiem; obiecanki cacanki, a głupiemu radość.

Tak było pół wieku temu i dawno uznałem takie sytuacje i powiedzonka za anachronizm. Rzecz godna lamusa. Ba!, niejednokrotnie, gdy później próbowałem coś obiecywać, moi przyjaciele tłumaczyli mi, że jeśli nie jesteś w stanie obietnicy spełnić, lepiej jej nie składaj. Wprawdzie nic nie zyskasz, ale i nic nie stracisz – na wiarygodności. Było ciężko to pojąć, ale w końcu zrozumiałem i przyjąłem za dobrą monetę. Już nie obiecuję niczego, co tylko nawet ociera się o chciejstwo i może z różnych względów nie być spełnione. Nawet gdy żona zapyta, czy umyję naczynie, nigdy nie zapewniam, że tak, bo szczerze mówiąc nigdy nie mam na to ochoty i za każdym razem próbuję się wymigać. Jest jeszcze jedno znane porzekadło: dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Więc nie obiecuję, nawet jeśli mam dobre chęci i żadnej pewności, że mi te chęci nie miną.

Tak mam ja, zwykły zjadacz chleba. Ta, w gruncie rzeczy słuszna zasada, wydaje się być na tyle uniwersalną, że powinna być znana niemal każdemu, ze szczególnym wskazaniem na głowę państwa, a tą jest bezsprzecznie Prezydent RP (z wyjątkiem wszystkich kandydatów na posłów i senatorów – oni z oczywistych względów o tej zasadzie muszą zapomnieć). Wprawdzie jego obietnice podczas kampanii wyborczej brałem z pewną rezerwą, niemniej gdy po raz kolejny zapewniał, że jeśli ich nie dotrzyma, zrzeknie się urzędu (tu zapomniałem, że to też tylko obietnica) uwierzyłem w jego szczere i prawdziwe intencje. Uwierzyłem, co nie jest równoznaczne z moim wyborem, ale to już jakby insza inszość. Rzekłbym; wynikająca z zasady ograniczonego zaufania.

I oto, jakby na zawołanie, ledwie po dwóch dniach prezydentury, jest pierwszy zgrzyt, który tę zasadę ograniczoności zaufania uzasadnia. I to w okolicznościach, których pewnie sam diabeł by nie wymyślił, choć Pan Prezydent przecież głęboko wierzącym jest. W Dąbrowie Tarnawskiej, w czasie spotkania ze swymi poplecznikami, niby przypadkowo wychodzi sprawa jednej z obietnic, jaką złożył w czasie kampanii. Rzecz dotyczy dodatku na każde nowonarodzone dziecko w biednej rodzinie w wysokości pięciuset złotych. Cel szczytny w czasach, gdy mamy jeden z najniższych przyrostów naturalnych w Europie. Pan Prezydent wyjaśnia, w całkiem poważny sposób, że on nie ma kompetencji, tym musi się zająć rząd (sic!). I dzieje się to w sposób kuriozalny, bo ta obietnica była składana przez Prezydenta jeszcze elekta, a nie przez obecny rząd, na dodatek owo „polecenie” jest temu rządowi przekazywane przez media (sic!), tak jakby nie było innych możliwości porozumiewania się na linii Prezydent – rząd RP. Przy okazji pada zarzut, że ów rząd nie chce z nim współpracować, choć szczerze mówiąc jeszcze czasu na tę współpracę nie było, no bo kiedy.

Ja w swej naiwności wierzyłem, że teraz Pan Prezydent weźmie się do roboty, a nie w tourne objazdowe po Polsce w podzięce za wybór i zaleje Sejm RP projektami ustaw. Wszak obiecał, że otoczy się gronem prawdziwych specjalistów, którzy oprócz tego, że owe projekty przygotują, to jeszcze uzasadnią ich potrzebę uchwalenia oraz wskażą skąd wziąć środki na ich realizację. Gdyby tak zrobił byłaby to subtelna forma wycofania się z obietnic, bo mógłby jeszcze zrzucić winę za ich niespełnienie na obecny parlament, który go nie rozumie i nie chce z nim współpracować, a który musiałby te projekty z oczywistych względów odrzucić. Nawet jeśli by ich nie odrzucił to proces legislacyjne jest zbyt długi, aby Sejm tej kadencji je zrealizował. Gdyby pan Prezydent był rzeczywiście rzetelny, poczekałby z tymi projektami do jesiennych wyborów, które ma duże szanse wygrać jego byłe ugrupowanie polityczne. W tej chwili przypomina to podrzucanie przysłowiowego, kukułczego jaja, swoim opozycjonistom.

Jest jeszcze jedno jajo – powrót do poprzedniego wieku emerytalnego. Dziś o dziwo, sprawa już nie jest tak oczywista jak to było w czasie kampanii wyborczej. Dziś pan Prezydent stwierdza, że: „naprawa systemu emerytalnego to długofalowa sprawa, nad którą trzeba usiąść i zastanowić się, co z nią zrobić”.  W gruncie rzeczy mądre stwierdzenie, tylko niech nikt mi nie wciska ciemnoty, że on o tym wcześniej nie wiedział. Dziś powołuje się na orzeczenie TK, o rzekomej równości mężczyzn i kobiet wobec wieku przechodzenia na emeryturę, co jest już kłamstwem, bo TK stwierdził w tym orzeczeniu, że ten równy wiek nie jest sprzeczny z Konstytucją, ale też nie ma żadnych przeciwwskazań w tym dokumencie, by był różny.

Jestem jednak wyrozumiały i świadom tego, że być może sytuacja się zmieni na tyle, że ja dość szybko zapomnę o pierwszym, przykrym wrażeniu, spotęgowanym pompatycznością koronacji, sorry, objęcia prezydentury i sławetnym listem do czytelników „Wyborczej” lub jak kto woli „Wybiórczej”. Ale o tym może już innym razem.

1 komentarz:

  1. A.Duda jest tylko kolejnym prezydentem, politykiem, który obietnic nie dotrzymuje. Czytając miałam wrażenie, że "wyważasz otwarte drzwi". No i co zapomniałeś o pierwszym wrażeniu czy tylko się w nim utwierdziłeś.

    OdpowiedzUsuń