piątek, 25 grudnia 2015

Uwielbiam homilie



  Uwielbiam homilie naszych hierarchów z okazji..., różnych okazji, a w szczególności, z okazji najważniejszych świąt katolickich. Jestem w tym względzie spaczony, bo nigdy nie mogę sobie darować takiej lektury. Jest bardzo pouczająca, a przy tym czasami wręcz sensacyjna.

  Tak się bowiem składa, że te święta, mające z założenia uwypuklić sacrum, stają się doskonałą okazją do zajęcia się akurat profanum. Rzecz w tym, że nie tym zwykłym, np. nadmiernym konsumpcjonizmem, ale tym bardziej ideologicznym, czyli polityką. Bo niemal wszyscy hierarchowie w swych bożonarodzeniowych homiliach odwołują się do polityki. Tu, dla kontrastu, warto wspomnieć, że Pani Premier namawiała w pięknym (czytaj – kiczowatym) i ckliwym spocie do stricte rodzinnego przeżywania tych świąt (prawdziwa rodzina to PiS-owska rodzina), Pan Prezydent również podobnie, a Pan Ziobro uzasadniał tempo zmian wokół Trybunału Konstytucyjnego tym, abyśmy w czasie świąt mogli delektować się spokojem i już tą sprawą nie zaprzątali sobie głowy. I jak na przekór tym wymuszonym spokojem rządzących, hierarchowie w te święta przyjęli diametralnie inną linię – Boże Narodzenie Bożym Narodzeniem, nic to, że narodził się apolityczny Jezus, ale o polityce nie wolno zapomnieć. To doskonały czas by owieczki napominać i wskazywać jedynie słuszny kierunek w tej materii.

  Oszczędzę Wam obszernych cytatów, choć mnie bardzo korci. Ograniczę się do mojej, choć subiektywnej oceny. Mało, że mam do tego prawo, to śmiem twierdzić, że każda ocena jest w jakimś stopniu subiektywna. Ale do rzeczy i tylko do jednej homilii. Abp St. Gądecki, podkreślając, że mamy wspaniały rok Bożego miłosierdzia, wytyka wszystkim tym, którzy mówią o demokracji, że są najmniej demokratyczni, ci którzy mówią o tolerancji są najmniej tolerancyjni, ci którzy propagują egalitaryzm, są bezwzględnym elitarystami. Gdyby ktoś miał wątpliwości, są to zawoalowane, ale te same określenia, co Jarosława Kaczyńskiego „ludzie gorszego sortu”, „gestapo” czy dawniejsze „po stronie ZOMO” i „zakamuflowana opcja niemiecka”. Najbardziej jednak podobało mi się to, że abp ostrzega również przed postępem technicznym, który może spowodować, że staniemy się ofiarą własnej inteligencji (sic!). Można by odnieść wrażenie, ba!, mieć pewność, że ludzie inteligentni nie są potrzebni Kościołowi, bo to w stadzie potulnych owieczek przysłowiowe – uparte, czarne barany (czytaj: obrońcy demokracji). Na poparcie tej tezy muszę użyć krótkiego cytatu: „Aby odnaleźć Boga, (...) trzeba zejść z konia oświeconego rozumu”. Aż chciałoby się dodać: ludu, mój ludu, jeśli chcesz zbawienia musisz się stać „ciemnym ludem”.


12 komentarzy:

  1. Widzę że nie próżnujesz czarny baranie :) Nie obrażaj się o tego barana , coś mi mówi , że z baranem masz jakiś układ :) Może kieliszeczek nalewki ?:) nawet się udała ...ma moc :) Miłego wieczorku życzę :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego miałbym się obrażać o barana, nawet jeśli czarnego? W końcu zodiakalnym jestem, a opcjonalnie można uznać, że mam czarny charakter :)
      p.s. nie cierpię totalnego lenistwa, sam też raczę się naleweczką, więc niech moc będzie z nami :)))
      Równie udanego wieczorku i smacznego podwieczorku :)

      Usuń
  2. Tak się mówi i coś w tym chyba jest.

    Kiedyś w komiksie o Kaczorze Donaldzie, jego kuzyn, a jednocześnie rywal do Daisy, niejaki Goguś miał chyba z pięć etapów godzenia się z utratą (chwilową) szczęścia. Wydaje mi się, że autor nawiązał tym samym do etapów godzenia się z chorobą (rożnego rodzaju).

    To fakt, nie wiadomo ile będzie trwał kolejny etap tego godzenia się z losem.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. „Aby odnaleźć Boga, (...) trzeba zejść z konia oświeconego rozumu”. Tak sobie myślę, że katoliccy hierarchowie robią wiele złego prawdziwej wierze... Jednak odcinając się od tego katolickiego bełkotu muszę Ciebie Asmodeuszu delikatnie poprawić... Wiara zaczyna się sercu i tak naprawdę nie ma znaczenia czy dotyczy ona oświeconego umysłu czy też nie... Prawdziwa duchowość rodzi się w Twoim wnętrzu i dopóki tego nie poczujesz, dopóty nie zrozumiesz... A zatem dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu... "Ludu, mój ludu, jeśli chcesz zbawienia, musisz poznać Jezusa" Serdeczności przesyłam, popijając herbatkę z czystka na lepsze trawienie, bo objadłam się niemiłosiernie i cierpię katusze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja babcia na trawienne okoliczności serwowała nam nalewkę na orzechach. Była gorzka jak diabli, ale zawsze skuteczna :)
      Delikatnie się z Tobą podroczę. Pisząc o sercu, chyba nie miałaś na myśli tych mięśni, służących do przetaczania krwi w ludzkim organizmie? Ten organ nie myśli i sam z siebie nie jest w stanie wywołać w człowieku żadnych uczuć, co najwyżej na uczucia reaguje przyspieszonym tętnem. Ale rozumiem, to taka potocznie przyjęta alegoria. Z jednym się zgodzę, nie wszystkie uczucia da się sterować samym rozumem, jest coś, co nazywamy metafizyką. Problem w tym, że tych metafizycznych stanów nie sposób osiągnąć bez rozumu, nawet jeśli postępujemy czasami irracjonalnie. To „wnętrze” też dzieje się tylko w mózgu. Nie przeczę, nawet wybitnie oświecone umysły wierzą, ale ogólnie jest tak, że im większa wiedza, tym większy sceptycyzm wobec wiary. Przynajmniej w dzisiejszych czasach. Ów sceptycyzm zadaje precyzyjne pytania, na które nie sposób odpowiedzieć logicznie. Najczęstsza odpowiedzią na brak możliwości logicznej odpowiedzi, jest ta, jak to sama ujęłaś: „dalsza dyskusja na ten temat nie ma sensu”. Aby była jasność, ja tego nie wyśmiewam. Kto wierzy nie potrzebuje odpowiedzi na niewygodne pytania, bo prawdą jest to, że nikt nikogo nie zmusza do ich zadawania. Jednak jeśli komuś czynisz zarzut, że nie poczuje, dopóki nie uwierzy, to musisz się liczyć z tym, że ktoś takie pytania zada. Nie przekonasz wątpiącego, jeśli nie potrafisz odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?
      A wracając do katuszy, nawet Ci współczuję, choć tylko troszeczkę. W końcu cierpisz na własne życzenie :)
      Życzę Ci, aby herbatka poskutkowała:)

      Usuń
    2. No widzisz... i tu zaczyna się problem...bo Ty Asmodeuszu potrzebujesz jakiejś naukowej metody, aby można było udowodnić istnienie Stwórcy. Nie da się, bo jeśli nie wierzysz w Słowo Boże (nie przemawia Ono do Ciebie z mocą, chociaż jak twierdzisz studiowałeś je dokładnie) to nie uwierzysz, jeśli nawet na Twoich oczach, ktoś wstanie z martwych... Chodzi o to, że nie można narodzić się na nowo poprzez argumenty. To musi być objawienie, przez Słowo Boże zasiane w sercu. Tu nie chodzi o decyzję w umyśle... Nie możesz przyjść do Boga, kiedy zechcesz, to Duch Święty musi Ciebie przyprowadzić do Niego... Czego z całego serca Ci życzę... To będzie jak huragan, jak trzęsienie ziemi, bo sprawi, że przewartościujesz wszystko w co wierzyłeś wcześniej... pozdrawiam :)

      Usuń
    3. Ja nie pisałem o żadnych dowodach naukowych, jedynie o zwykłych prostych pytaniach, na które żadna wiara nie potrafi odpowiedzieć inaczej niż, że „tak mówi Słowo Boże zapisane w Biblii”, którego nikt nie słyszał. Mam przyjąć a priori, że tam jest prawda, którą, aby zrozumieć, trzeba posługiwać się apoteozą, czyli tłumaczeniem ludzi, którzy niczego nie widzieli, a tylko sądzą, że zrozumieli.
      Bardziej obrazowo. Jeśli ja widzę dwa patyki i dodam do nich dwa kolejne, łatwo dojdę do wniosku, że jest ich cztery. Ty, jeśli to sprawdzisz, też powinnaś dojść do tego samego wniosku. A chyba się ze mną zgodzisz, że matematyka to czysta abstrakcja. Jeśli jednak ktoś usiłuje mnie przekonać, że jest coś (nie mówię tu konkretnie o Bogu), czego nie widać i nie słychać, a czego ja nie jestem w żaden sposób doświadczyć, to ja mam prawo w to nie wierzyć. Paradoksalnie, jeśli mi powiesz, że kogoś realnego kochasz, a ja tego nie widzę i nie jestem w stanie Twojego stanu doświadczyć , to ja Ci uwierzę, bo i mnie to uczucie miłości dotknęło. Mogę również uwierzyć w Twoją miłość do Boga, ale to wcale nie dowód na to, że On jest, bo Ty mi Go nie jesteś w żaden sposób, już nawet nie tylko pokazać, ale nawet wiarygodnie opisać.
      Nie zmuszam do polemiki, bo nie jest moim zamiarem od wiary Cię odciągać, niemniej jeśli chcesz mnie przekonać, musisz się stanowczo bardziej postarać :)
      Pozdrawiam pięknie o północy :)

      Usuń
    4. Asmodeuszu...Nie ma prostych i zwykłych pytań w odniesieniu do wiary, jak i nie ma prostych na nie odpowiedzi... Ja na pewno nie zamierzam Ci niczego tłumaczyć...nie mam także ochoty mocować się z Tobą na słowa... Bądź tam, gdzie jesteś... Serdeczności

      Usuń
    5. Pisałem, że nie zmuszam :) Aha, ja się nigdy z kobietami nie mocuję, chyba, że dla żartów, lub ona tego chce :)
      Udanego wieczoru

      Usuń
  4. Im mniej człek inteligentny tym więcej mu proboszcz w głowę wcisnąć może ;) A tak poza tym ja całe życie myślałam ,że tolerancyjna jestem.ale biskup uświadomił mi,że wręcz przeciwnie!!Po prostu taki gorszy sort jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz tak samo jak ja :) Cóż, biskupia tolerancja ma zupełnie inny charakter, niż nasze o niej wyobrażenie, ba!, ta nasza staje ostatnimi miesiącami ewidentnie po złej stronie mocy :)))

      Usuń
  5. Ale to w sumie dziwne i ciekawe jednocześnie, że zapamiętałem z komiksów takie różne rzeczy jak z tymi etapami godzenia się z chorobą. A Rodzicielka jakiś czas temu trochę się dziwiła co ja dostrzegam w komiksach o Donaldzie i spółce.

    Masz rację, bo jeśli człowiek dojdzie do ostatniego etapu, to wygraną ma w zasięgu ręki już. Dzięki za miłe słowa. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń