piątek, 29 stycznia 2016

Cyrk na kółkach



  Przez Polskę gruchnęła wieść, że oto Rząd PiS zabrał teatrom 20 milionów złotych i dał je medialnej szkole o. Tadeusza Rydzyka. Nie, to nie była dziennikarska kaczka (sorry, za skojarzenie), tak się rzeczywiście miało stać. W podzięce za pomoc w wygraniu wyborów rząd miał taki plan. A może nie tylko za wybory? Może chodziło również oto, aby absolwenci tej szkoły zasili szeregi mediów publicznych, bo tam teraz masowe zwolnienia, samoistne dymisje, a reporterów TV Republika też za mało, tym bardziej, że i ta telewizja nie chce zniknąć z areny. A ci absolwenci już są prawidłowo i prawomyślnie ukształtowani. Tym bardziej, że o. Rydzyk ma spore osiągnięcia. Jako pierwszy złamał w końcu monopol informacyjny mainstreamowych mediów, dokonał udanego na skalę światową odwiertu geotermalnego, który miał ogrzać (choć nie wiem czy faktycznie ogrzewa) pół Torunia, wreszcie założył szkołę na niebywałym poziomie naukowym  o jakim zachodnim analfabetom się nie śniło.* Oxford to przysłowiowy pikuś...

  Coś się jednak porobiło, bo jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem przyszło dementi, choć tylko na Twiterze. Rzecznik resortu, pani Anna Lutek poinformowała, że wniosek nie zostanie poddany pod głosowanie (sic!) Bez podania przyczyn, co mnie już specjalnie nie dziwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że to pewnie zemsta Jarosława Kaczyńskiego, za sławną czarownicę, czyli jego szwagierkę, co byłoby całkiem prawdopodobne. J. Kaczyński  pamiętliwy bowiem jest i wiemy jak potrafi potraktować byłych sprzymierzeńców, którzy pomagali mu dojść do władzy. Ja jednak myślę, że rząd po prostu, po ludzku, przestraszył się pierwszych reakcji, a te były bardziej niż nieprzychylne. Mogłoby się okazać, że żaden teatralny artysta nie zechce już zagrać w telewizji publicznej, o deskach państwowych scen teatralnych nie wspominając. No może jedynie pan Zelnik, ten co to podobno miał wskazywać tych aktorów, których należy odesłać na wcześniejszą emeryturę. Ja wiem, to tylko pomówienia i nic do niego nie mam, choć od czasów jego roli jako Faraona, coś nie za bardzo mi podchodzi. Aktorsko.

  Przydałaby się jakaś zabawna puenta, ale mówiąc szczerze nic mi do głowy nie przychodzi. Pewnie dlatego, że nawet sam zamiar takiego okradania polskiej kultury woła o pomstę, nomen omen, do Nieba. Ja rozumiem sprzeciw wobec wycofaniu religii ze szkół, choć byłbym za, ale żeby wspomagać wyłudzacza wdowiego grosza kosztem nigdy niezbywalnego dobra kultury?! Tu naprawdę nie ma nic do śmiechu...

* - wyliczanka tych sukcesów o. Rydzyka pochodzi z komentarzy na portalu Fronda.pl, ubolewających z powodu wycofania wniosku.


wtorek, 26 stycznia 2016

Świeże odgrzane kotlety



  Znów pojawia się problem uchodźców. Do 2017 roku Polska ma ich przyjąć 7 tys, starannie prześwietlonych i wyselekcjonowanych przez służby Włoch i Grecji. Ciekawe ilu z nich zgodzi się przyjechać do Polski dobrowolnie? Nie jestem za bardzo obeznany, ale coś mi się wydaje, że więcej kibiców przychodzi na mecze drugiej ligi piłkarskiej. Powiem szczerze, nawet mniejszej ilości kiboli to ja bym się faktycznie bał.

  Ale nagonka na uchodźców zrobiła swoje. Będą zamachy terrorystyczne i panie w miejscach publicznych nie będą się czuły bezpiecznie. Nic to, że i bez uchodźców są molestowane a nawet gwałcone, w tym i w zaciszu domowym, ja to rozumiem, sam nie czułbym się pewnie wobec takiej watahy (mam na myśli kiboli, choć wśród nich podobno gejów nie ma). Ale do sedna. Narodowcy (coś mi się wydaje, że tam jest właśnie najwięcej kiboli) też się boją i zamierzają zebrać 500 tys. podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie tych uchodźców. To jedyna możliwa droga by odmówić UE. Osobiście mam mieszane uczucia. Z jednej strony jakoś tak nie bardzo się boję tego „zalewu” uchodźców, z drugiej rozumiem, że inni, nawet nieźle uzbrojeni w kije bejsbolowe, kastety i łańcuchy kibole, prawo bać się mają. Widać jednak to uzbrojenie nie jest zbyt pewne, bo jak taki na lekkim rauszu kibol się zamachnie kijem bejsbolowym, nigdy nie wiadomo kogo trafi, może być, że nawet kumpla. Stąd nawet nie dziwią mnie również coraz liczniejsze głosy o dozbrojenie obywateli (w tym przede wszystkim kiboli, jako wzór polskiego patriotyzmu) w broń palną. Na razie pod pretekstem tworzenia oddziałów partyzanckich na wypadek wojny z Rosją, która jest jakby coraz bardziej prawdopodobna, bo podobno pan A. Macierewicz rozważa możliwość siłowego odbicia wraku samolotu prezydenckiego. Gdyby jednak do wojny nie doszło, ta broń przyda się na uchodźców. Pretekst zawsze się znajdzie. A jak już ich powystrzelamy jak kaczki (tu sorry za skojarzenie) będzie się można rozprawić ze zdrajcami narodu. Pani Janda Krystyna (imię niezbyt fortunne ze względu na imienniczkę o nazwisku Pawłowicz) taką listę zdrajców na Facebooku ogłosiła. Trochę nierozważnie, bo siebie umieściła na jednym z pierwszych miejsc. I, co mnie jeszcze bardziej dziwi, wielu fanów jej profilu na tym portalu ma pretensje, że ich na tej liście nie ma (sic!)

  Kompletny kogel-mogel, chyba lepszy niż ten sławny film. Dziś na topie dobrze jest być zdrajcą, mieć przynależność do gestapo, bo ZOMO to już archaizm, być gorszym sortem, donosicielem, etc., etc. I o dziwo, opłaci się też należeć do KOD-erów, bo jak się coś zmieni, to te blisko 60 tys. zwolenników ma podobno zapewniony udział w rządzie i będzie zbierać profity czyli spijać śmietankę. Mam wątpliwości z tą śmietanką, bo nie wiadomo, czy taka jeszcze będzie dostępna po czterech latach rządów obecnie nam panujących, ale jak ktoś kiedyś powiedział (tak, tak, macie rację, ten wstrętny Urban) – rząd się sam wyżywi.  A nawet gdyby brakło, zawsze można powiedzieć, że chodziło o śmietankę towarzyską. Znów muszę wracać do sedna choć byłem już blisko. Bo ja nie na darmo, i o uchodźcach, i o KOD-zie.

  Czytam dziś kompletnie zdezorientowany, że niejaki pan Mateusz Chwiłka określił KOD jako niesamowity ruch społeczny (w znaczeniu pozytywnym). Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo sam mam podobne zdanie, gdyby nie fakt, że tenże pan należy do Ruchu Kukiz’15 (sic!) Tego samego, który do tej pory wypowiadał się w najgorszy z możliwych sposobów o obywatelskim ruchu KOD, np. „Petru i jego psy”. Pomyślałem, że chyba jest w stanie wskazującym i nie bardzo wie, co mówi, bo u narodowców mnie to specjalnie nie dziwi. Ale okazało się, że ich jest dwóch, tzn., wspomaga go partyjny kolega, w dodatku jeden z liderów, Jarosław Porwich. Ze zdjęcia wynika, że wspomagał go słownie, bez podtrzymywania. Znaczy się, obaj byli trzeźwi. Napisał wspaniały list do Mariusza Kijowskiego, tego alimenciarza, z prośbą o realne wsparcie. Wsparcie w zbieraniu podpisów pod wnioskiem o referendum w czasie kolejnych marszów KOD (sic!). I powiem szczerze, nie wiem czy w tym miejscu płakać, czy się śmiać...


czwartek, 21 stycznia 2016

Julcia



  Julcia ma dziewięć lat i zasłynęła z tego, że napisała list do Pani Premier, w którym naiwnie stwierdza, że czuje się pokrzywdzona, bo jako pierworodna kasy nie dostanie, a jej młodsza siostrzyczka już tak. Naiwność tej skargi polega na tym, że to nie jej siostrzyczka dostanie a rodzice obu dziewczynek. Jak dla mnie sprawa jest szyta grubymi nićmi. Są trzy ewentualności. Albo inteligentni rodzice, nieprzyjaźni obecnym rządom list córce podyktowali, chcąc mieć nie 500 zł a okrągły tysiąc, albo jakiś zły na PiS redaktor mainstreamowych mediów chciał sobie zakpić z naszej Pani Premier, albo  jakiś spec od PR właśnie Pani Premier, wpadł na genialny pomysł, by w ten sposób naszą Panią Premier wypromować, jako wrażliwą na krzywdę innych i gotową o tym porozmawiać. W mojej ocenia ta trzecia możliwość jest najbardziej prawdopodobna, bo Pani Premier na list Julki natychmiast odpowiedziała, co odbiło się głośniejszym echem w mediach niż sam list. Ale zakładam, że mogę się mylić, bo Fronda już znalazła prawdziwego autora listu – jest nim A. Michnik. Osobiście.

  Mnie chodzi o fakt, że ten sztandarowy pomysł, który nota bene miał być zrealizowany w ciągu pierwszych stu dni rządów, a de facto nie ma na to szans, faktycznie zamiast być sprawiedliwy i prawy, co wynika z nazwy partii, która go promuje, takim niestety nie jest. Bo Julcia (nawet jeśli nie jest dziewięcioletnią dziewczynką), mimo zapewnień Pani Premier, że wszystko jest ok, ma stuprocentową rację.

  Gdzie są te wszystkie jedynaki (i pierworodne) w całej tej wrzawie o 500, w końcu też dzieci? Ano, to są dzieci, nie z własnej winy, gorszego sortu. Ja już pominę skrajne przypadki, kiedy z to z powodów natury zdrowotnej, rodzice nie mogą pozwolić sobie na więcej. Ja pominę te przypadki, kiedy rozsądek ekonomiczny rodziców nakazuje im wstrzymać się od bezmyślnego płodzenia potomków. Tu zachodzi ewidentnie przypadek tak zwanej zbiorowej odpowiedzialności! Skoro rodzice, na których dziecko nie ma żadnego wpływu, dla własnego widzimisię nie chcą mieć więcej dzieci, jedynaki ponoszą za to karę – karę wykluczenia. Mogą, dożywszy lat kilkunastu np. dziurawić kondomy, bo będą wiedzieć gdzie przyczyna braku rodzeństwa, ale to im sytuacji specjalnie nie poprawi, najwyżej rodzice już nie tylko jedynaka, będą mocno zdumieni, że na ten sztandarowy pomysł Pani Premier się załapali.

  Ostatnimi dniami wiele się mówi, aby zamiast pieniędzy będą bony, choć nie bardzo rozumiem dlaczego w wybranych sklepach i tylko na wybrane towary. Pewnie zaczyna działać jakieś lobby, ale to nawet nieistotne. Mnie martwi  naiwność pomysłodawców. Bo pomysł jest zwrócony przeciw rodzicom tworzącym patologię. Jak bardzo trzeba być naiwnym, by sądzić, że to pomysł skuteczny? Bo ja oczyma wyobraźni widzę już drugi obieg tych bonów. Spragniony, nie tyle mocnych wrażeń, a bardziej płynów wysokoprocentowych odsprzedaje bon za pół ceny. Chętni zawsze się znajdą. Pamiętam czasy PRL-u kiedy oficjalna wartość dolara była rzędu dwudziestu paru złotych, w drugim obiegu kosztował cztery razy tyle. Z bonami na drugie i kolejne dziecko będzie odwrotnie. W końcu handlowano nawet starannie rejestrowanymi kartkami w czasach stanu wojennego i później.

środa, 20 stycznia 2016

Z dużej chmury mały deszcz



  Kto się spodziewał jakieś rewolucji lub przynajmniej sensacji, ten pewnie czuje się rozczarowany. A przecież nie mogło być inaczej. Mam oczywiście na myśli debatę w PE na temat Polski. Prawica dziś odtrąbiła wielki sukces. Pan Jarosław Gowin stwierdza: „Beata Szydło dała radę”, pan Witold Waszczykowski pieje z zachwytu: „W Strasburgu urodził się nowy lider europejski, nazywa się Szydło.”, itp., itd. W tym miejscu przypomina mi się pewne wydarzenie z lat szkolnych. Nabroiłem i zostałem wezwany na dywanik do dyrektora. Szedłem jak na ścięcie, wyszedłem jak młody bóg. Pan dyrektor pogroził mi palcem i orzekł, że tym razem mi daruje. Świadków nie było, więc tak od siebie dodałem, że on się śmiał z mojego dowcipu, budząc podziw wśród moich kolegów.

  W czasie debaty w PE świadkowie byli, więc niczego niby nie sposób dodać. Skąd więc ten nowy lider Europy? Bo przecież Pani Premier li tylko zapewniała, że nic w Polsce złego się nie dzieje, i że jej rząd nie zamierza się zjednoczonej Europie sprzeciwiać. Były też zapewnienia, że polskiej demokracji nic nie zagraża, że tak naprawdę nie ma o co robić rabanu. Europa ma dość innych problemów do rozwiązania. Ogólnie można przyjąć, że wystąpienia Pani Premier były poprawne, choć tak naprawdę nie powiedziała niczego. Niczego nowego niż wcześniej na naszym, polskim podwórku. I spotkała się tylko z jedną prawdziwą ripostą ze strony Timmermansa, dotyczącą ekspertyzy na temat uchwał o TK z Wenecji. Odniosłem wrażenie, że na tej debacie nikt nikomu nie chciał zrobić krzywdy. Tak też się stało – czysta dyplomacja.

  Mam jednak kilka osobistych uwag. Pierwsza dotyczy wypowiedzi pani Szydło, która zasugerował, że Polska chce do Europy wnieść „wartości”. Ciekawe jakie? Bo nie przypuszczam, że chodziło jej o wojenkę polsko-polską. Może jestem odrobinę spaczony, ale mnie przyszły na myśl wartości chrześcijańskie. Te same, które z takim trudem (Zachodnia) Europa chce wykorzenić, przekonana, że to nic dobrego, z czym ja akurat się zgadzam, biorąc pod uwagę właśnie tę wojenkę, mimo że przecież jesteśmy podobno krajem katolickim. Wręcz zabawnie wypadły jej słowa o deklaracji bycia championem Europy (to też słowa Pani Szydło), i jednocześnie natychmiastowa prośba o pilną pomoc gospodarczą i finansową (sic!) Jaki ten budżet na 2016 rok był, taki był, ale się w miarę spinał. Teraz rząd naszej Pani Premier go popsuł i woła: help!

  Drugim ewenementem są również słowa Pani Premier: „Bezpieczeństwo i jedność są nam drogie”. Z pozoru niewiele znaczą, ale jeśli się tak bardziej zastanowić? Można by wysnuć wniosek, że Polsce potrzebna jest jedność. Oczywiście chodzi tu o jedność pod sztandarami PiS-u. A jak już ta jedność będzie, PiS będzie bezpieczne. Bo dla Pani Szydło, Polska to tylko PiS, o jakimkolwiek pluralizmie należy natychmiast i od razu zapomnieć. Jeszcze dziś Pani Premier może mówić, że w Polsce jest demokracja, nikt podobno nie broni demonstracji, jakby zapominając, że zwolennicy tej partii robią wszystko, uciekając się nawet do podszywania się pod KOD, by głosić hasła, które mają ten ruch zdyskredytować. Ale to tylko kwestia czasu, kiedy istniejące już pomysły na ograniczenie możliwości demonstracji, rodem z putinowskiej Rosji, się ucieleśnią.

  Cokolwiek by jednak o debacie i jej skutkach mówić, jedno jest pewne. Wszyscy powinniśmy się czuć upokorzeni. Mamy niechlubny zaszczyt być pierwszym państwem Unii Europejskiej wezwanym na dywanik. Tak jak ja w czasach szkolnych, bo choć dzięki kłamstwu wychodziłem z gabinetu dyrektora z podniesionym czołem, powodu do dumy nie było. Żadnego powodu. I choć próbuje mi się wmówić, że to przeze mnie, bo jestem zdrajca i donosiciel bez działań obecnie nam miłościwie panujących, do tego by nie doszło.