niedziela, 28 lutego 2016

Prawda czasu, prawda ekranu



  Pogoda niespecjalna, samopoczucie też kiepskie, więc sobotnie popołudnie spędziłem inaczej niż zwykle. Przed telewizorem, za co sam sobie wyznaczyłem karę. W niedzielę telewizora nie włączę...

  Coś mnie podkusiło by obejrzeć sobie marsz KOD-u, transmisję w TVN24. W końcu nie ukrywam, że w jakiś sposób sympatyzuję. Chciałoby się brzydko, ale ograniczę się tylko do łagodnego określenia: gębę rozdziawiłem ze zdziwienia! Wszyscy wokoło mi wmawiali, że KOD się wypala, a tam tłum, jaki rzadko się widuje. Powiem krótko, transmisja, choć przerywana innymi wiadomościami trwała kilka godzin, bo tyle potrzebował ten tłum na przejście z Pragi na plac Zwycięstwa. Główne hasło: „To my, Naród” oraz inicjatywa projektu uchwały o Trybunale Konstytucyjnym, przy czym nie brakowało poparcia dla byłego już prezydenta, pana Wałęsy. Hasło wzięto z jego przemówienia przed Kongresem Stanów Zjednoczonych w 1989 roku. Fakt, przemówienie, które odtworzono na telebimie było koślawe i zbyt patetyczne, ale chyba warto było. Można było sobie przypomnieć czego oczekiwaliśmy ćwierć wieku temu.

  Jak wspomniałem, były też inne wiadomości, w tym na czoło wybijały się dwie. Pierwsza, to komunikat prokuratury o Kajetanie P. Druga, według mnie ważniejsza, to przeciek o opinii Komisji Weneckiej, która w ponad stu punktach krytykuje ustawy o Trybunale Konstytucyjnym serwowane nam przez obecny Sejm. Piszę o tym nie bez przyczyny. Przełączyłem na „Panoramę” TVP2, aby zobaczyć, co na ten temat przekaże prorządowa telewizja. I pierwsza refleksja – były dwa marsze. Jeden ten, co ja oglądałem, i drugi, który oglądali reporterzy Panoramy. Pierwsza różnica dotyczyła ilości maszerujących. 80 tys. wg Ratusza, 15 tys. wg policji, i szczegółowe wyliczenie reporterów Panoramy – 25 tys. Dziwne te wyliczenie, bo gdy pokazano marsz w Moskwie, gdzie też była mowa o 25 tys. przy czym te z Moskwy dałoby się przykryć jedną trzecią maszerujących w Warszawie. Druga sprawa to eksponowanie przemówień Petru i Schetyny, z których to miało wynikać, że ten marsz obaj wykorzystali do promocji swoich partii, i co bardzo dziwne, ma świadczyć o poważnym konflikcie tych partii (sic!). I wreszcie, co mnie mnie osobiście wprawiło w konsternację, w Panoramie ani słówka o raporcie Komisji Weneckiej.

  Podobnie było rownież w relacji TVP Info. Tam spłaszczono marsz KOD-u tylko do kwestii Wałęsy. Nie było żadnych informacji o przemówieniach, które nic wspólnego z L. Wałęsą nie miały. Najciekawiej było jednak w głównych „Wiadomościach”. Była informacja o marszu, lecz telewidz nie mógł się dowiedzieć w jakim celu. Natomiast Pani Halicka uraczyła widzów „pięknym” zdaniem (z pamięci): „dla KOD-u głównym zagrożeniem demokracji jest ujawnienie teczek Wałęsy” (sic!) Ilość uczestników marszu już autorytatywnie obniżono do 15 tys. Ja się tam o liczby nie będę spierał, tylko mam przeczucie, ze te 15 tys. z nawiązką zmieściłoby się na moście nad Wisłą.

  W tym miejscu kojarzy mi się przemówienie pani Premier B. Szydło o stu dniach jej rządów, w którym podkreślała, że demokracja nie jest zagrożona, skoro nikt demonstrować nie zabrania. No autentycznie robi z ludzi idiotów! A jakby ona chciała zabronić? Wojskiem, policją i rozróbą, wywołując polski Majdan, co już z kretesem zdyskredytowałoby tę władzę nie tylko u nas, ale i na całym świecie? Pani Premier, ja Pani wyjaśnię, że te marsze nie są po to, aby dać Pani argument, że z demokracją nie dzieje się nic złego. Demokracja na marszach się nie kończy, tu chodzi o sposób jej ograniczania przez ustawy sejmowe i zawłaszczanie stanowisk, na niespotykaną dotąd skalę.

  Wrócę jeszcze do prawdy ekranu. Moi dorośli Czytelnicy. Jeśli chcecie pokazać Swoim dzieciom naocznie, jak działała propaganda komunistyczna, szczególnie ta z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, karzcie swoim dzieciom oglądać „Wiadomości” TVP1. Trudno o lepszą lekcję historii, ściślej, funkcjonowania propagandy...



czwartek, 25 lutego 2016

Studniówka?



  A miało być tak pięknie. Wprawdzie dziś wciąż przewaga zwolenników PiS jest druzgocąca nad opozycją i pewnie jeszcze długo tak pozostanie, ale coś mam niejasne przeczucia, że to się sypie, a ja mimo wszystko dziwnie nie czuję żadnej satysfakcji. Nawet nie z powodu tego wciąż wysokiego poparcia. Jakoś tak mam, że cudze niepowodzenia niespecjalnie mnie cieszą.

  Niemal wszyscy korzystają z okazji mijających stu dni rządów Pani Premier Beaty Szydło, by doszukiwać się sukcesów i porażek. Po prawej stronie podkreślane są sukcesy. Właściwie tylko dwa spektakularne. Pierwszy to podobno fakt, że Polska powstała z kolan i śmiało przeciwstawia się Unii Europejskiej. Jak dla mnie owo wstanie z kolan to przejście do drugiej, jeśli nie trzeciej ligi. Bo tak poza Węgrami, to chyba tylko Putin wyraża się z uznaniem o działalności ministra Waszczykowskiego. Polska prawica pieje z zachwytu, że oto mamy Premier zasługującą na miano twardej w rozmowach z Unią, choć nie widać w tym żadnych korzyści poza mianem odszczepieńców i brakiem zrozumienia zapędów naszego rządu. Drugi sukces to program 500 plus. Niby tak, ale jest to program, który dzieli dzieci i daleki od hasła wyborczego: „500 zł dla każdego dziecka”. Bo nie każde dziecko obejmuje, za to dość skutecznie drenuje budżet. Mój sceptycyzm do tego programu można zignorować, mnie on nie obejmuje, choć ciekawi mnie ilu z tych obdarowanych będzie głosować za PiS-em, ilu tych, których nie obejmie, będą w przyszłości głosować przeciw. Jest jeszcze jeden spektakularny sukces. Udało się wywołać burzę wokół Wałęsy i jeszcze bardziej podzielić to nasze społeczeństwo. Już o tym pisałem, więc tylko jedna uwaga w tym temacie. Pytanie brzmi: jak długo „zwycięzcy” będą się tym cieszyć? Choć może być i długo, bo teraz trzeba jeszcze wszystkich przekonać, a zadanie to ambitne, że to Lech Kaczyński obalił komunizm.

  Ja bym o tym w ogóle nie pisał, gdyby nie dzisiejsze nagłówki. Komisja Nadzoru Finansowego oznajmiła, że zgłosi wniosek o uznanie SKOK Polska za bankruta. Po prostu nie znalazł się żaden bank, który tę kasę chciałby ratować. Mamy pierwszy klasyczny przykład „dobrej zmiany”, czyli: tylko, co polskie jest dobre. Żaden powód do mojej satysfakcji, ale od kilku lat trąbi się na wszystkie strony, że coś z tą polską firmą finansową, promowaną przez PiS  jest nie tak. I co? Ano nic, chyba, ze Pani Premier zechce na siłę tę instytucję ratować . Tylko tu nie wystarczy 26 mln jakie otrzymało imperium rydzyka. Tu nie wystarczy wystąpienie przed mikrofonem, że „zajmiemy się polskim górnictwem”. Jeśli do tego SKOK-u dodać obawy polskiego drobnego handlu, kioskarzy nie wyłączając, jakoś tak mi wychodzi, że zamiast wspierać, co polskie, rząd Pani Premier to polskie niszczy jak walec drogowy.

  Do tego należy uwzględnić marne szanse na obniżenie wieku emerytalnego i właściwie z tego powodu większość moich rodaków powinna się cieszyć. Gdzieś przeczytałem, że na obsługę tegorocznych zobowiązań ZUS potrzebuje około 40 mld zł. (sic!) Powinno też cieszyć wycofanie się z pomysłu likwidacji gimnazjów. Ta reforma mało, że nic nie wnosiła, to jeszcze wprowadzała większe zamieszanie niż wycofanie się z obowiązku edukacyjnego sześciolatków. Choć nie łudźmy się, inne, drobne zabiegi kosmetyczne, dotyczące edukacji też są kontrowersyjne. Bardziej mnie jednak martwi brak szans na podniesienie progu kwoty wolnej od podatku. Coś tam się mówi o 2017 roku, ale to wciąż pozostaje w sferze obietnic, tych gruszek pisowskich na płaczącej wierzbie, więc sobie wielkiej nadziei nie robię, choć te kilka tysięcy na rok wyraźnie poprawiłoby moją kondycję finansową.

  Reasumując. Największym rozczarowaniem tego rządu, jak dla mnie, jest minister Waszczykowski. Przypomina malowanego ułana z szablą w dłoni w szarży na opancerzone czołgi, w czym kibicują mu i Premier, i Prezes (choć ten jakby z boku, zza bezpiecznych okopów). Druga kompromitacja to wspomniany program 500+, mający więcej wad niż zalet. Trzecia to sposób w jaki zmarginalizowano Trybunał Konstytucyjny i kompletna ignorancja Konstytucji RP. Do wątpliwych sukcesów należy zaliczyć przejęcie wszystkich ważnych i kluczowych stanowisk w państwie, na podobnej zasadzie jak to miało miejsce w przypadku stadnin koni, gdzie liczyły się tylko dwa argumenty; zależność od PiS i miłość do stołków (nie mylić z miłością do koni). Jak tak dalej pójdzie jedyne, co pozostanie prawdziwie polskie będzie to, co mieć będą spolszczone nazwy w zagranicznych firmach i… aparat represji.


poniedziałek, 22 lutego 2016

Moje spojrzenie na Okrągły Stół



  Przy okazji trupa z szafy Kiszczaka zdarzyło mi się czytać wiele tekstów, które ogólnie rzecz ujmując, mają zdyskredytować nie tyle samego Wałęsy, ile minione dwadzieścia pięć lat, a przede wszystkim to czym był Okrągły Stół. Ćwierć wieku, plus naście lat sprzed tego wydarzenia, okazuje się tak olbrzymim szmatem czasu, że kompletnie wypacza się to, co się wtedy działo. Mało kto sięgnie do źródeł, a jeśli już, to ma do czynienia z suchymi faktami, które nie odtworzą emocji i oczekiwań tamtych czasów. Ja się pokuszę i choć to będzie ocena subiektywna, chętnie zmierzę się z każdą opinią, która uzna, że się mylę.

  PRL, twór stworzony na II wojnie światowej miał być z założenia władzą ludu. 
Do jakich wypaczeń dochodziło, chyba nie muszę przypominać, jest za to niezaprzeczalnym fakt, że tenże lud dość często podnosił rękę na własną władzę. Warto w tym miejscu przypomnieć o fali strajków z czerwca 1976, choć socjalizm przybrał już w miarę liberalne oblicze. To wtedy powstał KOR, KPN i Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Narastał kryzys gospodarczy i ideologiczny, z którymi ekipa komunistów już nie potrafiła sobie w żaden sposób poradzić. W 1979 wizyta papieża Jana Pawła II ukazała prawdziwe, czyli bliskie zeru, poparcie dla linii partii. Narastały represje i widać było jak na dłoni, że komuniści nie zrezygnują. Strajki z lata 1980 okazały się znamienne w skutkach. Kryzysu gospodarczego nie były w stanie uchronić już nawet najbardziej drastyczne represje. Bez porozumienia, nie było mowy o jakimkolwiek opanowaniu sytuacji. Tym bardziej, że sytuacja międzynarodowa strajkującym sprzyjała. ZSRR wcale nie był taki silny, na jaki się kreował, Układ Warszawski też nie był zdolny do interwencji jak w 1968 roku w Czechosłowacji. Nic nie ujmując czeskim braciom, podobny ruch Układu Warszawskiego w Polsce mógł się skończyć wybuchem III wojny światowej, choć takie zapędy były.

  W tym miejscu na arenę wstępuje L. Wałęsa. Tu pozwolę sobie na prywatną opinię. Wcześniej dla mnie ten człowiek był kompletnie nieznanym. Gdy oglądałem w telewizji relacje z negocjacji w stoczni gdańskiej, brałem go za jakiegoś oryginała, klowna z cyrku, który znalazł się tam całkiem przypadkiem i jest kreowany na przywódcę ruchu Solidarności, by tę Solidarność... ośmieszyć. Będę szczery do bólu. Dziwak z wąsem a’la cesarz Franciszek I, popularnie zwany Franz Joseph, z długopisem, pewnie większym niż jego penis, który poprawnie po polsku nie jest w stanie sklecić ani jednego zdania. I oto takie indywiduum kreuje się na przywódcę polskich robotników. Paranoja. Dopiero po wydarzeniach na kopalni „Wujek”, ledwie kilka przecznic od mojego domu, zrozumiałem, że to nie są przelewki. Nasuwa mi się kilka poważnych refleksji. Pierwsza to ta, że potrzebny był wizerunkowo ktoś taki jak L. Wałęsa. Zwykły robociarz, nie żaden intelektualista, nawet nie żaden patriota czy bohater narodowy, nawet nie kaznodzieja, choć wtedy Kościół ludzi jednoczył, odwrotnie niż dziś. Druga to fakt, że ludzie nie myśleli o zmianie ustroju.  Większość z nas się w tym ustroju się urodziła i wychowywała, nawet nam na myśl nie przychodziło, że możliwa jest jego zmiana. Niech sobie jest ten socjalizm, byle miał tylko ludzką twarz. A dziś większość z tych, którzy tyle mają do powiedzenia na temat Okrągłego Stołu zdaje się w ogóle tego nie brać pod uwagę. Tego postrzegania socjalizmu nie zmieniły nawet lata stanu wojennego. Tego postrzegania nie zmienił nawet narastający kryzys gospodarczy. Ludzie w przeważającej większości marzyli o odesłaniu reżimu w niebyt ale...,  nie systemu! Kapitalizm większości kojarzył się z takim samym złem jak czysty komunizm.

  Dla tej większości ustalenia Okrągłego Stołu zdawały się wybawieniem. Oto bez krwawej rewolucji udało się reżim komunistyczny nie tyle odsunąć od władzy ile go ukrócić. Nikt już nie miał nam wciskać ciemnoty, że PZPR jest przewodnią siłą narodu. Zaistniała szansa, że już nikt nie będzie narażony na szykany czy więzienie, za to, że ma inne poglądy. W czym więc problem? Ano w transformacji ekonomicznej. Reformy Wilczka, później Balcerowicza, sprawiły, że ludzie poczuli się rozczarowani. To ekonomia pokazała swoje prawdziwe oblicze a nie idee polityczne czy ideologiczne. Jeśli ktoś myśli, że dla przeciętnego zjadacza chleba ma jakiekolwiek znaczenie, jaka opcja polityczna jest u władzy, ten się grubo myli, ten żyje w świecie matrix’u. Tu warto zaznaczyć, że większość moich rodaków w tym nowym świecie się odnalazła. Większość, co nie znaczy, że wszyscy. Jeśli ktoś dziś usiłuje tej większości wmówić, że te zdobycze Okrągłego Stołu są nic nie warte, to tę większość obraża. Bo jakie znaczenie może mieć fakt, że część aparatczyków uwiła sobie gniazdko? Zapytam przekornie: czy gruba kreska, rozliczenie, krwawa łaźnia dla tych którzy kiedyś byli na świeczniku, cokolwiek by dziś w naszej rzeczywistości zmieniła? Czy przez upodlenie wielu karierowiczów, dziś ktokolwiek miałby się z tego tytułu lepiej? Czy chęć przebaczenia nawet kanalii, jest godna potępienia? Ja nie mam wątpliwości, że na miejsce komunistycznej kanalii pojawiłyby się inne kanalie, czego mamy bezsporne dowody i dziś.

  Reasumując. Okrągły Stół był tym, czym miał być i wszelkie próby jego zdyskredytowania są ujmą dla tych, którzy pokładali w nim nadzieję. A pokładali niemal wszyscy. To, że nie wszystko poszło jak trzeba jest efektem brutalnego zderzenia nadziei z rzeczywistością. Jeśli więc dziś młody człowieku wyśmiewasz nadzieję tamtych czasów, pogadamy, gdy sam doznasz zawodu z powodu roczarowania własnych nadziei i idei.


sobota, 20 lutego 2016

Przepraszam



  To jedne z piękniejszych słów w języku polskim. Choć dość kontrowersyjne, a przez potoczne używanie tak spowszedniało, że niejednokrotnie po prostu nic, lub prawie nic nie znaczy. Ale ja chciałbym się zająć tym znaczeniem, które wg słownika języka polskiego znaczy: „prosić o przebaczenie, tłumacząc się i usprawiedliwiając”.

  Słownik rozszerza objaśnienie: „Przepraszanie, tak jak inne zachowania grzecznościowe (np. podziękowania, gratulacje, życzenia, kondolencje), jest rodzajem umowy społecznej, którą wszyscy akceptują i zgodnie z którą postępują. Przepraszamy najczęściej wtedy, gdy zrobiliśmy coś, co ze względu na osobę, której to dotyczy, oceniamy jako złe. (...) Przyznajemy się w ten sposób do winy i mówimy, że tego żałujemy.” Ten przydługi wstęp odnoszę ad persona do pana Krzysztofa Ziemca, dziennikarza, redaktora prowadzącego główne „Wiadomości” TVP. Palnął głupstwo o aktach „Bolka”, które nie ma nic wspólnego z rzetelnością dziennikarską, choć sam się kreuje właśnie na najbardziej rzetelnego.

  Tu cytat z czwartkowego wydania : „Nie wiadomo jeszcze, kiedy IPN ujawni wszystkie znalezione dokumenty, bo na razie bada je prokurator. Wiadomo, że materiały są autentyczne, co potwierdził grafolog [podkreślenie moje].” Przyznam, że tylko dlatego oglądałem piątkowe wydanie, by usłyszeć przeprosiny za te insynuacje, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Przeprosiny na antenie, w tym samym miejscu, gdzie dokonano tej „zbrodni”, lub pisząc delikatniej - oszustwa. Fakt, przeprosił, ale tylko na facebooku, choć ową nierzetelnością popisał się przecież w „Wiadomościach”. Mógłbym pana Ziemca rozgrzeszyć z czystym sumieniem i potwierdzić, że jest rzetelnym dziennikarzem, bo z brakiem obiektywizmu to on się już dawno temu pożegnał. Bo pomylić się jest rzeczą ludzką. Zamiast przeprosin pan Ziemiec wypowiedział krótki tekst: „Czy, na kogo i w jaki sposób donosił TW Bolek - to powinna wyjaśnić szczegółowa analiza akt dostarczonych do IPN z domu byłego szefa Bezpieki gen. Czesława Kiszczaka. Na razie ich autentyczność potwierdził tylko archiwista, nie ma jeszcze opinii grafologa [podkreślenie moje].” To nawet nie przypomina przeprosin. Mój „bohater” nawet nie zaznaczył, że jest to sprostowanie, co przynajmniej sugerowałoby przyznanie się do wcześniejszego błędu.

  Choć w jakiś sposób sam usprawiedliwiłbym pana Ziemca. Przypuszczam, że nikt by mu z kierownictwa „Wiadomości” na takie przeprosiny nie pozwolił. „Dobra zmiana” w rzetelnym, obiektywnym przekazywaniu informacji w tej redakcji nie może się przyznać do błędów i jawnej manipulacji. O ile słusznie można podejrzewać poprzednie (za poprzedniej ekipy) wydania, o manipulowanie informacją, o tyle dziś mamy do czynienia z propagandą na miarę czasów komunizmu, szytą tak grubymi nićmi, że trudno jej po prostu nie zauważyć.

  p.s. nie będę pisał na temat afery „trupa z szafy Kiszczaka”. Jeśli kiedyś, to tylko wtedy, gdy wiele zostanie z niej wyjaśnione. Póki co, traktuję ja jako temat mający zatuszować wszelkie inne ważne sprawy tego kraju i jako element walki z III RP. 


wtorek, 16 lutego 2016

Chciejstwo



  Ten słowotwór autorstwa Melchiora Wańkowicza, wydaje mi się najbardziej znakomitym wynalazkiem minionego wieku. To wyrażenie bardziej dobitne niż znane „chcieć a móc”. Nawet dziś jest w stanie oddać to, co aktualnie się dzieje. W naszej gospodarce. Tu przyznaję, nie jestem mocny w zagadnieniach gospodarki i ekonomii. Niewiele miałem z tym wspólnego, no może poza zapamiętanymi hasłami z czasów komuny, np.: „Aby Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio.”. Ale jak to zwykle z hasłami bywa, choć samo w sobie piękne, de facto nic nie znaczyło. Klasyczny przykład chciejstwa, choć okazuje się, że nie tylko komunizmu.

  Szerokim echem odbiła się w mediach inicjatywa Mateusza Morawieckiego, w skrócie nazwana planem Morawieckiego. Mnie się to źle kojarzy, mając na uwadze takie jak: plan Balcerowicza, czy plan Belki, choć z drugiej strony nie dziwi. Mieli plan liberałowie, mieli socjaliści, dlaczego nie konserwatyści? Co z tego, że za te plany płaciliśmy my, zwykli zjadacze chleba. Nas i tak nikt nigdy nie pyta się o zdanie. Co najwyżej żąda się od nas abyśmy uwierzyli. I ja tu mam problem, bom ateista...

  Już w czasie kampanii wyborczej ktoś tam wspomniał o bilionie złotych na rozwój kraju. Wiem kto, ale nie powiem. Brałem jako żarcik taki, bo o jakim bilionie mowa, skoro deficyt trzeba zwiększyć, aby podołać bieżącym wydatkom. Ale plan Morawieckiego wie skąd. Połowa tej kwoty, bagatelka, ma pochodzić z dotacji UE. Tej samej, którą oskarża się o największe nieszczęścia naszego kraju, i z którą to nasi miłościwie nam panujący najchętniej by zerwali. I tylko te, bagatelka, pół biliona ich wstrzymuje. Powstaje pytanie, skąd druga połowa? W końcu plan ekonomiczny to nie kontrakt małżeński, gdzie panna młoda musi wnieść swój posag. Przyjrzyjmy się więc tak po kolei.
1. 75-150 mld to potencjał inwestycyjny spółek skarbu państwa. Mnie tu zadziwia ta nonszalancja. 75 mld. w przód czy w tył nie robi różnicy panu Morawieckiemu. A mnie to nie powinno dziwić skoro 20-25 mld. złotych na drugie dziecko...
2. 230 mld. to oszczędności przedsiębiorstw. Tymi oszczędnościami będą dysponować banki, a bankom nakłada się wyższe podatki. Bilans się zgadza, choć ja osobiście nie wiem gdzie. Ale ja się nie znam.
3. 50-80 mld. to znów z UE, niby profity z Europejskiego Banku Odbudowy. A mnie się wydawało, że obecna ekipa jest negatywnie nastawiona do wszystkich banków, które nie są nasze. Tu się jednak mogę mylić, jak zresztą w zrozumieniu każdej obietnicy miłościwie nam panujących.
4. 100 mld ma dorzucić (słownie: dorzucić jak do pieca) tzw. Polski Fundusz Rozwoju. Na pytanie, skąd ten Fundusz będzie miał na dodatkowy wsad (do pieca) ja nie podejmuję się odpowiedzieć. Jedno wiem, że ten FRP będzie oczkiem w głowie ministra Morawieckiego. Ja mam z tym oczkiem pewien problem, bo nie jestem pewien czy ono patrzy patriotycznie czy też prywatnie.

  Reasumując. Polaku nic się nie martw. Jesteś na tyle cwany, że w myśl przysłowia: „Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i radziecki...” , przeżyjemy również wszystkie plany światłych ekonomistów. Dobrze, że opcje się kończą. Byli liberałowie, byli socjaliści, są prawicowi konserwatyści, komunizm już nie wróci (mam nadzieję), pozostaje jeszcze nacjonalizm i coś na wzór mafijnego Banko-Ambrosiano. Więcej opcji nie widzę.