środa, 30 marca 2016

Jaki kraj tacy terroryści



  Psychoza strachu jest wciąż mocno eskalowana. Nie tylko przez media, ale i przez polityków ze szczególnym wskazaniem na tych prawicowych, tu mam na myśli obecnie nam miłościwie panujących. Spirala tego narastającego strachu dosięga już szczytów paranoi.

  Kto nie wierzy niech przeczyta doniesienia o ewakuacji terminalu lotniska w Modlinie. Nie mam tu na myśli samej akcji, bo tę można uznać za prawidłową. Był sygnał o bombie i tak należało zareagować. Problem w tym, że Polskę terroryści jakby omijali z daleka, przynajmniej na razie i oby tak zostało. Rodzimych muchadżedinów brak, kilku, którzy się szkolili już tożsamość znamy. Uchodźców też nie ma i jak zapewnia pani Premier B. Szydło, nie będzie. Okazało się, że alarm wszczęło dwudziestu pijanych biesiadników, pewnie dla jajeczek - wielkanocnych. Na tyle pijanych, że poinformowali o rzekomej bombie z własnego telefonu (sic!). I tu właśnie przydaje się tytuł felietoniku: mamy takich terrorystów na jakich zasłużyliśmy. Ostatni „zamach” w Polsce miał miejsce w 1979 roku w rotundzie PKO w Warszawie, przy czym cudzysłów nie bez przyczyny, bo chodziło o nieszczelność instalacji gazowej.

  Od kilku dekad zdarzają się alarmy, tylko fałszywe, i jak je określiłem, dla jajeczek (tym razem nie mylić z wielkanocnymi). Najczęściej wszczynał je nieprzygotowany do klasówki uczeń, lub kumpel oskarżonego w mającym się odbyć procesie sądowym. Chodzi oczywiście o szkoły i gmachy sądów. Ale czy to znaczy, że w Polsce nie ma terrorystów? Otóż śmiem twierdzić, że są, nawet jest ich dość spora grupa, większa niż wszyscy terroryści w Zachodniej Europie razem wzięci. To mężowie maltretowanych żon i ojcowie równie haniebnie maltretowanych dzieci. Tyle, że to mało chwalebny temat i choć czasami, przy okazji nagłaśniany, nikt specjalnie się nad nim nie rozwodzi. Normalny obywatel tego naszego grajdołka z tego powodu nie czuje się zagrożony. Jak w przysłowiu: Polak Polakowi oka nie wykole, szczególnie gdy katolik. Jest jeszcze jedna grupa terrorystów – pijani kierowcy, czasami trzeźwi ale za to bez wyobraźni. Co dłuższy weekend policja wyłapuje tych pijanych około tysiąca, i choć to ma miejsce od kilku lat, na zmianę tej liczby się nie zanosi. Co roku ci samochodowi terroryści zabijają około dwieście osób na miesiąc. Zamachowcy z Brukseli mogliby takiego wyniku pozazdrościć*. Za to należy się bać złowrogich islamistów, którzy z dziwnym uporem, godnym większej sprawy, omijają ten piękny kraj nad Wisłą. Pewnie uwierzyli naszym rządzącym, że to już i tak kraj w ruinie.

  A przydałby się naszej ekipie rządzącej  choć jeden mały zamaszek, nawet tylko próba zamachu. Nikt by już się nie sprzeciwiał zaostrzeniu inwigilacji i ograniczeniu swobód obywatelskich. Bez mrugnięcia okiem godzilibyśmy się na przeszukania o północy czy przetrzymywanie w areszcie przez czternaście dni. Nikt by nie protestował, że w manifestacjach protestować nie może. Nikt by nie miał za złe pani Premier, że wychodzi przed szereg i uchodźców nie wpuści, pewnie też nikomu nie przeszkadzałoby zamknięcie granic. W obie strony. Bylibyśmy wszak bezpieczni, przed czymś, co de facto jeszcze nam nie grozi. Z sadystami rodzinnymi i alkoholikami za kółkiem już nauczyliśmy się współżyć... w zgodzie.

  Ja się po prostu nadziwić nie mogę. Czy naprawdę nie da się inaczej jak tylko straszyć? Straszono dechrystianizacją, liberalizmem, gender, Niemcami, Ruskimi, Żydami, a kiedyś nawet stonką ziemniaczaną i imperializmem zachodnioniemieckim. I choć jestem wrogiem wszelkich spiskowych teorii dziejów, sam wysnuję taką jedną, że za tym stoi lobby..., psychiatrów, psychoterapeutów i psychologów, których ostatnimi czasy sporo się namnożyło. Strach to stres. Stres to depresja. Depresja to pełne gabinety.

Przypisy:
* - Proszę tego nie kojarzyć z poglądami pana T. P. Terlikowskiego. Mnie jest osobiście żal każdej ofiary tamtych zamachów i nie chcę się spierać, ani o liczby, ani o wyższości jednych ofiar nad drugimi, ani tym bardziej nie chcę bagatelizować zjawiska terroryzmu islamskiego.


poniedziałek, 28 marca 2016

Wyciągnięta dłoń



  Pan Jarosław wyciągnął dłoń w geście pojednania, ale zastrzegł już na wstępie, że chodzi mu o krótkie pojednanie, czyli do czasu wyjazdu z Polski papieża. Już w tym jest klasyczna dulszczyzna, o czym wspomniałem w poprzedniej notce. Niemniej, w miarę upływu czasu nachodzą mnie kolejne wątpliwości. Bo pierwszym, który nie tyle odtrącił tę wyciągniętą dłoń ile ją utrącił był, nomen omen, abp. J. Michalik. Przedstawiciel religii, która w założeniach ma nieść pokój.  Chyba, że przez niesie pokoju rozumieć preparowanie oskarżeń. O tyle to dziwne, że nie współgra z zamiarami Jarosława.

  Można dojść bowiem do wniosku, że pan Jarosław potrzebuje oddechu, że na dziś za bardzo się zakręcił w swoich poczynaniach. Już nie potrafi znieść określenia, że i Prezydent, i Premier są jego marionetkami i kategorycznie temu zaprzecza. Marionetki też zaprzeczają, a jak jest, każdy widzi jak na dłoni. Jeśli tylko pan Jarosław wysunie jakąś myśl, marionetki ją natychmiast podchwytują i realizują, co ewidentnie rzuca się w oczy szczególnie odnośnie mitu o marionetkach.

  Nie będzie też marszu miliona, co wywołuje u mnie pewne rozczarowanie dwójnasób. Po pierwsze, chciałbym ten milion maszerujących zobaczyć, po drugie, ciekawi mnie jak tę liczbę oszacują „Wiadomości” TVP. Można by to odwołanie marszu odebrać jako gest związany z apelem o wyciszenie sporu, ale marsz miliona byłby tego zaprzeczeniem. Rzecz w tym, że miesięcznica i tak się odbędzie i gwarantuję, że będzie większa niż do tej pory. Spora grupa haczyk o marszu połknęła i teraz nie zechce go wypluć. Trzeba coś w końcu udowodnić tym wstrętnym KOD-owcom. Ja zamierzam po raz pierwszy odsłuchać całego przemówienia pana Jarosława podczas tej miesięcznicy, by się przekonać, czy on faktycznie złagodniał. A to wydaje się mało prawdopodobne.

  Jeszcze intensywniej przyszło mi na myśl, że ów apel jest zagrywką taktyczną. Przekonałem się po obejrzeniu, a jakże, „Wiadomości” TVP. Z nich wynikał jeden ogólny przekaz; prezes wyciągnął rękę a ta wstrętna, wichrzycielska opozycja od razu przypuściła na niego frontalny atak. My chcemy zgody, tylko oni jej nie chcą. Nie wnikam w to, czy opozycje chce, czy nie chce. Pewnie do spotkania dojdzie, ale czy tam będą jakieś konstruktywne propozycje rozwiązania problemu? Raczej śmiem wątpić, przypuszczam, że to będzie apel o utrzymanie obecnego status quo, czyli, opozycja zamknij się na te kilka miesięcy!, bo jeśli nie, wyjdzie na to, że jesteście wichrzycielami, a my się już postaramy ten wizerunek wzmocnić. I tak się stanie, bo opozycja nie będzie chciała z siebie zrobić durnia.

  Tu mam skojarzenia ze śmiesznymi apelami pani Premier o to, by nie przeszkadzać rządowi w „dobrej zmianie”. Nie przeszło, bo przecież nikt rządowi nie jest w stanie teoretycznie w niczym przeszkadzać. Rząd ma Sejm, Senat i Prezydenta, TK został zmarginalizowany, brak jedynie wymaganej większości do zmiany Konstytucji – i całe szczęście. Problem w tym, że Polska nie jest sama w świecie, ograniczają ją sojusze i teraz rząd musi się sojusznikom tłumaczyć. Więc trzeba im pokazać, że gdy spodziewane są wizyty unijnych komisarzy, u nas jest spokój, sami potrafimy się dogadać, a oni po prostu się mylą.

  I wreszcie ostatnie skojarzenie, dość zresztą swobodne. Po wielu perturbacjach dochodzi do spotkania w Magdalence opozycji z komunistycznym reżimem. Skutkiem tych spotkań jest okrągły stół i w efekcie upadek komunizmu. Dziś mamy wiele dokumentów z tego spotkania, które obecna władza wykorzystuje przeciw opozycji, ze wskazaniem na Wałęsę i Michnika. Bardzo chętnie publikuje się zdjęcia, gdy piją wódkę. Pomijam fakt, że na trzeźwo trudno o kompromis w tak istotnych sprawach, mnie przychodzą na myśl te wydarzenie właśnie z powodu propozycji prezesa. Oficjalnie mówi się o kawie i ciasteczkach, ale kto ich tam wie? Może znów będą fotki, którymi będzie można szkalować opozycjonistów? Cóż, historia lubi zataczać koła.

  Już na koniec pozwolę sobie na tekst z mema , jaki znalazłem w sieci, a który rozbawił mnie do łez: „Te uczucie kiedy USA ma lepsze stosunki z Kubą niż z Polską!” - pewnie chodzi o uczucia Waszczykowskiego...

czwartek, 24 marca 2016

Polszczyzna – dulszczyzna



  Nie chce się specjalnie rozwodzić nad problemami minionego tygodnia. Inni czynią to za mnie zdecydowanie lepiej, zarówno w szczegółach jak i ogólnej ocenie, choć ta druga w przewadze zależy od miejsca siedzenia. Mógłbym to określić dobitniej, ale postanowiłem nie używać „brzydkich” słów, by nie dać prokuraturze pretekstu do wszczynania śledztwa, jak to miało miejsce w pewnej szkole.

  Najwyraźniej na czoło wysuwają się zamachy w Brukseli. Tragedia, choć jak pokazał pewien opiniotwórczy portal, w ostatnim dziesięcioleciu ubiegłego wieku takich zamachów terrorystycznych było trzykrotnie więcej. Ofiar też, tyle, że nikt wtedy nie wieszczył upadku Europy i cywilizacji Zachodu. Dziś Zachód, poza nacjonalistami, też nie widzi upadku Europy. Za to rośnie napięcie, wzmaga się strach w kraju nad Wisłą, gdzie jeszcze żadnego takiego zamachu nie było. W tymże kraju budzą się demony, już bardziej prawdziwe. Pani Premier B. Szydło zmienia zdania i zapowiada, że żaden uchodźca do naszego grajdołka już nie zawita, choć równocześnie zapewnia, że Polska jest bezpieczna. Podobnie minister spraw wewnętrznych, pan Błaszczyk. Trochę to dziwne, gdyż właśnie rozwalił dokładnie kierownictwo służb za to bezpieczeństwo odpowiedzialne. Z kolei, też ważny minister, bo sprawiedliwości, domaga się większych uprawnień do inwigilowania społeczeństwa i już jest projekt ustawy. Grozi nam zamknięcie granic, zatrzymanie podejrzanych na 14 dni przed postawieniem zarzutów, zakaz zgromadzeń i wystąpień publicznych. Mnie to po części przypomina stan wojenny, wtedy wróg to był antykomunista, teraz jest bliżej niesprecyzowany, czyli praktycznie każdy. Kuriozum to konieczność wylegitymowania się dowodem osobistym przy zakupie komórki na kartę. Też mi się przypomina, gdy potrzebne było zezwolenie na talerz do telewizji satelitarnej.

  A przecież władza powinna jednak być spokojna. Właśnie się dowiedziałem, że Ruch Narodowy powołuje specjalne bojówki do wyłapywania z tłumu podejrzany element. Takie trójki łysych i bez karku, za to z kijami bejsbolowymi, wprawionych w bojach na stadionach. Podobno teraz spacerują w Łodzi na Piotrkowskiej i w jakieś mieścinie pod Łodzią, gdzie jest podobno bardzo niebezpiecznie. Tam jest ośrodek dla uchodźców czeczeńskich, w przewadze kobiet i dzieci, a to podobno najbardziej niebezpieczny element.

  Terroryści mogą się cieszyć, że katolicka Polska wyłamuje się z sojuszów. Jak zrezygnuje z pomocy Unii i Stanów, o Rosji nie wspomnę, będzie dla nich bezradnym celem. A oni chrześcijan nie lubią. Za to nasi ortodoksi nie szczędzą sił, aby strach i nienawiść podsycać. Jak sytuacja stanie się już dramatyczna, wróci obowiązkowa służba wojskowa, o czym marzy niejaki, też minister, Macierewicz. To będzie miało podwójną zaletę. Powoła się wszystkich zwolenników KOD i wojsko im poglądy wyprostuje. Nikt już nie będzie mącił spokoju miłościwie nam panujących. Po drugie, nie będzie już Niemiec pluł nam w twarz. Mnie w tym dziwi jedno. Jak to się stało, że po jednym ćwierćwieczu wraca zamordyzm, którego nawet komuna by się nie powstydziła?

  Póki co, już nie minister a tylko poseł, J. Kaczyński apeluje o spokój. Przynajmniej do czasu aż będzie po wizycie papieża. Później możemy iść znów na noże i siekiery. To właśnie ten apel kojarzy mi się z dulszczyzną w najbardziej jaskrawym przykładzie. Choćby nie wiem jak było w tym naszym grajdołku źle, papieżowi mamy pokazać, że jesteśmy kochającym się narodem. W tym miejscu też mam skojarzenia. Negatywne. Przez dwa tysiąclecia o ludziach, którzy nie chcieli przyjąć nauk Jezusa, o tych którzy naginali Prawo dla swoich potrzeb, mówiono – faryzeusze. Dziś najbardziej gorliwi katolicy, ale nie tylko oni, wcielają się w tę rolę bez żadnych skrupułów i za nic mają nauki swojego Mesjasza. A papa Franciszek jest najgorliwszym orędownikiem tych nauk. Już ja widzę kwaśne miny naszych hierarchów i władz, gdy powie, że: „Prawdziwa miłość wyraża się w bezinteresownej służbie bliźniemu, niezależnie od tego, czy jest on naszym przyjacielem, czy wrogiem. Takiej miłości uczy Jezus w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie”*.
 
Przypisy:
* - http://www.katolik.pl/pomagac-bezinteresownie-i-z-miloscia,22631,416,cz.html


poniedziałek, 21 marca 2016

Kukiełka



  Mam bardziej niż mieszane odczucia odnośnie incydentu związanego z wypowiedzią pani Katarzyny Kukieły (jakoś nieświadomie skojarzyło mi się z Kukiełką), do owego sławnego już niemal: „Mam nadzieję, że jedzenie z mojego koryta wszystkim smakowało.” Ewidentnie niesmaczna, może nie tyle potrawa, ile właśnie ta wypowiedź, w dodatku firmowana KOD-em, pod szyld którego się ta pani ucieka. W pierwszej chwili pomyślałem, że to prowokacja, ale kto ją tam wie, może faktycznie się z tym ruchem utożsamiać, bo on, podobnie jak ona, jakby przeciw miłościwie nam panującym. Mnie by na taki wyskok stać nie było, choć też mam podobny stosunek do obecnej władzy.

  Z drugiej strony, nie bardzo się dziwię. Bo skoro ta władza w równie niewybredny i dosadny sposób, całkiem już oficjalnie, wypowiada się o swoich oponentach, czego można się było spodziewać? Nie wszyscy są tak powściągliwi i grzeczni jak ja, niektórym puszczają nerwy. Pani K. Kukieła w język się ugryźć nie może, bo mogłaby stracić smak, co jest podstawowym, najważniejszym wręcz zmysłem właściciela restauracji, pewnie dobrej, skoro sam pan Prezydent i jego goście się na tę restaurację zdecydowali. Chyba jednak BOR znów nie stanął na wysokości zadania, skoro nie sprawdził dokładnie jakie są przekonania polityczne właścicielki. Jej imienniczka, sławna blogerka Katarzyna, sugerowała nawet możliwość otrucia i stąd moje zastrzeżenia do ochroniarzy naszego Prezydenta.

  Tu mi się nasuwa równie bluźniercza myśl, co wypowiedź pani K. Kukieły. Trochę naciągana i nie na miejscu, bo z nazwisk nie powinno się kpić. Sam mam takie nazwisko, które łatwo zironizować. Ale skoro nie jestem człowiekiem doskonałym... Często podkreślałem, że w mojej opinii pan Prezydent uchodzi za marionetkę i choć wiem, że okoliczności tego obiadku są na pewno przypadkowe, to jednak coś w tym moim bluźnierstwie musi być. Może to mój chory umysł, nie będę się spierał, ale czy nie poczuliście, moi Czytelnicy, pewnego niedosytu wobec oficjalnego komunikatu, jak i wypowiedzi samego Prezydenta, na temat samego spotkania z amerykańskimi senatorami? Oficjalnie było podobno nawet wesoło, co zdumiewa wobec faktu nieprzychylnej prasy zza oceanu na temat naszej władzy. Każdego szczebla i vicewersa. Ja i tu mam swoją teorię (nie mylić ze spiskową). Po prostu pan Prezydent nie dostał jeszcze oficjalnych wytycznych od swego promotora, co może powiedzieć na temat tej wizyty. Więc bezpiecznie i na wszelki wypadek kluczy...

  Jeszcze bardziej rozbawił mnie ostatni news. Pan Prezes usiłuje na Episkopacie wymusić wstrzymanie akcji ProLife odnośnie zaostrzenia ustawy aborcyjnej. Czyżby i z Episkopatu chciał zrobić kukiełki, sorry, marionetki? Jak tłumaczą jego zaufani, rzecz ma się tak, że pan Prezes obawia się jeszcze ostrzejszego sprzeciwu społeczeństwa, gdyby już teraz debatować nad tym zagadnieniem. Projekt ustawy już podobno jest, uspokaja biskupów, tylko jeszcze nie ten czas. Ja się nie dziwię, ja doskonale rozumiem obawy Prezesa, skądinąd słuszne. Jest gorąco, może być bardziej i jak Prezes zauważył, może to spowodować upadek gabinetu pani Premier Szydło (sic!?) Mają teraz biskupi zagwozdkę. Dając zgodę na zwłokę przyczynią się do zabicia, może nawet tysięcy nienarodzonych, co organizacja ProLife uznaje za ludobójstwo, co przecież ewidentnie stoi w sprzeczności do ich ideologii, w sprzeczności do niekwestionowanej miłości do zygot, a przecież im się nawet marzy walka z wszelką antykoncepcją. Ale się porobiło...

piątek, 18 marca 2016

Hipokryzji szczyty



  Miałem wątpliwości, w którym blogu umieścić ten felietonik? Bo opiera się na pewnym artykule-memoriale* umieszczonym na Fronda.pl, ale dotyczy polityki naszych miłościwie nam panujących. Konkretnie, chodzi o program 500 plus. Temat już prawie wyświechtany, a jednak ten „memoriał” do społeczności antypisowskiej nadaj mu nowej barwy.

  Niejaki pan TT, (jak przypuszczam, Tomasz Tulek, który w tym artykule już nie miał odwagi podpisać się pełnym imieniem i nazwiskiem), znany ze swych kontrowersyjnych poglądów na niepisowską i niekatolicką rzeczywistość, stawia wszystkim tym, którzy tego programu nie popierają dość kontrowersyjne ultimatum moralne. Zabawnie jest już na wstępie, bo przecież większość oponentów programu 500 plus na niego się i tak nie łapie. Ściślej, panu TT chodzi o to, że ta cała lewackość powinna teraz odmówić przyjęcia PiS-owskiej łapówki. Według autora, tego wymaga uczciwość, bo skoro się coś krytykuje, to nie powinno się w myśl zasad moralnych, z tego przywileju korzystać. Mniej więcej w takim stylu: „Wszystkich nienawidzących PiSu czeka nie lada sprawdzian z konsekwencji i stałości swoich poglądów. Gardzący „pisowskimi srebrnikami”, „ochłapami” i „jałmużną” ostentacyjnie powinni odmówić udziału w programie 500 +.” Niby jest w tym stwierdzeniu sporo racji. Ale tylko niby...

  Problem zaczyna się w momencie, gdy się zastanowić, skąd PiS bierze pieniądze na ten program. Ano między innymi z naszych podatków, nawet podatków tych, którzy nie za PiS, i którzy nie za tym programem. Tu warto dadać, że PiS de facto cieszy się poparciem około 20% obywateli. Oczywiście różnica w kwocie jest duża, jeśli odnieść to do pojedynczego podatnika. Ale podkreślam jeszcze raz, płacą wszyscy, nie tylko ci, którym owe 500 zł na drugie dziecko się należy. Ja się nie łapię, ale czy ktoś mnie się pytał, czy ja chcę wspierać ten program, nawet jeśli tylko złotóweczką? Szczerze mówiąc, nawet  nie mam oto pretensji. Nie mam nic do gadania w tym temacie. Jest jeszcze jeden aspekt tego „memoriału”. Rodzi się bowiem pytanie, czy pan TT odmówi leczenia swemu dziecku na aparaturze fundowanej przez WOŚP, której to zbiórce jest zdecydowanym przeciwnikiem i na którą nigdy nie dał ani złotóweczki, mniej więcej tej samej wartości, jak mój podatek przeznaczony na program 500 plus? Bo jeśli nie, to jest takim samym, jak nie większym hipokrytą, niż ci, co PiS-u nie popierają. Ja muszę dać, on tylko może dać i tu różnica jest dość istotna. Jeśli do tego dodać część tych moich podatków, które idą na Kościół, którego nie jestem członkiem, to panie TT, ja mam większe prawo moralne do korzystania ze wszystkich „darów” PiS-u, a które żadnymi darami nie są, niż pan, pozwalając swemu dziecku z korzystania urządzeń medycznych fundowanych przez WOŚP, a które są już jednoznacznie darem od społeczności wspierającą tę orkiestrę.

  Pan TT dodaje: „Znajdziecie 100 powodów, aby wziąć kasę od PiS.” Tu jest błąd merytoryczny, proszę pana. Wystarczy jeden powód. To nie od PiS będą barć kasę drugie i kolejne dzieci, a od fiskusa, który nam, bez wyjątku wszystkim obywatelom, z nawiązką ją odbiera. PiS jest również finansowany przez tegoż fiskusa, a bez tych finansów byłby goły jak przysłowiowy święty turecki, i kto wie czy nie trzeba by powołać Wielką Orkiestrę Pomocy PiS-owi, aby mógł się utrzymać na politycznej niwie. Ciekawe, czy wtedy też tak ochoczo by pan tę partię wspierał, jak dziś WOŚP? W tym miejscu pozwolę sobie na drwinę. Deklaruję oficjalnie, że ja odmawiam przyjęcia jałmużny PiS (pomijam rzeczywisty powód tej odmowy), ale odmawiam również wspierania z moich podatków tego pomysłu. Czy wobec tego uzna pan, że spełniłem pana oczekiwania, ba!, żądania zawarte w tym „memoriale” do przeciwników PiS?