niedziela, 29 maja 2016

Prędzej piekło zamarznie



  Po czwartkowym święcie Bożego Ciała, nie kto inny jak „Gazeta Wyborcza” piała z zachwytu. Oto biskupi przemówili ludzkim głosem(?!) Po treści artykułu można było wysnuć wniosek, że ów „ludzki głos” to taki, który nie grzmi na opozycję, nie upatruje w niej działań szatana. Bo faktycznie, od niepamiętnych czasów, nie piętnowali  ad persona ani rządu, ani zwolenników sekularyzacji. Coś mi się zdaje, że Gazeta Wyborcza szuka plusików wśród biskupów i chyba sama nie wierzy w to, że to jest możliwe. Tak więc, zamiast ataków, były apele o zaniechanie sporów*.

  Czy aby na pewno? Otóż, faktycznie trudno dopatrzeć się w tych homiliach jakieś agresji, tak jak to do tej pory miało miejsce, wobec konkretnego przeciwnika, jakim byli mniej radykalni posłowie. Wystarczy jednak zwrócić uwagę na to, jakie wzory pojednania proponują biskupi:
 Kard. Nycz: „Trzeba zacząć po nowemu rozwiązywać poważne ludzkie sprawy, tak jak przystoi ludziom, którzy do życia, do rodziny, do pracy, we wszystkie miejsca swojej aktywności idą przecież od ołtarza Eucharystii.” Ewidentne nawiązanie do jedynie słusznej ideologii, innymi słowy, możliwe jest tylko pojednanie w duchu doktryn Kościoła. Laickość, już z definicji jest zła.
  Prymas Polski: „(...) żal tych, którzy z takich czy innych powodów, a może nieraz także z powodów naszej własnej słabości, braku naszego chrześcijańskiego świadectwa i naszej gorliwości, szczelnie pozamykali swoje uszy, serca, domy, rodziny na Chrystusa i na Jego Ewangelię.” Czyżby im było nagle żal tych, którzy nie we wszystkim godzą się z naukami Kościoła? Tu mi się nasuwają słowa katolickiej posłanki ... o goleniu na łyso tych, którzy ośmielą się mieć inne zdanie niż katoliccy propisowcy. Jeszcze lepiej ten żal prezentuje się w słowach J. Kaczyńskiego: „Przyznać się do winy, ponieść karę, dopiero później wybaczyć”.
  Jeszcze lepiej abp. Gądecki: „Kto jest z Chrystusa, ten pragnie i zdąża do pojednania (...) Dotyczy to wszystkich ochrzczonych, ale szczególnie tych, którzy, z racji zajmowanej pozycji społecznej czy politycznej, muszą podejmować decyzje dotyczące wartości fundamentalnych, takich jak szacunek i obrona każdego ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, jak rodzina oparta na małżeństwie mężczyzny i kobiety, wychowywanie dzieci (...)”. A więc pojednanie, choć pod kilkoma warunkami, nie podlegającymi żadnym negocjacjom. Jeśli dziś mamy w Polsce dziewięćdziesiąt procent ochrzczonego społeczeństwa, dlaczego jesteśmy tak wyraźnie podzieleni?
  I wreszcie kard. Dziwisz, który pieści i wychwala nacjonalistów, i ksenofobów, i błogosławi ich w takich działaniach jak palenie kukły Żyda. Do tego uroczysta msza w katedrze w Łodzi, gdzie narodowcy uczcili rocznicę śmierci rotmistrza Pileckiego, wypaczając sens jego patriotycznej postawy.

  Według mnie, prędzej piekło zamarznie, nim biskupi zgodzą się na rozdział sacrum od profanum, które mogłoby w jakiś sposób przyczynić się do uspokojenia nastrojów w Polsce. Jakże trzeba być naiwnym, aby w tych homiliach doszukiwać się jakiegokolwiek upomnienia dla miłościwie nam panujących w kwestii łagodzenia sporów. Łatwiej odnaleźć tu napomnienie, ale tylko w stosunku do opieszałości tego rządu w zaostrzeniu ustawy aborcyjnej i uznania religii jako przedmiotu maturalnego.

  Tak a propos owej matury z religii. Ja bym jeszcze rozumiał maturę z religioznawstwa, o etyce nawet nie wspomnę. Tylko akurat tych tematów Kościół boi się jak przysłowiowy diabeł wody święconej. I rodzi się we mnie pytanie: dlaczego? Oczywiście, sam sobie potrafię odpowiedzieć. Historia religii niesie ze sobą wiedzę na temat niechlubnych dziejów z kart historii Kościoła. Mogłoby się też okazać, że odłamy chrześcijaństwa, na przykład protestantyzm, są zdecydowanie bardziej bliżej ludzi i... Boga. Natomiast etyka mogłaby wykazać pewne istotne różnice w pojmowaniu moralności, tej chrześcijańskie i tej laickiej, ze wskazaniem na uniwersalność tej drugiej. A tak, dzięki przygotowaniom do matury z religii, alumni będą przekonani o wyższości religii katolickiej, jak i wyższości moralności chrześcijańskiej – nad innymi. Bo oto właśnie chodzi, aby piekło nigdy nie zamarzło.



Przypisy:
* ta notka zainspirowana jest blogiem Jarosława Makowskiego z Polityki.


czwartek, 26 maja 2016

Wyliczanka i bomberzy



  Pewnie nie będę oryginalny, bo też trudno być takim w zalewie podobnych ocen mijającej prezydentury Andrzeja Dudy. Więc bardzo krótka, w pełni subiektywna wyliczanka:
Zalety:
- Ma dobrą prezencję i piękną żonę;
- Ma stałe, stosunkowo wysokie poparcie w sondażach (tak a propos – B. Komorowski też miał);
- Hmm, nie wiem, nie widzę więcej...
Wady:
- Kompletny brak samodzielności;
- Rażąca, zdecydowanie bardziej widoczna niż u B. Komorowskiego, zależność od rodzimej partii;
- Coraz wyraźniej widoczna buta wobec społeczeństwa, połączona z uniżonością wobec Kościoła;
- Niesłowność (obiecał podać się do dymisji, jeśli jego obietnice nie zostaną spełnione w sto dni, a tu minął rok).
Sukcesy:
- może mi ktoś podpowie? Jeden mi się przypomina, spektakularny, gdy ratował hostię.
Porażki:
- Idiotyczne, kontrowersyjne ułaskawienie Kamińskiego ;
- Brak sukcesów na arenie międzynarodowej. Co wizyta to albo bylejakość, albo porażka;
- Zamiast zapowiadanej prezydentury wszystkich Polaków, przyczynił się do jeszcze większych podziałów w społeczeństwie;
- Kompletnie nietrafione inicjatywy ustawodawcze. Projekty uchwał albo zaniechane, albo w zamrażarce.
- Nieprzestrzeganie Konstytucji, na którą ślubował.
Nie będę poszczególnych elementów wyliczanki rozwijał. Kto ciekaw, odpowiem w komentarzach.

   Większość z nas obawiała się zalewu uchodźców z powodu możliwego terroryzmu. Jeszcze uchodźców nie było (i pewnie nie będzie) a już profilaktycznie uchwalono ustawę antyterrorystyczną, o której w normalnych warunkach ministrowie resortów prewencji, nawet nie mogli pomarzyć. I oto są, bomberzy – tacy nieudaczni pseudo-terroryści, choć jednemu udało się bombę odpalić. Znamiennym jest w tym pewien pośredni fakt, a nawet i dwa. Po pierwsze, na portalach prawicowych pojawiły się insynuacje, że za tymi próbami zamachów stoją..., przegrani liberałowie. Na jednym z nich widziałem nawet zdjęcia; Michnika, Komorowskiego i Schetyny (sic!). Okazało się, że to anarchiści, którym chyba najbliżej do kiboli z pogranicza mafii, przez niektórych nazywanych „prawdziwymi patriotami”. Po drugie, okazało się, że do wyłapania tych niby-terrorystów nie jest potrzebna żadna ustawa antyterrorystyczna. Wystarczy baczniej obserwować wspomniane środowiska przestępców, anarchistów, pseudo-patriotów i ich sympatyków. No, może jeszcze studentów na wydziałach chemii...


niedziela, 22 maja 2016

Bóg, Honor, Ojczyzna...



  Ta notka ma charakter prowokacyjny i popełniłem ją z pełną świadomością tego, co mnie może za nią spotkać. 

  To patriotyczne zawołanie w tytule ma w sobie tyle prostoty, wyrazistej wymowy i niekłamanego patosu, że w zasadzie nie wymaga żadnych objaśnień. Jest tak typowo polskie, że nie powinno stanowić dla Polaków żadnego problemu z jego zrozumieniem. A jednak, dziś śmiem wątpić, czy tak jest rzeczywiście. Kilka suchych faktów. Według objaśnień: „hasło jest dewizą Wojska Polskiego, stanowiącą idylliczne ujęcie wierności państwu.* Zostało wprowadzone po raz pierwszy na sztandary oddziałów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie dekretem Prezydenta Rzeczypospolitej z 15 października 1943 r. Mało kto wie, że wprowadza pewien kanon interpretacji dewizy: „Ojczyźnie wszystko, prócz miłości Boga najwyższego i Honoru.” i jest kontynuacją dewizy honneur et patrie (Honor i Ojczyzna) z czasów napoleońskich.

  Dziś, mało, że to hasło zostało zawładnięte przez środowiska narodowe, to jeszcze zupełnie wypaczono jego sens. To jeszcze można by zrozumieć, bo skrajne ugrupowania, czy to z lewej, czy prawej strony, zawsze mają tendencję do zawłaszczania i... wypaczania pewnych pojęć i faktów. Gorzej, jeśli tej manierze ulegają główne ośrodki władzy, z czym ewidentnie mamy dziś do czynienia. Z hasła mającego uwypuklić prawdziwy patriotyzm, uczyniono hasełko mające być zasłoną dymną dla zawłaszczania wartości nadrzędnej – wolności obywateli. Wyjaśnimy więc sobie po kolei.

  Bóg – oczywiście nie jako nadrzędna istota, której należy się hołd, ale jako wzór moralności mający decydować o tym, jak mamy postępować. Ja tu zwrócę uwagę na dwa najbardziej znamienne przesłania: „miłuj bliźniego swego, ja siebie samego”, tu ze wskazaniem na rodaków, oraz ze szczególnym wskazaniem na słowa Jezusa: „Cesarzowi, co cesarskie, Bogu, co boskie” czyli, aby nie mylić sacrum z profanum. Prościej, nasz patriotyzm nie powinien wynikać z wiary , powinien wypływać z nas samych, bez względu na wyznawaną wiarę.

  Honor – „to postawa, dla której charakterystyczne jest połączenie silnego poczucia własnej wartości z wiarą w wyznawane zasady moralne, religijne lub społeczne.” Z tego wynika dość istotny wniosek. To, czy ktoś jest honorowy, można stwierdzić dopiero na podstawie oceny jego postępowania. Ściślej, nie można nikomu narzucić postawy honorowej, bo jest to pojęcie subiektywne, zależne od danej kultury. Jest dość istotne rozróżnienie tego, co zwykło się określać mianem godności osobistej a honorem. O ile naruszenie tej pierwszej nie wymaga zemsty, o tyle honor już tak. Trochę to inaczej można interpretować w kwestii honoru wespół z patriotyzmem, bo też honor jest często utożsamiany z patriotyzmem i bohaterstwem, ale zasada jest ta sama.

  Ojczyzna – termin ten ma dwojakie znaczenie: jest miejscem urodzenia lub zamieszkania przez większą część życia (ojczyzna prywatna) lub wspólnym terytorium narodowym (ojczyzna ideologiczna). Jednostkę i naród łączy z ojczyzną często pozytywna więź emocjonalna, wówczas w piśmie wyraz ten pisany jest wielką literą: Ojczyzna, co podkreśla czyjś szacunek wobec jego ojczyzny. I tu warto podkreślić, że pojęcie ojczyzny nie jest pojęciem prawnym, a poczuciem tożsamości czyjejś ojczyzny, jako własnej, przynależnym wyłącznie do człowieka.

  Z tych trzech objaśnień można wysnuć wniosek, że to hasło: „Bóg, Honor, Ojczyzna” nie jest tak jednoznacznie oczywiste, co nie znaczy, że próbuję je zdezawuować. Ono jak najbardziej pozwala nam myśleć pozytywnie o naszym patriotyzmie, nawet pisanym wersalikami, nie znaczy to jednak, że ktoś ma prawo narzucać nam tylko przez siebie rozumianej interpretacji tych pojęć. A z taką próbą mamy do czynie nie tylko przez środowiska narodowe, ale również przez obecnych przywódców naszego  państwa. Bóg, nie traktowany jako postawa moralna, ale jako jedynie słuszna ideologia. Honor, nie jako postawa, ale nakaz ściśle określonych postaw, najczęściej kojarzonych opacznie (złodzieje też mają swój kodeks honorowy). Ojczyzna, nie jako terytorium naszej bytności, naszego życia, ale wręcz jak więzienie, któremu jesteśmy winni życie i dozgonną wdzięczność, bez względu na to jak jest ograniczana nasza, prywatna wolność. Mnie osobiście napawa to przerażeniem, szczególnie w kontekście wspomnianego patriotyzmu. Nikt nie potrafi go dokładnie sprecyzować, a jednocześnie czyni się z niego podstawę do tego, by w niewybredny sposób dzielić nas na tych, którzy niby są Polakami, a na tych, którzy na to miano, według manipulantów, nie zasługują.

  To jest przerażające tym bardziej, że w ten spór coraz częściej angażują się członkowie tej samej rodziny i bliscy sobie przyjaciele. Jeśli ja dziś czytam w jednym z komentarzy, że mam się jakoś odznaczać, stojąc po drugiej stronie barykady, bo ktoś mnie prywatnie lubi i nie chciałby do mnie strzelać, to przyznam, że ogarnia mnie straszna żałość i jeszcze bardziej straszny gniew na tych, którzy do takiej sytuacji, do takiego myślenia w mojej ojczyźnie doprowadzili. Przez ćwierć wieku po transformacji nie dochodziło do takich absurdów. Wystarczyło pół roku rządów PiS...


PS Już po opublikowaniu postu ukazała się wiadomość, która potwierdza mój wniosek z ostatniego zdania. Radna PiS, Anna Kołakowska poleca nowe metody walki z opozycją: „Trzeba to coś złapać i ogolić na łyso.” (sic!) Tą "coś" jest posłanką PO, Agnieszka Pomaska.

Przypisy:
* - wszystkie cytaty, pisane kursywą pochodzą z Wikipedii.


sobota, 21 maja 2016

Jedność narodu



  Wczorajsza debata w Sejmie uwidoczniła kilka istotnych spraw. Szczególnie jedną: podział na „my i wy” staje się coraz bardziej ewidentny, coraz bardziej ostrzejszy, i coraz bardziej niemożliwy do usunięcia. Ja nie będę ukrywał, że w tym sporze nie będę obiektywny, bo w nim już nie ma miejsca na obiektywizm. Albo jesteś po stronie „my” albo po stronie „wy”. Kto staje w rozkroku, wiele ryzykuje, bo to „wy”, „my” coraz bardziej od siebie się oddalają.

  Pani Premier pokazała wczoraj „kły”. Ja ją nawet rozumiem, jako dzieciak miałem podobnie. Gdy dostałem burę od ojca, najczęściej cierpiała na tym moja młodsza (czytaj: słabsza) siostrzyczka, za co do dziś biję się w pierś. Parlament Europejski taką reprymendę udzielił polskiemu rządowi, Pani Premier odkuła się na opozycji. Ona już zresztą inaczej nie potrafi. I choć zapewniała, że Polska jest częścią UE, że nie ma zamiaru z UE występować, to jednak nie trudno było dostrzec w jej buńczucznym przemówieniu, że z tą Unią nie ma zamiaru się liczyć. Co najwyżej liczy tylko na wsparcie finansowe. Było gorzej, bo pani Premier stwierdziła, że dziś UE jest naszym największym wrogiem (sic!) i tylko PiS jest w stanie ją, Unię, naprawić. Oczywiście na modłę PiS. Jesteśmy wszak krajem niezależnym i nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. Nie tylko Niemiec, ale żaden inny kraj, ani nawet taki nic nie znaczący Clinton, nawet jeśli jego małżonka zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych. Trump też nie, bo on też nie propisowski, więc nieważne kto te wybory wygra, raczej wątpliwe, by hameryka dalej cieszyła się mianem naszego sojusznika. Byle tylko wybudowali nam bazę NATO a Unia płaciła to, co nam się bezwarunkowo należy. Tu przypomnę, że niejaki Orban, też postawił na kartę sprzeciwu wobec Unii i to przy dużym aplauzie swoich popleczników. Efekt? Choć wciąż bywa kontrowersyjny i równie buńczuczny, zdecydowanie spuścił z tonu.

  Jeden z polityków PiS wyraził się z nieukrywaną dumą, że to przemówienie da się przyrównać do przemówienia Beka z 1939, chyba zapominając, że kilka miesięcy później Polski już na mapie świata nie było, a gdy się pojawiła, to jako kolonia komunistycznego sąsiada. Wprawdzie teraz pewnie nam to nie grozi, ale ewidentnie rząd PiS dąży do izolacjonizmu. Unii się nie boi, bo ta może, co najwyżej grozić palcem. Aby coś zrobić, potrzeba jest jednomyślność. Tak Pani Premier – jednomyślność, które to pojęcie pomyliło się Pani z wodzowską jednoosobową dyktaturą. Wraca Pani do retoryki magla, przy czy w tym miejscu przepraszam wszystkie Panie, które kiedyś korzystały z tego przybytku. Jedności nie buduje się na eskalacji oskarżeń, a do niewątpliwych zalet światowego formatu polityków, należy umiejętność konstruowania kompromisów, a której to umiejętności Pani kompletnie brakuje. Tym wystąpieniem udowodniła Pani, że bliżej jej do retoryki dyktatorów ubiegłego wieku, których nazwisk, przez grzeczność, nie wymienię.

  Pani Premier często używa frazesu: "Chcemy dobra wszystkich Polaków", co przy mentalności polityków PiS oznacza dziś jedno: Polacy to tylko ci, którzy bezwarunkowo utożsamiają się z tą partią. Tylko w tym kontekście możemy mówić o jedności narodu... Reszta to nie naród, reszta to dla Pani Premier ścierwo a w najlepszym razie stado bezmózgich baranów.


wtorek, 17 maja 2016

Problem



  Miałem ochotę odnieść do pyskówki obecnego ministra wojny Macierewicza z poprzednikami, ministrami obrony. To rozróżnienie jest świadome i celowe. Ale przyznam, że śmieszy mnie i ten pierwszy, i ci drudzy. Pierwszy z powodu obsesji na tle wyimaginowanych zagrożeń, które de facto te zagrożenia dopiero generują, drudzy, że próbują podjąć dialog z kimś, z kim dialogować na normalnym poziomie się nie da. Ale o tym i beze mnie jest wystarczająco głośno.

  Mnie w jakimś stopniu zainteresowała wizyta naszego Prezydenta we Włoszech, ale ponieważ jeszcze trwa i trudno wyciągać z niej jakiekolwiek sensowne wnioski, skupię się tylko na jednym problemie. Otóż, czytam w wPolityce.pl relację z pierwszego dnia tej wizyty. I pojawia się owo jedno zdanie, które budzi zainteresowanie, a dotyczące wciąż palącego problemu migracji: „Zgodziliśmy się z panem premierem [Włoch, Matteo Ranzim - dopisek mój], że jeżeli chodzi o rozwiązywanie kryzysu migracyjnego, to powinien on być rozwiązywany tam (…), gdzie są jego źródła, to znaczy tam, gdzie dzisiaj jest trudna sytuacja, sytuacja wojenna, kryzysowa [podkreślenie moje], skąd ludzie uciekają, opuszczają swoje domy, bojąc się o swoje życie, o swoją przyszłość, o swoje dzieci.”*
Ja się pod tym stwierdzeniem jestem gotów podpisać obiema rękoma. Jest jednak pewien drobny szczegół. Ja jeszcze od nikogo nie usłyszałem, jakie to moją być te rozwiązania (czytaj: działania). Bo tak szczerze powiedziawszy, pan Prezydent samym stwierdzeniem, bez podania nawet drobnej sugestii, Ameryki nie odkrywa. Rzekłbym: walili populistycznymi i nic nie znaczącymi sloganami, które mają przykryć naszą niechęć do przyjmowania uchodźców. Sam zresztą, wespół z panią Premier, niejednokrotnie podkreślał, że do takiego rozwiązania jesteśmy w stanie się włączyć... nawet finansowo. Mnie się to kojarzy ze spychotechniką. Nich ktoś wymyśli rozwiązanie, a my się do niego przyłączymy, o ile będzie po naszej myśli.

  Byłbym jednak niesprawiedliwy. We wspomnianym artykule pojawia się również problem Libii i w związku z tym sugestia pana Prezydenta: „Powinien zostać stworzony stabilny rząd, który powinien odzyskać kontrolę nad państwem, by został przywrócony spokój i żeby w efekcie także presja migracyjna na Europę się zmniejszyła, a przede wszystkim, żeby przywrócić ludziom spokój i bezpieczeństwo.” W tym miejscu ogarnęło mnie zdumienie z niedowierzaniem. Oto pan Prezydent sugeruje, wprawdzie nieśmiało, rozwiązanie problemu, w sposób, który zdaje się na własnym podwórku zwalczać z uporem godnym podziwu. W czasie, kiedy daleko nam do spokoju społecznego, i kiedy rząd zwalcza wszelkie próby nawet najdrobniejszych przejawów interwencjonizmu, nie ma najmniejszych skrupułów taki interwencjonizm sugerować wobec innych. Bo mnie narzuca się pytanie: kto i za sprawą jakich działań ma stworzyć te stabilne rządy w krajach skąd pochodzą uchodźcy, skoro o to rządzenie właśnie toczy się tam wojna? A nie ulega wątpliwości, że będzie tym rządom musiało być bliżej do reżimów, gdyż inaczej nie ma mowy o „pełnej kontroli nad państwem”.  

  I druga wątpliwość: czy na pewno zniknie problem uchodźców, gdy taki rząd powstanie? Chyba, że chodzi o uszczelnienie granic wewnętrznych, które te rządy powinny postawić sobie za pierwszoplanowe zadanie, aby w ten sposób uchronić Europę przed falą kolejnych migracji (sic!). To ma nawet sens i pewnie pieniądze się na to znajdą, nawet w Polsce. O resztę niech się martwią sami, ba! mogą się nawet wzajemnie powyrzynać, to już nie będzie nasz problem. Będziemy, co najwyżej, wyrażać głębokie ubolewanie i oburzenie. Jakiekolwiek działania przeciw wewnętrznym sporom tych państw można przecież uznać za interwencjonizm, na który nasi miłościwie nam panujący, w żadnym wypadku się nie godzą.