środa, 30 listopada 2016

Lewactwo



  Ja to mam szczęście. Ledwie napiszę jakąś notkę1, zaraz, i to zupełnie przypadkowo, coś w tym temacie rodzi się w rzeczywistości. Ledwie bowiem opublikowałem notkę na drugim blogu, mającą charakter bardziej filozoficzny niż polityczny, oto trafiłem na wywiad profesora i jego małżonki, niemal w tym samym temacie, choć już ewidentnie o zabarwieniu politycznym. Bo też profesor i jego małżonka są rodzicami wybitnej osobistości politycznej.

  Najpierw jednak klika słów wyjaśnienia. Lewactwo to pogardliwe określenie skrajnej lewicy2, szczególnie tej, której marzy się rewolucja i dyktatura proletariatu. Natomiast lewica to za Wikipedią: „Lewica – określenie pochodzące z okresu rewolucji francuskiej, używane odnośnie do ruchów żądających zmian polityczno-ustrojowych, społecznych i gospodarczych. Głównym założeniem lewicy jest dążenie do wolności, równości i sprawiedliwości społecznej.” Niestety, w naszym kraju, za lewactwo uchodzi wszystko to, co nie jest konserwatywne (czytaj: jest w opozycji do miłościwie nam panujących). Jeszcze ściślej, możesz być nawet prawicowcem, ale jeśli nie podoba Ci się Kaczyński lub Prezydent Duda i tak jesteś lewakiem. Proste jak obie części cepa.

  A teraz do sedna. Nie przywykłem wyśmiewać się z ludzi starych. Nie tego mnie w domu uczono, więc i teraz nie będę się wyśmiewał, choć nie będę stroniło od oburzenia. W „Naszym Dzienniku” ukazał się wywiad z rodzicami Prezydenta A. Dudy w związku z Intronizacją3. Polecam mój link, bo w necie tylko wstęp, reszta za opłatą, co łaska. Zaczyna się ciepło, ale gdzieś tak w połowie, ci rodzice przystępują do bezpardonowego ataku, jak przystało na prawdziwych chrześcijan. Matka: „Wróg zawsze niszczy filary Narodu.”, ojciec, profesor dodaje: „Chyba trzeba być ciemnym, za przeproszeniem, gdy ktoś tego nie rozumie. Bezczelność tych kręgów – wrogich jakimkolwiek symbolom religijnym – jest po prostu niewiarygodna.” – to odnośnie pomnika Chrystusa w Poznaniu.  W sprawach publiczno-politycznych też nie przebierają w słowach. Ojciec, profesor: „Musimy zatrzymać ten trend rugowania Chrystusa z przestrzeni publicznej. To jest nasz obowiązek jako Narodu. (...) ten Akt [intronizacji – dopisek mój] był bardzo potrzebny, żeby przypomnieć ludziom, że my mamy zobowiązania wobec Chrystusa, do tego, żeby utrzymać w sercach wiarę, że On jest Królem. Że powinniśmy dążyć, aby było królestwo Boże na świecie. (...) jeśli ktoś mi tłumaczy, że nie ma różnicy między kobietą a mężczyzną poza różnicami kulturowymi, to jest ewidentne wciskanie ciemnoty. Oczywiście cel jest jasny: depopulacja Europejczyków. (...) Pan Lukas (ideolog nowej lewicy) wymyślił, że wystarczy obrzydzić kobiecie mężczyznę, a mężczyźnie kobietę i jeszcze cały czas mówić, jakie to są problemy z dziećmi, że rodzina to przemoc, patologia.”

  Tu się na chwilę zatrzymam. Te słowa wypowiada profesor, któremu chyba z nienawiści wszystko się pomieszało. Bo ja chciałbym wiedzieć, kto mówi, że nie ma różnic biologicznych między kobietą a mężczyznom? Ba! akurat twierdzi się, że tych różnic nie ma, lub nie powinno być, zarówno na niwie społecznej jak i kulturowej. Nikt nie neguje istnienia penisa i waginy, więc kto tu komu wciska ciemnotę panie profesorze Duda? Pokaż mi pan kraj, poza Chinami i Indiami, których rządy nie stawiają na wzrost populacji swoich narodów. Usiłujesz pan otumanić nas jakąś nową spiskową teorią dziejów. Dotąd stali za nią Żydzi, dziś, wg profesora chyba islamiści, którzy chcieliby zaludnić sobą Europę? Jest jeszcze ten nieszczęsny Lukas, ideolog lewactwa. Nie do końca wiadomo o koga chodzi, ale przypuszczam, że o Györga Lukácsa, węgierskiego marksisty zmarłego w 1971 roku. Zapytam z przekorą, kogo dzisiaj jego teorie interesują, skoro komunizm został uznany przez tych wstrętnych liberałów za system zbrodniczy?

  Na koniec jeszcze jedna fraza profesora, ojca Prezydenta i postępowca: „Mamy święte prawo do tego, żeby cieszyć się, że Chrystus jest naszym Królem, to nas buduje. Dlatego powtarzam, że tym prawem powinniśmy się chwalić, nie dać się podporządkować propagandzie drugiej strony, która usiłuje zrobić z nas jakichś zacofanych ludzi. To właśnie my jesteśmy nowocześni, bo uwalniamy energię ducha przez takie akty jak Wielka Pokuta i Jubileuszowy Akt Przyjęcia Chrystusa za Króla i Pana.” Oczywiście, ma pan święte prawo się cieszyć i chwalić się tymi działaniami. Tylko, na Boga!, niech pan nie twierdzi, że na tym polega nowoczesność, bo ośmieszasz pan całą profesorską palestrę, nawet tę jej część, która jest wierząca. I proszę mnie w te postępowe, nowoczesne Akty nie mieszać, bo choć czuję się Polakiem, nie jestem w stanie z nimi się utożsamiać.

piątek, 25 listopada 2016

Cztery do ośmiu



  Ja już naprawdę nie pojmuję, co się porobiło? Zawodowi komentatorzy sportowi cieszą się z przegranej, ba! z klęski Legii, i to z rezerwami jednej z najlepszych drużyn niemieckiej ligi. A pewien portal katolicki obwieścił, że to za wstawiennictwem jakiegoś świętego Legia wypadła wyjątkowo dobrze. Ale przyznaję się bez bicia, żaden ze mnie spec od piłki nożnej, więc może ja naprawdę nie rozumiem, że to sukces.

  Problem w tym, że w życiu politycznym jest wręcz podobnie, a tu już mi się wydawało, że przynajmniej w części znam sposoby jej działania. Weźmy taki PKB. Dość to zawiły wskaźnik, nawet dla mnie, ale od zawsze mi tłumaczono, że on decyduje o tym czy wszystko idzie w dobrym kierunku. Im większy tym lepiej, choć tak naprawdę od tego w kieszeni mi pieniędzy nie przybywa. Okazuje się, że niekoniecznie, bo oto jakiś nawiedzony i znany ekonomista, na łamach portalu wPolityce.pl tłumaczy, że wbrew moim wyobrażeniom, ten malejący dziś wskaźnik i to w zastraszającym wręcz tempie, to powrót do normalności: „Polski PKB - nie tyle maleje, co normalnieje.” (sic!) Nawet bym się z nim zgodził, gdyby przyjąć, że Polska ma się najlepiej, gdy jest biednym i zacofanym krajem. Tyle, że coś tu nie gra, bo Naczelnik Państwa stwierdził autorytatywnie: „Doprowadzimy Polskę do wielkości, która nam, Polakom, się należy.” Tylko teraz nie wiem, czy ta wielkość ma polegać na zacofaniu, czy też nam się mała wielkość należy, to po prostu nasza racja stanu? Ten ekonomista, a jakże, znalazł przyczynę tego spadku PKB: „Mniej reklam i prenumerat w urzędach, ze strony instytucji publicznych dla GW, Newsweeka czy TVN-24 to też niższe szanse na większy wzrost PKB, ale w tym wypadku Polacy pewno, zgodziliby się na pełną zapaść.” (sic!) Autorem tych słów jest Janusz Szewczyk i przyznam, że mnie wprowadził w konsternację. Szkoda, że nie przeprowadził sondażu, jak to Polacy pragną, z powodu wymienionych mediów, pełnej zapaści gospodarczej. Choć to w pewnych kręgach możliwe, skoro kibiców cieszy przegrana cztery do ośmiu...

  Tu przypomina mi się diagnoza Pana Stanisława Tyma. Ten bezspornie najlepszy kandydat na nadwornego błazna, niczym Stańczyk czasów zygmuntowskich (szkoda, że rząd takiego stanowiska nie powołał), wyraził się dość trafnie o obecnych rządach i kierunku jego działań: „Choć nie ma sztormu, statek admirała od roku płynie na dryfkotwie. Hamuje po prostu.” Pozostaje nieodgadnione, kogo ma na myśli, tytułując go admirałem, ale to bez znaczenia. Te wszystkie wypowiedzi przebija minister Morawiecki mówiąc o planach związanych z kwotą wolną od podatku: „Celujemy w kwotę 6,6 tys. zł, żeby to minimum socjalne było bez podatku, ale potem, żeby kwota wolna dość szybko wracała do obecnego poziomu.” (sic!) Sorry za wyrażenie, od którego nie mogę się powstrzymać; ja pintolę! Bo nie rozumiem, po co tyle wysiłku w podwyższenie tej kwoty, skoro ma wrócić do obecnego poziomu, a przy okazji zniesie się ją w ogóle dla bogatych? Nie lepiej od razu tak bezpardonowo? Biednym wyborcom PiS wystarczy uciechy. Ba! pozostaje tylko nieodgadnioną kwestia, kogo Pan minister uzna za bogatych? Tu już należy się lekko bać...

  Aby nie było, że ja tylko na obecnie nam miłościwie panujących. PO w rozsypce po ośmiu latach rządów. Taka zbieżność: potencjalne cztery lata PiS (przy takiej koniunkturze) oraz osiem lat koalicji PO-PSL, czyli tytułowe cztery do ośmiu. Pan Schetyna mówi: „My chcemy, żeby Polska była znów liderem, żeby była najlepiej urządzonym krajem. Krajem sukcesu, który jest pokazywany jako wzór dla Europy.” Jakbym słuchał Niemca na ruinach Berlina w maju 1945 roku. A mnie się ciśnie proste pytanie do Pana Schetyny: a kto nas tak urządził, jeśli nie koalicja PO-PSL? Tak Panie Schetyna, gdyby nie nieudolność tej koalicji dziś zdanie, autorstwa Pana Sierakowskiego: „Nikt nikomu nic nie ukradł, nie zgwałcił, nie zabił, nie uciekł z miejsca wypadku. Nic specjalnego się nie stało - co nie znaczy, że nie złamano prawa.”, dotyczące prób odwołania prezydentów wielkich miast, byłoby całkowicie bezzasadne!

  Skoro jestem przy cytatach, na koniec jeszcze jedno kuriozum. Chyba wszystkim wiadomo, że jakiś gość, łotr i nikczemnik zaplanował zamach na Prezydenta. Po dobie nie postawiono mu żadnych zarzutów. Ale do łez rozbawił mnie komentarz rzecznika prokuratury: „Nie jesteśmy w stanie badaniami ustalić kwestii związanych z tym, czy woda miała jakiekolwiek właściwości związane z kultem religijnym. Natomiast świadek wskazuje, że była to woda święcona.” Z wodą święcona na Pierwszego Katolika w tym kraju (sic?!) Ten rzecznik pewnie mocno naraził się Kościołowi, bo przecież wiadomo wszem i wobec, że woda święcona ma nadzwyczajne właściwości...


środa, 23 listopada 2016

Do szcześcianu



  Rzecz mnie kompletnie nie dotyczy. Dzieci w wieku szkolnym nie mam, o wnukach nic nie wiem, nawet jeśli są. Mam troje „przyszywanych”, ale te są (na szczęście) w Anglii. Zacznę z „grubej rury”. Zostałem zaproszony przez znajomych na kawę. Nawet chętnie przyjąłem, bo choć oni zadeklarowani PiS-owcy, ostatnio jakby lekko przycichli z tym hurra optymizmem. Na moje nieszczęście tym razem była też „mamusia” dwójki urwisów: ośmio i dziewięciolatka. A ponieważ na topie protest nauczycieli, pierwsze zdanie jakie z jej ust padło dotyczyło gimnazjów. Piszę z pamięci: „Wreszcie te siedliska bandytyzmu, zgorszenia i rozpusty zlikwidują. To przecież tam ta czysta patologia się lęgnie!”

  Mnie w pierwszej chwili zatkało. Mam znajomą nauczycielkę gimnazjum i wiem, że aż tak źle nie jest. Owszem zdarzają się wybryki gimnazjalistów, nawet częściej niż na innym etapie nauczania, ale które bardziej wynikają z ich temperamentu i braku wychowania w środowiskach rodzinnych – nierzadko patologicznych. Nauczyciel ma w zasadzie związane ręce, bo mu właściwie niczego nie wolno, a już karać w żadnym wypadku. Ale nie o tym. Zapytałem młodą „mamusię” czy jest pewna tego, co mówi, szczególnie w kwestii tak długo oczekiwanej likwidacji gimnazjów. Ochoczo przytaknęła i widać było, że żadna dyskusja ją nie przekona. Zapytałem więc spokojnie, gdzie teraz ta zdemoralizowana banda nieuków z byłych gimnazjów się znajdzie? Czy aby nie wśród dzieci w okresie komunijnym, sorry, podstawowym, a wiadomo, że na młodszych i słabszych jeszcze łatwiej się wyżyć. Bo przecież sama likwidacja gimnazjum tej patologii nie usunie, a obowiązek nauczania jest. Tym samym, jej ukochane, grzeczne, choć rozrabiające dzieci zetkną się od samego początku z brutalnością szkolnej rzeczywistości. I ja po raz pierwszy zobaczyłem w jej oczach prawdziwe przerażenie...

  Do napisania skłoniły mnie trzy artykuły wPolityce.pl na temat reformy edukacji, wszystkie trzy będące w kontrze do ostatniego protestu nauczycieli. Rozpocznę od najłagodniejszego, będącego relacją programu „Jeden na jeden”1, w którym wzięła udział szefowa Gabinetu Politycznego Rządu, pani Elżbieta Witek. Tu nie mogło być inaczej jak tylko powtórzenie słów minister Zalewskiej. Reforma jest świetnie przygotowana i ma służyć rozwojowi zdolności naszych uczniów. Rodzi się jednak pytanie, czy do tego było potrzebne rozwalanie całego systemu szkolnictwa, może wystarczyłoby przygotować zmiany programowe? A teraz te zmiany są przygotowane „na gwałt” wymuszone jakąś iluzoryczną datą 30 listopada. A podobno, co nagle to po diable. Bardziej kuriozalne wydaje się być stwierdzenie, że nauczyciele nie mają podstaw obawiać się zwolnień, bo te, jeśli będą to tylko w związku z niżem demograficznym (sic!) Innymi słowy, kopia retoryki pani premier B. Szydło. Zwolnień nie będzie choć będą, ale to nie z naszej winy. I jeszcze jedno fantastyczne zdanie. Jako związkowiec, pani Witek nigdy by sobie nie pozwoliła na taki protest! Przypomnę. W czasach PRL-u też były związki i też żaden związkowiec (partyjny) na jakikolwiek protest by się nie odważył. W końcu te związki zawodowe popierały w pełni program partii i narodu.

  Ostrzej i dosadniej wypowiada się Janusz Wojciechowski2, były już Prezes Stronnictwa Ludowego, obecnie eurodeputowany, od 2010 roku członek PiS.  Pozwolę sobie na cytat raportu NIK, którym posługuje się ów eurodeputowany: „ (...) Dzieci i młodzież wciąż narażone są na zjawiska patologiczne w szkołach. Nasilają się „tradycyjne” formy przemocy słownej i fizycznej, a dodatkowo rozwijają się nowe, w cyberprzestrzeni. Szkoły od lat nie radzą sobie z problemem: nie diagnozują sytuacji, a nauczyciele nie zawsze potrafią rozpoznawać zagrożenia. Szkoły nie otrzymują też odpowiedniego wsparcia od władz samorządowych ani rządu. Rządowy program „Bezpieczna i przyjazna szkoła” zakończył się niepowodzeniem. NIK zwraca uwagę, że warunkiem wdrożenia skutecznych działań zapobiegawczych jest rozpoznanie realnych problemów. Według danych z dokumentacji szkół skontrolowanych przez NIK…najwięcej zachowań patologicznych występuje w gimnazjach (...)” To samo, co piszę we wstępie, choć jak dla mnie diagnoza jest niepełna. Bo to nie w szkołach, a w gimnazjach w szczególności, propaguje się patologiczne zachowania. One tam mają miejsce, bo to jest zbiorowisko młodzieży, a nauczycielom odebrano de facto wszystkie możliwe argumenty, mogące tym zjawiskom przeciwdziałać. Te patologie rodzą się w rodzinach, bezpośrednio odpowiedzialnych za wychowywanie dzieci. Kto tego nie rozumie, to kiep, panie Wojciechowski. Likwidacja gimnazjum nie usunie przyczyn tych negatywnych zjawisk. Skoro uczeń pisze pożegnalny list do kolegów lub koleżanek ze szkoły przed samobójstwem, to znaczy, że prędzej tam znajdzie zrozumienie niż we własnym, rodzinnym domu. Pan Wojciechowski nie rozumie, ba! nie chce zrozumieć jakie są przyczyny samobójstw i jak hiena rzuca je jako argumenty przeciw gimnazjom. Jeśli uczeń czuje się wykluczony w klasie, to znaczy, że tego jest jakiś powód. Najczęściej jest nim bieda i niemożność dorównania „lepszym”. Oczywiście, może być i tak, że ci gorsi terroryzują resztę, tylko niech mi ktoś podpowie, co w tym przypadku może zrobić nauczyciel, niejednokrotnie sam terroryzowany? Wezwanie rodziców to fikcja, która niczego nie zmienia. Wezwanie policji skutkuje tylko w bardzo drastycznych przypadkach i pod warunkiem, że ta uzna przypadek za godny interwencji. Najczęściej, po przesłuchaniu delikwenta, ten i tak wraca do tej samej klasy, mszcząc się za upokorzenie.

  Wreszcie trzeci artykuł3 autorstwa Zespołu wPolityce.pl. Rzecz dotyczy listu wiceprezydenta Warszawy, skierowany do nauczycieli, z którym tenże bliżej niesprecyzowany Zespół kompletnie się nie zgadza. Zainteresowanych odsyłam do lektury, bo materiał jest zbyt obszerny. Ów wiceprezydent, w mojej opinii, dokładnie punktuje bolączki szkół i jednocześnie proponuje zupełnie inne rozwiązania tych problemów, inne niż rządzących. Z tego artykułu wynika dość jasno, że nowatorzy i propagatorzy zmian są kompletnie głusi na rzeczowe argumenty zainteresowanych i obeznanych w temacie, bo tylko nauczyciele mogą wiedzieć jak jest i jak naprawić. Tyle, że ich się nie słucha, bo oni nie za miłościwie nam panującymi, którzy w myśl niezrozumiałych idei chcą przewrócić ten nasz świat do góry nogami. Ten artykuł świadczy też o tym, jak bardzo obecne media, mieniące się „niezależnymi”, są właśnie od rządzących zależne, w mojej ocenie, zdecydowanie bardziej niż „Wyborcza”, „Newsweek”, „Więzi” razem wzięte i podniesione do sześcianu.



poniedziałek, 21 listopada 2016

Powolutku, powolutku, byle do celu



  Jeszcze przed wygranymi wyborami przez PiS pisałem na pewnym, nieistniejącym już portalu o możliwym zagrożeniu swobód obywatelskich, wśród nich wolności do posiadania własnych przekonań. Okrzyknięto mnie chorym psychicznie, co dziś wydaje mi się zbawienną możliwością ucieczki przed odpowiedzialnością za to, że ośmielam się krytykować autorytaryzm zarówno państwowy jak i ideologiczny. Udam wariata, a za dowód będę miał wszystkie komentarze (mam ich zbiór), które mnie za takowego uznają. A wariaci za swoje czyny nie odpowiadają tak jak niejaki Kajetan P.

  Że moje przepowiednie mają tendencje się sprawdzać, wynika z dwóch faktów, o których za chwilę. Przedtem poproszę o podobne opinie, komentarze, bo i tym razem będę pisał contra rządzącym. Pierwszy aspekt dotyczy ustawy o Wojskowej Obronie Terytorialnej, z której jasno wynika, a czego nigdy wcześniej nie artykułowano, że owe oddziały WOT mogą być wykorzystane przeciw Polakom, nawiasem mówiąc, nawet i tym, z których podatków będą utrzymywane. PiS w kuriozalny sposób odrzucił poprawkę, mającą ten dość kontrowersyjny punkt ustawy usunąć. Choć minister Macierewicz cały czas zapewniał, że te paramilitarne formacje mają nas chronić przed zielonymi ludzikami, okazuje się, że będą czymś na wzór ZOMO. Przeciw komu? Oczywistym jest, że nie przeciw zwolennikom idei Naczelnika Państwa, a przeciw jego przeciwnikom. Kiedy pisałem już o fakcie, jak to jeden z posłów PiS chciałby użyć tych jednostek przeciw RAŚ (wytykano mi błędy tej organizacji, z czym akurat się zgadzam), a pomysł uznano za zwykłe straszenie. Wprawdzie jak zapewniają prominenci, demokracja ma się w tym kraju dobrze, bo nikt nie zabrania tworzeniu demonstracji antyrządowych, ale tu akurat jestem spokojny. Rząd jeszcze nie ma ustawowych narzędzi do użycia w ten sposób tych sił, ale to tylko wydaje się kwestią czasu, wystarczy przyjrzeć się jak ludzie zareagują na takowe pomysły. Będzie pozytywny oddźwięk, ustawy się wprowadzi. Już znalazł się kolejny powód użycia WOT wobec rodaków (choć nie do końca, bo chodzi o innowierców i niewierców).

  I oto jak na zawołanie mamy pierwszy taki pomysł, na razie, i na wszelki wypadek firmowany przez szeregową posłanką PiS Beatą Mateusiak-Pielucha. Tu wtręt, tak
a propos. Nie chcę obrażać wszystkich Beat w tym kraju, ale to imię coraz gorzej mi się kojarzy. Szydło, Kempa, Gosiewska a teraz Mateusiak-Pielucha – wszystkie Beaty (dziwnie kojarzy mi się z „bandą czworga”). Otóż ta ostatnia zaproponowała aby poddać obcokrajowców testom, w których musieliby zadeklarować swoje poglądy, przekonania i stosunek do wartości, aby nie było, chrześcijańskich. Pal licho tych obcokrajowców, w końcu to obcy i na dobrą sprawę nie ma się nimi co przejmować. Najwyżej przestaną przyjeżdżać, co pewnie uszczęśliwi narodowców. A szczęśliwy narodowiec, to dobry narodowiec. Na razie są nieszczęśliwi, bo zbyt dużo tego obcego tałatajstwa się po naszym kraju szwenda (nie wyłączając kolorowych studentów) i psuje nam powietrze.  A jak tu jeździć w tramwaju czy autobusie w zepsutym powietrzu. Na bezdechu się nie da. Problem zaczyna się w momencie, gdy ta Beata Mateusiak-Pielucha wygarnęła w stronę rodowitych Polaków, choć wierzących inaczej i tych, co ośmielają się nie wierzyć. Oni wszyscy powinni podpisać deklarację, że będą przestrzegać Konstytucję i wyznawać wartości uznawane przez rządzących za najważniejsze. Niespełnianie tych wymogów miałoby być „jednoznacznym powodem do deportacji”. I tu jest pewien haczyk, z którego mało kto zdaje sobie sprawę. Na dziś w tejże Konstytucji jest zapis o wolności wyznania i bezwyznaniowości. Pewnie pani Beata Mateusiak-Pielucha dobrze go zna, więc należy wnioskować, że ten zapis szybko zniknie z tejże. Inaczej jej groźby byłyby czcze, a przecież posłowie i posłanki PiS słów na wiatr nie rzucają. W ostatniej notce pisałem o powrocie komuny.  W kontekście pomysłu Beaty przypominają mi się lata po wydarzeniach marcowych 1968 roku, kiedy to deportowano tysiące „niepewnego elementu”, a niektórzy żałują do dziś, że nie cały. Więc znów użyję słów: nihil novi, czysta komuna.

  Wiem, wiem, posłanka złożyła dementi, bo jak zwykle wcale nie powiedziała tego, co powiedziała, a szkoda, nawet gdybym miał być deportowany w pierwszej kolejności. Warto by zobaczyć ten cyrk. Ale spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze. Znalazłem fajny wierszyk na fb i nie mogę sobie odmówić jego przytoczenia:
                                     Deportuj mnie!
                                     Nie wahaj się ani chwili,
                                     Gdzieś z dala od debili.
                                     Do krajów najlepiej ciepłych,
                                     Bez procedur rozwlekłych.
                                     Choćby i w samych gaciach,
                                     Przysięgam, nie będę wracał.
                                     Gdzieś do Ateistanu,
                                     Gdzieś z dala od chamów.
                                     Deportuj mnie...

PS. Długo, jak na mnie, milczałem, ale obiecuję się poprawić.