piątek, 31 marca 2017

Niepłodna staruszka



  Coraz częściej w retoryce o Europie pojawia się pojęcie jej upadku, jak to już w 2014 określił papież Franciszek: „Europa jest bezpłodną staruszką”. Pojęcie niefortunne, mało precyzyjne i nie do końca jest jasnym, co papież miał na myśli. Jak sugeruje Piotr Nowina-Konopka w swoim felietonie1, bardziej tu chodzi o utratę witalności, niż wskazywanie na wiek Wspólnoty Europejskiej (od 1951).

  Jednak ta witalność, szczególnie w odniesieniu do kryzysów, ma zazwyczaj zmienny charakter i czasami dotyczy nawet młodych istot, więc tę Wspólnotę Europejską, której, nie wiadomo czy już w finalnym kształcie nadała forma Unii, nie trzeba wcale traktować jako staruszką, biorąc pod uwagę fakt istnienie przez wieki innych unii politycznych. Mimo to, szczególnie w naszym kraju, szerzy się pogląd o śmierci tego chrakteru Europy, o czym ma świadczyć Brexit, szczególnie niska rozrodczość kobiet (Europejek)  oraz utrata chrześcijańskich wartości. Jak to dobitnie określił abp. Jędraszewski: „Dochodzi zatem do nieuniknionego rozluźnienia więzi społecznych. Dotyczy to także takich najbardziej fundamentalnych dla każdej społeczności struktur, jak małżeństwo i rodzina. Sprzyja temu również powszechnie narzucana i szeroko realizowana w różnych projektach edukacyjnych ideologia gender, kwestionująca biologiczny fundament tożsamości kobiety i mężczyzny oraz wszystkich ról, wynikających i związanych z różnicą płci2. Mocne, choć jak dla mnie, po pierwsze przesadzone, po drugie nieprawdziwe. Przesada w diagnozie, że coś jest powszechnie narzucane i szeroko realizowane. Nieprawdą jest kwestionowanie biologicznego fundamentu kobiety i mężczyzny, bo mowa jest o innym spojrzeniu na płeć – kulturowym, który w żadnym razie nie neguje biologicznego.

  Takie poglądy szerzą ci, którzy dostrzegają upadek chrześcijaństwa (jeszcze nie ostateczny) i strasznie nad tym ubolewają. I zamiast szukać przyczyn tego upadku we własnym „gnieździe” spychają odpowiedzialność na „innych”. Wyraźnie to widać w kryzysie, jaki targa chrześcijaństwo, szczególnie mocno zarysowany od czasu gdy na „tron piotrowy” wstąpił papież Franciszek. Konserwatyści tracą grunt pod nogami w zetknięciu z próbą nadania religii bardziej „ludzkiej” twarzy, szczególnie wtedy, gdy mowa jest o krytycznym spojrzeniu na siebie samych. Coraz bardziej przypominają mi faryzeuszy z czasów Jezusa. A co mają do zaoferowania? „(...) nie ma bardziej szlachetnego i szczytnego zadania, jak właśnie to: doprowadzić go [młodego człowieka – dopisek mój] do Chrystusa; sprawić, aby jego oczy, znajdujące się dotąd niejako na uwięzi, dostrzegły zupełnie nowe perspektywy codzienności i wieczności; otworzyć mu drogę do autentycznej radości i szczęścia3. Aż się prosi zapytać: a jakie to są te nowe perspektywy codzienności, bo ja widzę tylko powrót do starych? Czym mają być owe autentyczne radości i szczęście? Mogę się mylić, ale czy oddawanie się w pełni sacrum jest czymś naprawdę nowym? Czy owa „autentyczna” radość to ta, która podobno czeka nas w zaświatach? Czy szczęściem ma być czekanie w pozie pokory i oddania na przekroczenie progu życia i śmierci?

  Świat, ten tu i teraz, daje znacznie więcej, nawet jeśli w konsekwencji w tym życiu dochodzi również i do negatywnych zjawisk. Chrześcijaństwo też nie jest od nich wolne, rzekłbym: ma nawet większy balast negatywów, których konserwatyści nie widzą, ba! nie chcą widzieć. Do nich zaliczyłbym zepsucie moralne części kleru, szerzenie nienawiści międzyreligijnej i kulturowej, czy wreszcie propagowanie zabobonów. Czy narzucanie takich idei może stanowić przeszkodę w sekularyzacji? Nie, nie wieszczę upadku religii w ogóle, jedynie ich degradację. Paradoks polega na tym, że w coraz bardziej zróżnicowanym świecie pod względem etnicznym, idee konserwatywno-narodowo-chrześcijańskie tracą rację bytu. Nasz kraj jeszcze temu zróżnicowaniu tak bardzo nie uległ, stąd i obrona konserwatywnych wartości, ale nie łudźmy się, tym tendencjom zróżnicowania nie sposób się oprzeć. Nawet jeśli będziemy się bardzo starać, staniemy się, co najwyżej, skansenem na miarę Białorusi, choć to skansen bardziej polityczny. Już teraz widać jak Polska, pod obecnymi rządami, bardzo się różni od reszty Europy, bo już żaden kraj nie traktuje tak poważnie chrześcijańskiego konserwatyzmu jak my. Możemy sobie wmawiać, że nasze tradycyjne wartości  są lepsze od tych nowoeuropejskich, ale w ten sposób konserwatyści przekonują tylko samych siebie. Możemy sobie wmawiać, że tam szerzy się cywilizacja śmierci i marazm ideologiczny, ale to będzie też tylko przekonywanie sobie, gdyż nikogo innego nie przekonają. Zachodnia Europa w zdecydowanej większości, nawet jeśli pojawiają się sporadyczne tendencje wsteczne, nie wróci do stricte konserwatywno-chrześcijańskich korzeni. Nawet Brexit nie jest tego przykładem, bo odejście W. Brytanii z Unii ma zupełnie inne podłoże.

  Można się kłócić o kształt przyszłej Europy, bo bezkrytyczne poddanie się obecnym trendom też może okazać się drogą do nikąd, ale wbrew tytułowi tego eseju, Europa nie jest bezpłodną staruszką, stać ją na rodzenie się nowych idei i nurtów, problem w tym, że to nie mogą skostniałe, obumierające trendy konserwatywnego chrześcijaństwa. Kobieta zawsze rodzi nowe życie, nie zramolałych staruszków.



czwartek, 30 marca 2017

A mógł zabić...



  Mimo, że to dowcip z brodą przypomnę:
- Wujku Stalinie, daj cukierka - prosi małe dziecko.
- Won s...u! - warknął Stalin
Komentarz: A mógł zabić...
To w kontekście zdarzenia w kościele w Łodzi, podczas rekolekcji, kiedy to kapłan uderzył nastolatka w twarz, które to zdarzenie opisał portal „TVN24”1. Nerwy mu puściły (sic!)

  Moje dzieciństwo i młodość przypadały na czasy gdy ten „środek wychowawczy” nie budził żadnych kontrowersji. Cóż, nie należałem do grzecznych, siłą rzeczy obrywało mi się niejednokrotnie. Wolałem jak biła matka, a robiła to często, nie miała takiej siły w rękach jak ojciec. Ten bił rzadziej, ale gdy walnął na odlew otwartą dłonią, do ściany można się było przykleić. Biła też nauczycielka (klasy 1 – 3), osoba jeszcze bardziej wątła niż moja matka, ale cwańsza, siłę rażenia wspomagała długą linijką i aby śladów nie pozostawić, ciosy były zadawane na wewnętrzną stronę dłoni. Gdy teraz czasami schodzi rozmowa na ten temat, często spotykam się z opinią, że w tym nie było nic złego, bo wyrosłem na porządnego człowieka. Niby racja, tyle, że ja do dziś tych razów zapomnieć nie mogę. Mam też wrażenie, że ta moja porządność, nie mająca nic wspólnego z pożądliwością, bardziej wynikała z edukacji niż z takich metod wychowawczych.

  Dziś, mimo prawnego zakazu stosowania kar cielesnych, te metody raczej mają się dobrze, choć w „zaciszu domowym”. Nie brak wszak medialnych relacji o maltretowaniu nawet noworodków. Silnym i mocarnym nie sprawia różnicy, że de facto maluch jest bezbronny, ba! mogą się czuć bezkarni, bo taki na pewno nie odda. Ci mocarze obojga płci pewnie sami mają podobne doświadczenia i odkuwają się za swoje cierpienia. I tu nasuwa mi się kilka przykrych refleksji. Ów ksiądz tłumaczy zdarzenie w ten sposób: „Przez piętnaście minut próbowałem wprowadzić minimum dyscypliny, prosząc o ciszę. Nauczyciele ograniczali swoje zaangażowanie w opiekę nad młodzieżą do milczącej obecności2. Zastanawiam się, o co ma pretensje do nauczycieli? Jest jednym z tych, którzy przyczynili się do pomniejszenia roli nauczyciela w wychowaniu przez to, że nie pozwalają się wtrącać w to, jak sami nauczają religii. Mam tu na myśli fakt, że część tych lekcji służy odrabianiu zadań z innych przedmiotów na zasadzie „róbta co chceta” albo jest tak rygorystyczna, że powoduje poważne zaburzenia osobowości niektórych uczniów. Znam z autopsji takie zdarzenia. W tym przypadku można śmiało wnioskować, że ów krnąbrny uczeń gimnazjalista wyniósł takie zachowanie właśnie z lekcji religii. Innymi słowy przyganiał kocioł garnkowi.

  Druga refleksja dotyczy samego sensu owych rekolekcji, tu mam na myśli zbiorowe przeganianie uczniów ze szkoły w czasie, gdy powinny się odbywać normalne lekcje, do kościoła. To poroniony pomysł. Ja chodziłem na rekolekcje popołudniami, bez opieki nauczycieli i nikt na tym nie cierpiał, i wszyscy zachowywali się jak należało. A teraz mamy totalne pomieszanie z poplątaniem, bo przecież nie wszyscy muszą na te rekolekcje chodzić, choć takich jest mniejszość. Tu kłania się też sens samych lekcji religii w szkole, ale jeśli nawet są, to dlaczego zmieniono zasadę pierwszych lub ostatnich lekcji? Ta złamana zasada jest tłumaczona małą frekwencją, co z kolei narzuca przekonanie, że lekcje religii to przymusowa, nie zawsze chciana indoktrynacja ideologiczna. Forma rekolekcji też. I jak szydło z worka (bez dwuznaczności) wychodzi na jaw brak przygotowania pedagogicznego księży katechetów, co jak się okazuje, czasami miewa kapitalne znaczenie i to dla samego katechety.

  Ale najbardziej zbulwersował mnie pewien wpis3 na portalu Solon24 opisujący to zdarzenie. Niejaki Wojtek stwierdza, że: „Jesteśmy społeczeństwem chrześcijański, między innymi pielęgnujemy wiarę naszych ojców. Jest to również poszanowanie i oddanie czci wartościom najwyższym. Szacunek oddajemy także w miejscach kultu. Jeżeli są prowadzone uroczystości w miejscu kultu - to tam obowiązuje jakaś forma zachowania. (...) uczeń - który przybył w ramach rekolekcji dla uczniów, zachowywał się w sposób niegodny takiego miejsca. (...) Myślę, że jego reakcja [księdza – dopisek mój] była właściwa co do skuteczności działania4 (sic!) To ma usprawiedliwić wymierzenie policzka w obecności wielu świadków (250 innych uczniów)?! Już samo podejście w ten sposób do tego wydarzenia każe mi odnieść się krytycznie... do samego chrześcijaństwa. Co to za religia, która za brak skupienia wymierza policzek? Gdzieś mi się kołacze biblijny tekst o nadstawiania drugiego, i nie mam tu na myśli policzka owego gimnazjalisty.

  Wiem, ksiądz przeprosił, rodzice przeprosiny przyjęli, choć policji fakt spoliczkowania zgłosili. Niby ok, ale gdzie tu ów gimnazjalista? Fakt, zachował się niegodnie, problem w tym, że nie on jeden, miał tylko to nieszczęście być najbliżej, pierwszym z brzegu. Bo ten policzek był tak naprawdę wymierzony we wszystkich uczestników rekolekcji. Aż mnie korci zapytać: jaka jest tematyka tych rekolekcji i czy na pewno to obrazowe rozważania na temat męki pańskiej?

Przypisy:
1 - http://www.tvn24.pl/lodz,69/ksiadz-uderzyl-gimnazjaliste-bo-nie-mogl-opanowac-grupy,727271.html
2 - cytat ze wskazanego powyżej artykułu;
3 - http://dobrezycie.salon24.pl/767176,granica-tolerancji
4 - cytat ze wskazanego powyżej artykułu;

wtorek, 28 marca 2017

Dewocyjny idiotyzm



  Tym razem tytuł nie mój, ale za to pięknie oddaje to, czym chcę się zająć w tej notce. Dewocja ma dwa znaczenia. Pierwszy znaczy tyle, co poświęcenie, ofiarowanie. Drugie już ma charakter zdecydowanie negatywny, przynajmniej w ogólnie przyjętym znaczeniu – przesadna pobożność, gorliwość w zachowaniach religijnych.

  Mój sławetny kolega Jasiu zwykł mawiać: „Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu” i ja już tę opinię w pełni podzielam. Ledwie niedawno mieliśmy sławną Intronizację Jezusa na króla Polski, co stawia nas ponad światem, bo Jezus już wcześniej był uznawany za jego niekwestionowanego władcę, a oto nasz Sejm zajmuje się uchwałą o rocznicy objawień fatimskich, co właśnie już zakrawa na tytułowy dewocyjny idiotyzm. Po pierwsze dlatego, że Sejm powinien zajmować się profanum, gdyż od sacrum jest Kościół. Po drugie, ten nasz kraj ma setki innych ważniejszych problemów, których rozwiązać nie potrafimy. Ja już pominę swoją osobistą i negatywną opinię o tych fatimskich objawieniach, ale zajmowanie się takimi sprawami przez świeckich, którzy w polityce powinni zapomnieć o swoich przekonaniach religijnych, zakrawa na pomieszanie z poplątaniem. O ile kiedyś zadawałem sobie pytanie czy grozi nam katoliban, o tyle teraz próbuję już tylko przewidzieć, jak daleko się w tym posuną? Bo to, że jesteśmy krajem wręcz religijnego terroru i dewocyjnego idiotyzmu, nie ulega żadnej wątpliwości. Poza wspomnianymi wydarzeniami coraz głośniej o klauzuli sumienia, o moralności katolickiej, do której nas się wręcz przymusza (in vitro, antykoncepcja, aborcja, niedziele bez handlu, pierwszeństwo procesji nad manifestacją), coraz częściej politycy stają się zależni od Kościoła (co czasami przypomina szantaż), i równie często mamy do czynienia z religijną obrzędowością, z religijną poprawnością w kulturze i sztuce, już oficjalnie z katolicką edukacją, to jeszcze są zamiary zmiany godła, któremu podobno brakuje krzyża, a kolor flagi jest jakby za mało purpurowy.

  Ostatnio szum zrobił Newsweek o religijne życie państwa Dudów, co mnie osobiście, ani ziębi ani parzy, ba! dla mnie to, delikatnie mówiąc – „niesmaczne”. A jednak sam prezydent dziś podkreśla, w odpowiedzi na ten artykuł, że to są dla niego najważniejsze i nadrzędne wartości. A mnie się wydawało, że mówił przed ponad rokiem o takiej wartości – jak dobro Polaków. Wszystkich Polaków. Czyżby to „dobro” polegało na pozycji klęczącej i drodze krzyżowej, nawet we własnym mieszkaniu? Nie może być inaczej skoro o tym, kto poniesie krzyż decyduje według własnego widzimisię ksiądz, zabraniając tego komuś, kto reprezentuje radę miasta, tylko dlatego, że się z polityką tego gremium nie zgadza. Jak to jest, że ministerstwo rozwoju, w zamiarze ekonomicznego, bo połączonego z ministerstwem finansów, zajmuje się rozwojem, tu proszę o uwagę: „wprowadzenia w życie Katolickiej Nauki Społecznej Kościoła” (Beata Szydło), na drugim miejscu rozwojem i „wieloletnim wspieraniem idei Krucjaty Wyzwolenia Człowieka” (o. T. Rydzyk) oraz za „niezłomną obronę życia nienarodzonego” (prof. Chazan).

  Nie tak dawno popełniłem esej, w którym wyrażam szacunek do religii. I to się nie zmienia, choć już inaczej odnoszę się do dewotyzmu, a ten niestety pokazuje coraz śmielej swoje prawdziwie obleśne oblicze, czyniąc największe spustoszenie  wśród – samych wiernych. Im głośniej mówi się o zachodniej „cywilizacji śmierci” tym we mnie większe przekonanie, że taką cywilizację propaguje Kościół. Sławetne memento mori staje się ideą przewodnią, bo każe nam się wyrzec dążeń do poprawy bytu na rzecz rozmyślań o śmierci i jej strasznych skutków, gdy sacrum odsuniemy na plan drugi a nawet dalszy. Czyż może być inaczej, gdy za chwilę zdominują nas drogi krzyżowe, a kolejnym miesięcznicom, które urastają do najważniejszego wydarzenia w tym kraju, nie będzie końca? Gdy wykopuje się z grobu szczątki zmarłych by udowodnić jakąś idée fixe. Śmierć stawiana na piedestale. Śmiercią straszy się nas jeśli zgodzimy się na przyjęcie wartości wspólnej Europy, choć w tej zjednoczonej Europie, i dzięki niej, od najdłuższego czasu w jej historii, nie było wojny.

  Nie potrafię zrozumieć czym Polacy zgrzeszyli, że po niewoli rozbiorów, po Armagedonie II wojny światowej, po półwiecznej tyranii komunizmu, dziś zasłużyliśmy na dyktaturę dewotów? I jak zwykle, jest gorzej, bo tym dewotom marzy się też taka Europa, a te marzenia opierają na chorych wizjach św. Łucji (tej od Fatimy).

niedziela, 26 marca 2017

Krucjata pilnie polecana



  Zamiast wstępu żarcik na początek. Na Twiterze Marek Migalski pisze: „Tak, moi drodzy, 200 gwałtów Polaków na Polkach. Dziennie. A wy wciąż w strachu przed Arabami? Schizma”. Odpowiada Agnieszka Kubiak: „Może dla pana nie ma różnicy, kto pana gwałci. Ja wolę być zgwałcona [podkreślenie moje] przez Polaka, niż przez jakiegoś Murzyna, albo bandę Arabów”. W tym miejscu nie wiem czy się śmiać czy płakać i przypomina mi się sarkastyczne stwierdzenie: „z lekarzem na zdrowie, z księdzem bez grzechu” i jeden komentarz pod odpowiedzią pani Kubiak: „Droga pani Agnieszko – życzę spełnienia pani woli”. Jakąż trzeba być dewiantką, aby chcieć być w ogóle zgwałconą?

  Tak więc mamy niezły orzech do zgryzienia z tymi Arabami, ściślej z islamistami, którzy mało, że gwałcą, to jeszcze zaludniają nam Europę wypierając to nasze chrześcijaństwo, w dodatku z korzeniami w sensie tradycji, w tym również... gwałty tradycyjnie europejskie. Tak nie może być! Na szczęście nasz ukochany rząd stara się nas przed islamskimi gwałtami chronić, póki co, skutecznie i z determinacją. To, że nie chroni przed gwałtami Polaków na Polkach, jest sprawą drugorzędną, bo problem okazuje się mniejszej wagi, co próbowała udowodnić niejaka Rebecca Kisseling, propagując rodzenie dzieci z gwałtu. Bo przecież z tych gwałtów będą się rodzić rdzenni Europejczycy, a w Polsce zaś przede wszystkim katolicy.

  Niemniej to tylko połowiczne rozwiązanie, o czym przekonuje niejaki Michał Wałach na portalu pch24.pl, przypominam, to portal stricte katolicki. W swoim artykule1, zatytułowanym „Deus vult”2 próbuje przekonać współwiernych, że konieczne są bardziej radykalne rozwiązania. Jakie? Ano autor przypomina nam czasy kiedy to odpór inwazji muzułmańskiej dawali papieże i za przykład daje nam Piusa V – świętego, ściślej zwycięstwo pod Lepanto (1571) nad siłami sułtana Selima. Tu warto przypomnieć, że prekursorem wypraw krzyżowych (krucjat) był, też papież, Urban II. Pozwolę sobie na cytat gloryfikujący owe krucjaty: „(...) głęboko religijni władcy, teolodzy i mnisi o światłych umysłach oraz pobożni papieże – wiedzieli, że z islamem należy walczyć, a nie pertraktować. (...) Hasło i Deus vult odsunęło w XI wieku od greckich chrześcijan groźbę rychłej klęski. Pod tym zawołaniem i pod sztandarem krzyża gromadzili się przez wieki mężni obrońcy Europy, niezależnie, czy zagrożenie płynęło ze strony Saracenów, Seldżuków, czy Osmanów. Ideał krucjatowy przyświecał rycerzom spod Poitiers, Manzikertu, Hittin, Warny czy Wiednia. Trwał przez wieki i zapewniał Zachodowi bezpieczeństwo3. Jeśli do tego dodać stwierdzenie: „Dzisiejsza, wroga chrześcijaństwu Europa, potrafi odpowiadać na islamskie uderzenia jedynie żenującymi marszami i pustymi deklaracjami. Ducha rycerskości brakuje [podkreślenie moje] jednak nie tylko lewicowym intelektualistom kawiarnianym. W absurdalnym zaklinaniu rzeczywistości biorą udział również politycy określający się mianem chrześcijańskich”, widać wyraźnie, że autor tych słów tęskni za rycerskimi cnotami i czynami.

  Moje, czasami chore skojarzenia, przywodzą mi na myśl pytanie: skąd wziąć dziś takich rycerzy, gotowych umierać za wiarę i w jej obronie? Wojska NATO jakoś nie za bardzo się kwapią, a sporadyczne działania Amerykanów wraz z sojusznikami są, nie bójmy się słów, działaniami pozorowanymi. Islam jako religia ma się wciąż dobrze. I znalazłem rozwiązanie! Przecież po coś minister Macierewicz utworzył te Wojska Obrony Terytorialnej. Kwiat ochotniczego, współczesnego rycerstwa polskiego, w dodatku mocno przepojony wiarą chrześcijańską, jak za dobrych czasów średniowiecza. Rycerze zafascynowani bronią, nie mający okazji jej wykorzystać, rządni chwały i bohaterskich czynów. Oddalibyśmy Europie wielką przysługę, dalibyśmy jej przykład powrotu do chrześcijańskich korzeni, o którym marzą nasi dzisiejsi włodarze.

Przypisy:
1 - http://www.m.pch24.pl/deus-vult-albo-smierc-europy,50377,i.html
2 - Deus vult – Bóg tak chce
3 – wszystkie cytaty pochodzą ze wskazanego artykułu.


czwartek, 23 marca 2017

Ludobójstwo plemników



  Ledwie minęły spory o panią Rebeccę Kiesling, a temat całkowitego zakazu aborcji odżywa na nowo. Oczywiście za sprawą tych samych organizacji: pro-live czy Fundacji Pro – prawo do życia. Nie można mieć żadnych złudzeń, oni nigdy nie odpuszczą. Zabawne jest w tym to, że te środowiska gremialnie wsparły PiS w wyborach, a teraz oskarżają tę samą partię o kontynuowanie ludobójstwa na nienarodzonych.

  By nie być gołosłownym pozwolę sobie jak zwykle na cytat: „Od objęcia rządów przez PiS minęło prawie 500 dni. Każdego dnia aborterzy w państwowych szpitalach zabijają troje dzieci. Bilans rządów PiS w tym obszarze to 1500 ofiar. To straszna statystyka. Odpowiedzialność za szpitalne zabójstwa spada na polityków, którzy utrzymują mordercze prawo, choć mieli dobrą okazję aby je zmienić. Odrzucili życie, wybrali śmierć”1. Oskarżenie jest nader poważne, bo odbędzie się w tym temacie specjalna konferencja, i tym bardziej, że głównym winowajcą, osobiście odpowiedzialnym za tę zbrodnię, został mianowany sam minister zdrowia – Konstanty Radziwiłł. Wreszcie mamy w tym kraju kogoś na miarę Adolfa Eichmanna. Przyznam, że w najczarniejszych snach takiej sytuacji i takiej argumentacji bym nie przewidział. Tu przypomina mi się pewien felieton, w którym Sylwia Kubryńska udowadnia, że dla tego pana (Radziwiłła) sperma jest ważniejsza niż zgwałcona kobieta, co wyraził w odpowiedzi na pytanie, „czy jako lekarz przepisałby kobiecie zgwałconej antykoncepcję awaryjną (ellaOne), odpowiada, że nie. W wyborze między życiem zapłakanej dziewczyny a karierą plemnika on nie ma wątpliwości. Powołuje się na sumienie i... wybiera plemnik”2.

  I w tym miejscu moja skłonność do ironii jest wręcz nie do powstrzymania. Oto znalazłem na portalu Polityka.pl intrygującą wiadomość3. Niejaka Jessica Farrar (swoją drogą aż dziw, że ten kraj, Stany Zjednoczone, produkuje tylu oszołomów) wystąpiła z wnioskiem karania mężczyzn za... masturbację (sic!) Ów wniosek zakłada karę stu dolarów dla mężczyzn, którzy „dopuszczają się ejakulacji poza kobiecą waginą, albo poza placówką medyczną”4, gdyż taki akt godzi w świętość życia. Brzmi absurdalnie? Niby tak, ale czym to się różni od obecnych prób narzucenia naszemu społeczeństwu restrykcji aborcyjnych i antykoncepcyjnych? Jeśli już to chyba tylko płcią, ze wskazaniem na nierówność ich traktowania, bo te restrykcje dotyczą przede wszystkim kobiet. Tu jednak uspokoję. Pani J. Farrar sama traktuje ów pomysł w kategoriach żartu, choć podpisy całkiem na poważnie zbiera. Żartu, który ma uzmysłowić śmieszność restrykcji jakich chcą środowiska pro live, również w odniesieniu do metody in vitro. Bo skoro plemnik to jednak jakaś potencjalna forma życia...

  Najzabawniejsze jest jednak to, że ona nie jest wcale pionierką takiej ustawodawczej inicjatywy. W naszym kraju były przed nią nasze panie, podam z nazwiska: Joanna Mazur, Irena Teleżyńska. One zaproponowały w czasie „czarnego marszu” ustawę „o umyślnym marnotrawieniu nasienia” z jeszcze ostrzejszymi sankcjami wobec masturbujących się mężczyzn – od trzech miesięcy do pięciu lat, zbieżność z pomysłem karania kobiet za aborcję nieprzypadkowa. Te panie zbierały podpisy pod tym projektem i nie bardzo wiadomo ile ich zebrały. Zaprzestały, gdy PiS wycofał się z debatowania nad ustawą o całkowitym zakazie aborcji (patrz: drugi akapit felietonu). Ale, jak zauważył pan Jędrzej Malko, większość odmawiających podpisu tłumaczyła to, i tu proszę o uwagę – realną możliwością uchwalenia takiej ustawy w obecnym Sejmie (sic!) Innymi słowy, strach poważnie zajrzał facetom w oczy! Niemniej dodaje, że z tym projektem jest jak z rządową „zamrażarką” ustaw, z której w każdej chwili można projekt wyciągnąć.

  Ja w pełni takie działania popieram, w dodatku całkiem na poważnie. Ba! ta akcja powinna być wspierana przez Kościół, bowiem wszem i wobec wiadomo, masturbacja to również grzech nieczystości. Gorzej, skoro bowiem można bezkarnie nazywać zamrażanie zarodków „Holokaustem” i słyszeć krzyki tych zarodków, że im zimno, dlaczego nie nazwać marnotrawienie plemników – potwornym ludobójstwem? Przecież każdy plemnik to potencjalne życie, nawet jeśli przybierze ono finalnie kształt np. osoby K. Radziwiłła – wprawdzie zwolennika ochrony plemników, ale odpowiedzialnego za aborcyjne uśmiercanie płodów w polskich szpitalach, a nie daj Boże, takiego prof. Chazana, którego cieszą rodzące się na kilka dni potworki.