piątek, 22 września 2017

Prosta droga do samobójstwa.



  Nie będzie o samobójstwie czternastoletniego geja, choć pewnie temat byłby bardziej atrakcyjny. Mogę jedynie zapewnić, że też będzie seksi. Tak przynajmniej zapewniają uczestnicy debaty o przyszłości polskiego teatru, zorganizowanej przez kancelarię prezydenta Andrzeja Dudy. Teraz teatr ma być polski, narodowy, katolicki i w pełni antyeuropejski.

  Dziwnym zbiegiem okoliczności miałem okazję zobaczyć wreszcie film „Powidoki” w reżyserii A. Wajdy. Gdyby ktoś nie oglądał i nie znał fabuły, w największym skrócie: to przejmująca opowieść o uznanym malarzu Władysławie Strzemińskim, ciężko doświadczonym przez odgórnie narzucony kulturze i sztuce socrealizm w czasach stalinowskich. Jeśli zapoznać się z wnioskami wspomnianej we wstępie debaty, czeka nas powrót do tamtych metod. Gwarantują to uczestnicy debaty: minister Piotr Gliński, wróg publiczny współczesnego teatru; Dariusz Karłowicz, publicysta prawicowych mediów, redaktor naczelny „Teologii Politycznej”; Antoni Buchała, wicedyrektor zespołu szkół Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców w Libiążu; Jakub Moroz, religioznawca, od niedawna wicedyrektor TVP Kultura; Antoni Libera, tłumacz dramatów Samuela Becketta, sam o sobie mówiący: „Jestem bez przerwy stygmatyzowany jako prawicowiec”, a który twierdzi, że „PRL był jedną z najczarniejszych kart polskiej historii”1. Ten ostatni cytat warto zapamiętać. Szczególnie w kontekście tego, co powiedział w czasie debaty: „Polska znów jest zagrożona i cały konflikt, który najsilniej wyraża się w kulturze, a szczególnie w teatrze, jest funkcją tej sytuacji. Zagrożenie płynie z dwóch stron: ze strony putinowskiej Rosji oraz Unii Europejskiej, do której formalnie należymy i gdzie mamy do czynienia z ideologią, która nie przedstawia się jako ideologia. (...) To pewna koncepcja człowieka, oparta na absolutnej, nieodpowiedzialnej(?) i dowolnej idei wolności, wolności nieograniczonej, która stawia sobie za cel przezwyciężenie myślenia o człowieku w kategoriach sakralnych, religijnych. (…) Człowiek jest twórcą swojego losu. A to prosta droga do samobójstwa cywilizacji2. Gdyby nie fakt, że A. Libera właśnie tak ma, że uwielbia takie czarnowidztwo, mógłbym pomyśleć, że coś mu się pomyliło, bo jeśli jakaś droga dziś prowadzi do samobójstwa (kulturowego), to właśnie droga cywilizacji chrześcijańskiej, która nie ma nic nowego do zaoferowania, no może po za poezją Wencla.

  Wtóruje mu Dariusz Karłowicz: „Teatralne spektakle mają być wydarzeniami narodowo-religijno-państwowymi. Mają dotyczyć jakiejś niesprecyzowanej całości”. Z tej całości  wykluczył od razu ludzi współcześnie tworzących teatr, według niego teatr jest dziś polityczny i ideologiczny” (sic?!), „niemający nic wspólnego z Dionizosem” razem z ich widownię, którą określił jako „zblazowaną garstkę”3. Do tego grona twórców nowego, narodowego teatru dołącza Ewa Millies-Lacroix, szefowa Teatru TVP, stwierdzając, że corocznie teatr TVP będzie produkował 20-30 spektakli polskiej klasyki od Kochanowskiego po romantyzmu, gdyż do tej pory zaniechano „religijnej frazy, co jest niewybaczalnym grzechem”4. Całość podsumowała Wanda Zwinogrodzka, podsekretarz stanu w ministerstwie kultury, przeciwstawiając się „ponadnarodowej komunie artystów”, która podobno od lat opisuje krytycznie silną wspólnotę narodowo-katolicką. Mówi:„Trzeba by się zastanowić, jak na to odpowiedzieć? Jak to zrobić, by wspólnota narodowa stała się atrakcyjna dla młodzieży, żeby to nie był powrót do XIX wieku? Brakuje tekstów czy spektakli, teatralnego krytycyzmu wobec idei czy utopii ponadnarodowej. Trzeba tak zdefiniować wspólnotę narodową, żeby teatr, który się do niej zwraca i przez który emanuje, był artystycznie dziełem XXI wieku, atrakcyjnym, czy jak to mawiają młodzi ludzie – seksi5.  I ja tu czegoś nie rozumiem. Jedna pani chce powrotu do teatru romantyzmu (XVIII – XIX wiek), druga nie chce powrotu do tego czasu?

  I pomyśleć, że minister kultury pogniewał się na polski teatr za to, że był „seksi”, mam na myśli wrocławskie przedstawienie w Teatrze Polskim „Śmierć i dziewczyna”, przedstawienie, którego nawet nie widział. Po tej debacie czarno to widzę, bo właśnie odżyła we mnie miłość do teatru. Tyle, że najmniej mam ochotę na teatr narodowo-patriotyczno-katolicki, tę tendencję oferuje nam życie polityczne i społeczne w takiej ilości, że chce się rzygać. Mało było im burzenia pomników komuny (to akurat miało pozytywny charakter) i tworzenia na ich miejsce setek nowych, wielkich i małych ale szkaradnych, w niczym lepszych od tych zburzonych, teraz czas zabrać się za teatr, bo film jest już w obróbce na ich modłę. Nowa poprawność ideologiczno-patriotyczna wcale nie jest taka nowa, myśmy ją już przerabiali ze straszliwym skutkiem dla kultury i sztuki, a przede wszystkim dla ludzi, zarówno twórców jak i jej odbiorców.




26 komentarzy:

  1. Najważniejsze to to, żeby stojąc nad przepaścią nie zrobić kroku do przodu...
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta debata, to jak podniesienie nogi, by ten krok zrobić..

      Usuń
    2. To właśnie miałam na myśli.
      :-)

      Usuń
    3. I jeszcze...
      Mama mi kiedyś opowiadała, że niejaki Władysław Gomułka miał w jakimś przemówieniu powiedzieć: "Kiedyś staliśmy nad przepaścią... dziś zrobiliśmy krok do przodu..."
      Pozdrawiam.

      Usuń
  2. he he Linda o tej "przejmującej historii' wypowiedział się co następuje:
    Pamiętam ten scenariusz, który był naprawdę ch**owy, po prostu był niedobry (...). Ponieważ Andrzej nie żyje, ja muszę za niego jeździć po k**wa całym je**nym świecie i świecić ryjem po wszystkich miejscach"

    Nie mam zdania na ten temat. Wszystko zależy od tego, czyja wizja na wierzchu, od lat nie powstaje nic, co można by uznać za dobre. Najpierw dyktuje o tym lewactwo, zachwycając się różnymi "umoralniającymi inaczej" dziełami, teraz z kolei powrócimy być może do epoki dytyrambu kościelnego i jasełek. Niestety prawdziwa sztuka nie powstaje w ten sposób. Za czasów mojej młodości odkryciem był Szczypiorski, z którego "znaności" niewiele dziś zostało, a więcej mówi się o jego agenturalnej przeszłości.

    Mówiąc inaczej - prawdziwa sztuka się obroni sama.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam najmniejszego zamiaru oceniać filmu „Powidoki”, odnoszę się tylko do głównego wątku – narzucenie kulturze socrealizmu, jako jedynie słusznego kierunku w sztuce. Skutki tego narzucania nie były optymistyczne, a na pewno sztuka nie była w stanie sama się obronić. Te problemy istniały tak długo, jak długo trwała cenzura. Przy takiej narracji jak na wspomnianych obradach grozi nam dokładnie to samo.

      Być może w czasach III RP były zupełnie inne trendy niż proponują nowi animatorzy sztuki teatralnej, ale bez demonizowania, nikt nikomu nie zabraniał tworzyć sztuk czy ich wystawiać nawet według schematu narodowo-chrześcijańskiego.

      Usuń
    2. Zawsze byli równi i równiejsi, nawet w wyścigu po etykietę uznanego artysty. I zawsze decydowały o tym czynniki niekoniecznie merytoryczne, kto tą etykietę otrzymywał.

      Usuń
    3. Nie wiem skąd u Ciebie ów fatalizm? Czy już naprawdę nie ma mowy o talencie i prawdziwej profesji?

      Usuń
  3. Jeśli debata ma dotyczyć wskazówek, jaki teatr ma być, to już sie należy bać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bać się mogą twórcy teatralni i ci, którym zależy na wolności tej sztuki.

      Usuń
  4. tak sobie czytam słowa A.Libery i tak sobie przetwarzam stek bzdur w te słowa ubrany... podstawowa bzdura to zestawienie wolności jako bazy i putinowskiej Rosji i Unii Europejskiej... bo jakoś trudno mi znaleźć wolność i w tej Rosji, i w tej Unii... kwestii Rosji chyba nie muszę tłumaczyć, kwestia Unii jest nieco subtelniejsza, tedy rozwinę:
    przypomina mi się, jak w poszukiwaniu wolności, tak w ramach rekonesansu, chwyciwszy mocno w garść przepustkę zwaną wtedy "paszportem do szuflady" ruszyłem do jednego z krajów Europy /przedunijnej jeszcze/ i zobaczywszy lagi tamtejszej policji, przy których polskie golędzinówki jawiły się jako delikatne pieścidełka, od razu zweryfikowałem w swoim umyśle stworzony wcześniej obraz wolności europejskiej... oczywiście wolność "absolutna, nieodpowiedzialna, dowolna i nieograniczona" tym bardziej w tym obrazie zmieścić się nie mogła... dodam jeszcze, że pojawienie się potem bytu zwanego Unią nic zmienić nie mogło, gdyż aparat kontroli jednostki funkcjonuje w niej doskonalszy, niż wcześniej, w czasach przedunijnych...
    zaś do kompletu czytam dalej o teatrze "narodowo - religijno - państwowym" i "wspólnocie narodowej"... już w samych tych pojęciach nie widać nawet cienia wolności... no, chyba że mówimy o wolności do prania ludzkich mózgów przez system... szukanie jednak odpowiedzi na pytanie, czy taka wolność ma być lub nie być ""absolutna, nieodpowiedzialna, dowolna i nieograniczona" uważam za stratę czasu... skojarzył mi się za to kawałek pewnego tekstu:
    "Harde szczeniaki, literacka bando,
    Już was od dzisiaj weźmiemy za twarze
    Będziecie pisać grzecznie, pod dyktando —
    Jak Partia każe!"
    nie chce mi się już jednak wnikać, czy o chodzi o partię małego, czy o "partię" mającą na czele Komitet Centralny Epidiaskopu, czy też jakiś inny twór wytyczający kierunek drogi do wolności /twórczej i nie tylko/...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że jednak popełniasz pewien dość powszechny błąd. Nie ma systemu, nie tylko politycznego, gdzie wolność byłaby wolnością od wszystkiego. Nie przekonuje mnie Twoja opowieść o długości pał. Ta nie ma nic do rzeczy. Liczy się tylko to, na ile się tę wolność ogranicza i dobrze wiesz, że w tzw. państwach bloku wschodniego chodziło nie tylko o ograniczenia z zakresu kodeksu karnego. Pomijam zakazy związane właśnie z ideologiami faszystowskimi i komunistycznymi w państwach Europy Zachodniej. Tworzona Unia nie miała na celu zmiany rozszerzenia wolności – miała charakter unii gospodarczej, w tylko w ramach działań gospodarczych normalizowano prawo. Oczywiście, istnieje taka instytucja jak Europejski Trybunał Sprawiedliwości, ale ten opiera się Prawie UE, które kraje członkowskie ratyfikowały.

      Usuń
    2. nie, to nie do końca tak... nie byłem aż tak naiwny, by podczas pierwszej wizyty na Zachodzie spodziewać się sytuacji, gdzie "wolno wszystko"... ujrzałem jednak przejawy zamordyzmu tam, gdzie się ich nie spodziewałem... czyli nie o długość pał jako takich chodziło, tylko o sytuacje, w których były używane...
      zostawmy jednak to, bo nawet nie sposób teraz odtworzyć konkretne sytuacje... wiem tylko i pamiętam, że w tamtym okresie /przełom lat 80/90/ pojęcie "wolność" ulegało w moim umyśle sporej przebudowie i przewartościowaniu...
      historię Unii /z grubsza/ rzecz jasna znam, wiem od czego się zaczęła i wiem, że nie po to powstała, by rozwijać wolność... jakby nie było, ca 80% ludzi na świecie nie chce wolności, nie rozumie jej, wolność nie jest dla nich wartością...
      ...
      aha, jeszcze na koniec wyjaśnijmy kwestię pierwszego akapitu... zakładam, że myślimy o tej samej sprawie... otóż wcale nie wiadomo, czy ów czternastolatek był gejem... wiadomo tylko, że był ostro dojeżdżany w w swojej grupie rówieśniczej, zaś etykietka "geja" /czy też "pedała"/ była jedynie narzędziem pomocnym w znęcaniu się nad nim...
      wbrew pozorom to wcale nie jest takie nieistotne w tej historii...

      Usuń
    3. A jakie to ma znaczenie, czy był tym gejem czy nie? Wprawdzie czytałem jakiś wywiad z jego matką, która potwierdzała tę jego orientację, fakt pozostaje faktem, skutecznie uprzykrzono mu życie z tego konkretnego powodu. Nie wiem, być może to napiętnowanie rozszerzyło się poza obszar klasowych przeciwników pedalstwa i on już tego nie wytrzymał?

      Ten przypadek można powiązać z treścią notki. Dziś dla nowych „elyt” wszystko, co pachnie liberalizmem to jest właśnie pedalstwo, a nawet kurestwo, które trzeba unicestwić, wyplenić, najprościej przez sterowanie dotacjami.

      Usuń
    4. no, właśnie nie ma znaczenia, o tym właśnie wspomniałem...

      Usuń
  5. A czy odpowiadał Ci teatr ostatniej dekady, czyt pod rządami PO, gdzie scenariusz nie wychodził po za ramy gołych dup, sexu, jakby coś wyślić jeszcze można i pospolitej groteski. Nie jestem za ograniczaniem wolności, ale odnoszę wrażenie, że wcześniej nic nie szło do przodu
    Pozdrawiam
    zolza73.blogspot.com
    goodmorning73.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaraz, zaraz, chcesz mi powiedzieć, że w ostatniej dekadzie na scenach teatrów w Polsce były tylko gołe dupy i seks? Rozumiem, że tylko takie sztuki Ci się trafiały? Aha, jeszcze groteski? Swoją drogą, co można mieć przeciw groteskom?
      Nie wiem, co rozumiesz pod pojęciem „iść do przodu” – w moim mniemaniu to promocja młodych dramaturgów: Jakub Roszkowski „W popielniczce diament”; Janusz Głowacki „Antygona w Nowym Jorku”; Ingmar Villqist „Chłopiec z łabędziem” czy Yasminy Reza „Bóg mordu” – to tylko te, z którymi się zapoznałem.
      Oczywiście, można chodzić na „Wesele” Wyspiańskiego, mickiewiczowskie „Dziady” czy „Balladynę” Słowackiego. Pytanie: ile razy by nie popaść w marazm?
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Przepraszam że się tu wtrącam... ale tak się składa że od lat często chodzę do warszawskich teatrów. I nie zauważyłam ostatnio tego o czym pisze ZołzaTexa.

      Usuń
    3. Stokrotko, tu bez problemu można się wtrącać.
      ZołzaTexa pisze to, co inni, nieprzychylni obecnej sztuce – piszą ;)

      Usuń
  6. Napisałam słów kilka, ale komentarz pokazał się a potem już go nie widziałam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odtworzę Twój tekst:
      "Nie wszystko, co ostatnio było wystawiane "na deskach teatrów" zasługuje na pochwałę...
      Czasem odnoszę wrażenie, że sztuka wznosi się ponad chmury, ale nie trzyma się ziemi!"

      I odpowiem:
      Czy zawsze wszystko w sztuce musi być przez duże „S”? Sztuka ma to do siebie, że nie we wszystkim jest idealna, czasami skandalizująca. Teatr nie jest od tego wolny, podobnie jak film czy literatura. Tylko na Boga!, sztuka powinna być niezależna od polityki i ideologii.
      Odwzajemniam pozdrawienia

      Usuń
  7. "Teatr ich widzę ogromny"... Będzie się działo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie jak na Opole, związkowcom bilety będą rozdawać ;)

      Usuń
  8. "Antygona w Nowym Yorku" to dramat Głowackiego, który powstał na obczyźnie. Jesteś w błędzie jeżeli sądzisz , że za czasów PO.
    Po drugie jestem z wiochy Konin i jakby na przekór wszystkiemu tu życie kulturalne zaczęło się rozwijać, balet, sztuki Wyspiańskiego koncerty.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co z tego, że na obczyźnie? Villqist nawet nie jest Polką. Piszemy o tym, co się w Polsce wystawia.
      Wiesz, ja tam nie mam nic do Konina. Ja mieszkam na Ziemiach Odzyskanych, gdzie jest wręcz "pustynia " teatralna (do Zielonej G. mam blisko 100 km), niemniej na Wyspiańskiego na pewno taki szmat drogi bym nie pojechał.

      Usuń
  9. Wydaje mi się, że historia pokazała nie raz jak kończy się romans polityki ze światem sztuki. Dziś widziałem migawki z jakiegoś szczytu ,,Komputeryzacji" czy podobnie jakoś, gdzie pan Gliński tonem znawcy wychwalał zastosowanie rozszerzonej rzeczywistości w sztuce czy podobnych płaszczyznach. Ja na jego miejscu bym wysłał raczej swojego zastępcę lub młodszego kolegę. Ale może po prostu co ja tam wiem. :)

    E. Akurat jak śledziłem mecze w piłce nożnej i siatkówce znalazłem końcówkę wyścigu kolarskiego. To nie było tak, że śledziłem całość od początku. :) Ale i tak dzięki za 500 bez plusa.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń