poniedziałek, 30 października 2017

Wywiad – cz.2



Powidz mi co czytasz, a powiem ci kim jesteś

  Bywało różnie. Nie będę wymieniał wszystkich, tylko te, które utkwiły mi mocno w pamięci. Jako dzieciak „Przygody Tomka Sawyera”, później kryminały (Agata Christie) i opowiadania grozy. Polubiłem science fiction za sprawą Lema (Niezwyciężony, Solaris, Katar, Śledztwo) i barci Strugackich (Trudno być bogiem, Stalker). Wreszcie klasyka. Irwin Show (Młode Lwy), nawet Wiktor Hugo (Nędznicy), czy Sinkiewicz (Quo Vadis) oraz powieści historyczne Bunscha, niemal całą serię. Była książka „Pawi tron” Waldemara Hansena o Mogołach i z tej samej serii wspomniana „Złota Gałąź”. To był przełom nie tylko światopoglądowy, powieści poszły niejako na bok. Literatura faktu (martyrologia, książki o II wojnie światowej), wreszcie filozofia o zabarwieniu egzystencjonalnym. Był też Dawkins i Hitchens ale zachwyciłem się tak naprawdę Comte-Sponvillego „Duchowość ateistyczna”. Ale aby nie było, czytałem też Hellera „Sens życia”, Zatwardnickiego „Ateizm urojony” oraz Joshua Heschela „Bóg szukający człowieka”. Dziś szukam przede wszystkim książek o sporze wiary z ateizmem. Wiem, to pewna forma zboczenia..., na seksualne zboczenie już się nie zanosi.

Pytanie Ninel: Moje czytelnictwo - wpływ na rozwój, decyzyjność i codzienną egzystencją.

  Nie chciałbym tego czytelnictwa przeceniać, gdyż kształtowało mnie wiele czynników, nie tylko książki. Kilku spraw jednak nie sposób nie docenić. Po pierwsze, to wspomniany już wpływ na mój światopogląd. Po drugie, książki miały niebagatelne znaczenie w moim rozumieniu moralności. Dla przykładu: dziś wiele mówi się o zagrożeniu gender, o fatalnym wpływie rewolucji kulturalnej i obyczajowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. W moim odczuciu to zbyt daleko idące uproszczenia. Takie problemy niosła ze sobą literatura wcześniejszych lat, a nawet epok. Klasyczny przykład to epoka pozytywizmu. Nikt wprawdzie nie znał pojęcia gender, ale czyż wtedy już nie poruszano problemów nierówności społecznej, płciowej (feminizm) i nawet narodowej (asymilacji innych narodowości)? Literaturze zawsze towarzyszyła problematyka moralności. Jestem przekonany, że książki, szczególnie mojej początkowej fascynacji literaturą, są w pełni odpowiedzialne za moje postrzeganie tolerancji, moje podejście do empatii, spraw społecznych i moralnych. I na pewno był to znaczniejszy wpływ niż nauki Kościoła i marksistowskiego materializmu razem wzięte. Indywidualni bohaterowie książek dają w sumie zdecydowanie większą gamę postaw, niż główne nurty ideologiczne i moralne.
 
Twój stosunek do poezji?

  Tuwim napisał kiedyś: „Dzieci bzdurzą i chcą być bzdurzone. Większości to mija. Tym, którym nie mija – zostają poetami”. Jeśli ktoś się obrazi, pretensje do Tuwima, on sam był poetą, więc można mu wierzyć. Nie przepadam za poezją i to ma swoje początki w szkole podstawowej, kiedy kazano mi się uczyć na pamięć wierszy i zrozumieć, co autor miał na myśli. Nigdy nie potrafiłem zapamiętać więcej niż pierwszą zwrotkę, więc zawsze dostawałem niedostateczny. To mnie kompletnie zraziło do poezji. Dopiero niedawno, na jakimś literackim spotkaniu, jakaś prelegentka zaprezentowała poezję Szymborskiej i ta poezja mi się spodobała, choć też na pamięć nie znam ani jednego jej wiersza.
Przypomniała mi się anegdota. Byłem na kursie kucharzy i mieliśmy zajęcia z technik zapamiętywania. To była prawdziwa masakra. Jakoś tak wyszło to, że nie potrafię zapamiętać wierszy. Trenerka zaproponowała mi pamięć na podstawie obrazów. Dostałem wiersz Norwida, jaki – już nie pamiętam. Miałem go sobie narysować. Narysować wiersz (sic!) bo mam pamięć obrazkową. Coś tam narysowałem wprawiając tym rysunkiem trenerkę w prawdziwy zachwyt. Przy tablicy miałem na podstawie tych rysunku odtworzyć tekst. Ona była tak zachwycona, że mimowolnie i podświadomie sama mi ten wiersz podyktowała, a na koniec stwierdziła: „Widzi pan, panie (Asmo), jak panu to łatwo poszło”. Nie mam zielonego pojęcia jak mi się udało zachować powagę, bo sam nie odtworzyłbym poprawnie ani jednego wersu, nawet gdybym patrzył na te bohomazy.


Twoje życie prywatne i ulubione rozrywki?

  O tym cicho o tym sza! Mieszkam sam, jestem w separacja, mam dwoje wspaniałych przyjaciół, trochę większe grono dobrych znajomych i dużo zwykłych znajomych. Odkąd jestem w tej separacji pokochałem tak samotność jak siebie samego. Bo we mnie moje „ego” jest najważniejsze. Owszem, udzielam się towarzysko i społecznie, bywają dni, że dopiero późnym wieczorem jestem sam, ale wtedy nie czuję się dobrze. Przedpołudniami, a mieszkam w oddaleniu od innych zabudowań, na skraju puszczy noteckiej, nawet radia czy telewizji nie włączam. Przy kawie i laptopie, w kompletnej ciszy jest mi najlepiej. Wieczorami najczęściej czytam książki.
Z rozrywek: książka, teatr, wybrane transmisje sportowe (latem kolarstwo, zimą skoki i biathlon), gram w szachy, najczęściej korespondencyjnie, rower rekreacyjnie i spacery po lesie. Czasami blues lub muzyka poważna i jeszcze nastrojowe ballady. Moi muzyczni idole to Led Zeppelin, Stevie Ray Vauh, Eric Clapton i Leonard Cohen.
No i oczywiście uwielbiam pisanie.

Twoje życie zawodowe?

  Byłem trzydzieści lat górnikiem, choć o tym w ogóle nie marzyłem. Przeszedłem niemal wszystkie szczeble kariery górniczej, na funkcji nadsztygara i dyspozytora ruchu kopalni kończąc. Oprócz jednego pozytywu, wcześniejsze pójście na emeryturę (pięćdziesiąt lat życia), reszta jest nieciekawa, poza kilkoma anegdotami. W konsekwencji nie mam jednej trzeciej płuc i pewne nieuleczalne schorzenie, na które się nie umiera, ale czasami jest konieczność spędzenia kilkunastu dni w szpitalu. Ciekawiej było po przejściu na emeryturę. Byłem cieciem, zrywkarzem (to mi się najbardziej podobało), złotą rączką w pałacu, ogrodnikiem, a wreszcie kwalifikowanym kucharzem. To ostatnie mi się przydało, nie boję się gotować. Dziś już w ogóle nie myślę o pracy zarobkowej, za to uwielbiam zajęcia z młodzieżą i niepełnosprawnymi.

Kobiety i mężczyźni

  Właściwie bez różnicy, choć jest pewne „ale”. Zdecydowanie wolę towarzystwo tych pierwszych. Jestem stuprocentowo heteroseksualny, a nawet więcej, bo nie tylko w sprawach seksu. Towarzystwo facetów mnie nudzi, po za dwoma wyjątkami. Kiedy rozmowa jest polemiką, sprzeczką ale jeszcze nie kłótnią oraz kiedy gram z facetem w szachy, ale wtedy się nie rozmawia. Natomiast z kobietą mogę się nawet nudzić, też jest cudownie. Przy kobiecie mogę się zachwycać nawet tym, czym bym się nie zachwycał w samotności. Z facetami nie pomaga mi nawet mocny alkohol, w towarzystwie kobiety mogę sączyć jedną lampkę wina przez cały wieczór. Nie przepadam za dowcipami o seksie jakich pełno w rozmowie z facetami, przy kobiecie bawi mnie nawet gra słówek. Nie pójdę do kina czy teatru z facetem, ale chętnie z kobietą, nawet jeśli to tylko zwykła znajoma. Na domiar wszystkiego dostaję ekstazy, jeśli jest inteligentna. Na ogół faceci boją się kobiet bardziej inteligentnych od siebie, ja za takimi po prostu przepadam, pod jednym wszak warunkiem, że nie są zołzami.

Twój stosunek do ludzi i zwierząt

  To skomplikowane. Ogólnie to ja jestem a priori nastawiony przyjaźnie do ludzi, nawet jeśli ktoś jest „inny” (kolor skóry, wyznanie, inteligencja, poglądy polityczne, kalectwo). Jedynie nie przepadam za towarzystwem pieniaczy, bezzasadnie agresywnych i jawnych hipokrytów, tyle, że to nie jest nienawiść. Ja tylko nie chcę mieć z nimi kontaktu. Natomiast jeden rodzaj ludzi napawa mnie autentyczną niechęcią. To alkoholicy, których nie łączę z osobami pijącymi okazjonalnie w umiarkowanych ilościach. Samemu mi się to zdarza. Nic i nikt mnie nie przekona, że trafiają się w życiu takie sytuacje, które alkoholizm usprawiedliwiają. Nie mam w sobie do nich odrobiny empatii. Może to dlatego, że alkoholizm dotknął mnie osobiście ze strony osoby najbliższej. Znam z autopsji piekło tych, którzy muszą z takimi żyć.
Zwierzaki dziś uwielbiam, choć nie zawsze tak bywało. Miałem najukochańszego psa pod słońcem, owczarka długowłosego, mam koty, w większości to podrzutki, miałem w domu koziołka sarny i egzotyczne ptaki. Ostatnio para srok się ze mną zaprzyjaźniła, choć dystans jest. Uwielbiam zdobywać zaufanie, szczególnie na wpół dzikich i wystraszonych kotów. Popadam w samozachwyt, gdy znikają na widok kogoś obcego i jak wyłaniają się z kryjówek, gdy znów jestem sam. Bywam wtedy w pełni dowartościowany, żaden człowiek nie potrafi tak połechtać mojego „ego”. Mówi się, że „zwierzęta znają się na ludziach”, a one do mnie lgną...

Będzie jeszcze część trzecia – trudne pytania Radka.


środa, 25 października 2017

Wywiad



  Jestem po lekturze książki „Polonez na polu minowym”1 Doroty Wodeckiej. Jest to zbiór wywiadów jakie przeprowadziła ze znanymi osobami kultury polskiej. I napiszę, że ta książka podziałała na mnie dwojako. Po pierwsze polubiłem wywiady, którymi do tej pory raczej gardziłem, po drugie, zrobiło mi się strasznie żal, że nikt ze mną wywiadu nie chce przeprowadzić. Już kiedyś się przyznałem, że ze mnie niepoprawny sobek, stąd i żal większy. Postanowiłem więc sam z sobą wywiad przeprowadzić. Okazja jest przednia – trzechsetny post na blogu Zrzęda i trzecia rocznica powstania blogu Świętoszek. W sumie prawie pięćset pięćdziesiąt postów. A początki sięgają jeszcze hen dalej. Jak śpiewał Jerzy S.: ja się nie chwalę, ja po prostu mam talent...

Jesteś politycznym kameleonem?

Od jakiegoś czasu, dokładnie od 1968 roku. Do tego roku byłem kształtowany na wzorowego obywatela Polski Ludowej, któremu leży na sercu równość i braterstwo narodów (tylko komunistycznych), i nawet w to mocno wierzyłem. Na czym ta równość i braterstwo polegało, wytłumaczono mi milicyjną pałką właśnie w ‘68. Od tego momentu nawet słowo demokracja budziło we mnie odrazę, gdyż kojarzyło mi się z demokracją socjalistyczną. Po ’68 byłem raczej apolityczny, co wynikało z potrzeb egzystencjonalnych. Nauka, praca, rodzina – taki normalny, przeciętny ludzki stereotyp. Popełniłem błąd, bo za bardzo się w to zaangażowałem, zapominając, że życie się na tym nie kończy, że to może nas zwieść. Mnie nie tylko zwiodło, ale i zawiodło. Taka osobista porażka. Ale nastała Solidarność i się znów zaangażowałem, przez co było mi blisko do prawicy. To było nawet ciekawe, niestety, też się sparzyłem. Gdy zorientowałem się, że mam wokół siebie największych „lewusów”, takich, co to wykorzystują okazję, aby wypłynąć, wypisałem się. To było jeszcze przed stanem wojennym. Prawicowość mi została, ba, stan wojenny ją wzmocnił. Dopiero przy okazji Okrągłego Stołu przekonałem się do liberalizmu. Z biegiem czasu okazało się, że to też nie jest takie proste, bo gdzieś tam w środku wciąż miałem te hasła o równości, z którymi liberalizm się ewidentnie kłóci. W dodatku byłem naocznym świadkiem wydarzeń, które uświadomiły mi, że każdy światopogląd, każdą opcję polityczną łatwo wypaczyć, nawet liberalizm. Mimo to pozostałem liberalnym demokratą, nawet jeśli i w tym coś nie gra. Po prostu nie widzę dla siebie innej,  lepszej alternatywy. Ale jak się trafi coś lepszego, nawet tego liberalizmu nie będzie mi żal.

Twój stosunek do patriotyzmu, tradycji i narodowości.

Z tym jest najgorzej. Żadne z tych pojęć mnie nie porywa. Byłem patriotą do osławionego 1968 roku, choć dla mnie nie było to takie proste. Urodziłem się na Śląsku, jestem Ślązakiem z dziada pradziada. Rodzinę, tę szerzej rozumianą, miałem dość liczną. A tam przeważały nurty separatystyczne. Ślązak brzmiało dumnie, „gorole”, czyli cała reszta, miało znaczenie pejoratywne. Tak mi to wpajano. W szkole była zupełnie odwrotna tendencja. Śląskość była czymś w rodzaju zła koniecznego, o którym trzeba zapomnieć. Nie wiem, czy to akurat szkoła ustawiła ten mój patriotyzm we właściwych proporcjach, myślę, że to wynikało bardziej z zamiłowania do książek. Czytałem na potęgę, po sto, sto pięćdziesiąt pozycji na rok. A w tych książkach nic o wyższości narodu śląskiego nie było. Czasami czytałem coś o narodowości polskiej i to bardziej mnie pociągało. Zresztą o to walczyli moi dziadkowie w powstaniach śląskich, z czego byłem nad wyraz dumny, choć to oni walczyli, nie ja, więc ta duma była jakby nieuzasadniona. Problem w tym, że takie podejście przerzuciło się na patriotyzm polski, z którego powinienem być (w niektórych przypadkach) dumny. Powinienem, a nie jestem, bo to nie moje czyny patriotyczne. Nawet nie mogę być dumny z tego, że to czyny moich przodków. Nie miałem na to żadnego wpływu, a sam się niczym specjalnie nie wyróżniałem. Tak więc mój patriotyzm jest płytki. Ogranicza się do płacenia podatków i przestrzegania obowiązującego prawa.
 
Mniej komplikacji jest z narodowością, szczególnie tą silnie akcentowaną. Mnie się ona kojarzy z narodowym socjalizmem, z możliwością przemiany w nazizm. Takie historyczne spaczenie, chyba jeszcze z czasów komunistycznej edukacji. Wystarczy się tylko rozejrzeć. Gdziekolwiek pojawiają się silne ruchy narodowościowe, zawsze temu towarzyszy dziwna celebracja, sztandary, marsze, populistyczne i nienawistne wobec innych hasła. Ja nawet mam wstręt do ruchów separatystycznych moich śląskich ziomków. Nie mam żadnych problemów, by mówić o sobie Polak, czy Ślązak, byle nie kojarzono mnie z żadnym ruchem narodowościowym.
 
Za bardziej niebezpieczną uważam tradycję. Dla mnie to taka zasłona dymna, dym strasznie żrący w oczy. Jak tylko człowiek pomyśli o czymś nowym, nowatorskim, zaraz go tym dymem osaczają… Tradycja to, bo tradycja tamto, brak tolerancji dla nowatorstwa. A tradycja to stagnacja, zero rozwoju. W niej chodzi tylko o to, żeby się człowiek w żadnym wypadku nie wychylił, jest i ma być marionetką tej tradycji i ma ją czcić jak jakieś bóstwo. Ale jakoś nikt nie chce dostrzec, że tradycja ma też swoje haniebne plamy. Tradycyjna rodzina to niejednokrotnie czysty, patriarchalny sadyzm. Przed nią była tradycja wiary i narodu. Tradycja chrześcijańska też ma wiele na sumieniu i nikt tego nie chce pamiętać. Tradycja narodowa? O tym już jest powyżej. A jeśli mam czcić tradycję, to co z tradycją niewolnictwa, poddaństwa, opilstwa i swarliwości? Co z tradycją liberum veto? Dla mnie to taka gloryfikacja „Ostatniego zajazdu na Litwie”, niby piękne, a przecież kompletnie bezsensowne i śmiertelne niebezpieczne.
Ogólnie mam się za kosmopolitę, co wynika z bagażu własnych doświadczeń.

Określasz się jako ateista.

Urodziłem się ateistą. Nie miałem zielonego pojęcia o istnieniu Boga. Na siłę mnie ochrzczono, nie pytając o zdanie; na siłę zmuszono, by chodzić do kościoła i na lekcje religii. Na siłę, gdyż ojciec groził karami za niesubordynację. Tak stałem się osobą wierzącą, ba, katolikiem gorliwie wierzącym. Nawet wtedy, gdy nie było sensownej odpowiedzi na nurtujące mnie od początku pewne pytania. Taki zabawny przykład. Mówiono mi, że Bóg jest wszędzie i wszędzie mnie widzi. Zapytałem, czy w sraczyku też. Odpowiedź była twierdząca i wpadłem w popłoch, bo nie przypuszczałem, że On podgląda mnie podczas tak intymnej, fizjologicznej czynności. A już najgorzej było, gdy się masturbowałem pod kołdrą. Też mnie podglądał... Ba!, mało komfortowa była sytuacja, że On świdruje mój mózg i zna moje absolutnie wszystkie myśli, nawet te kosmate. Zastanawiałem się, czy pomoże mi ochrona z folii aluminiowej, ale nie eksperymentowałem, bo przecież i tak bym się nie dowiedział. Mimo to w pełni wierzyłem, bo Jego istnienie wyjaśniało wszystko, no, prawie wszystko. Przełomem była książka „Złota gałąź” Frazera, która po raz pierwszy uświadomiła mi, jak powstają religie. Zacząłem mieć wątpliwości, więc mi poradzono wgłębić się w Pismo Święte. Taki syrop na chorobę zwątpienia. Się wgłębiłem i zrobiło się jeszcze gorzej. Znajomy ksiądz zaproponował ponowną lekturę wraz z objaśnieniami i egzegezą, bo bez „przewodnika” faktycznie można Biblii nie zrozumieć. Skutek był odwrotny do zamierzonego. Przestałem mieć jakiekolwiek wątpliwości. Bóg nie stworzył nas, to myśmy stworzyli Boga. Mówi się, że Bóg jest niezmienny, gdyż nie podlega działaniu materialnego Wszechświata, sam Go stworzył. Ale skoro dziś trzeba egzegezy, przewodników i tłumaczy, by wyjaśnić pierwotne treści, aby obraz Boga był bardziej współczesny i nam zrozumiały, a przez to bliski, to znaczy, że my go kształtujemy na „obraz i podobieństwo” naszych wyobrażeń. To ma przełożenie na Stary i Nowy Testament. Starotestamentowy Bóg już nie wystarczał. Skończyły się Jego możliwości, więc wysyła na ziemię Syna, by przeformował religię. Coś jest jednak nie tak, bo ostatnio czytałem optymistyczny artykuł: Siedemnaście procent ludzi na świecie to katolicy!”, a jeszcze tego samego dnia trafiłem na inny, wręcz alarmujący: „Pięć miliardów ludzi nie wierzy w Boga!" (sic!)

Jak byś określił ten swój ateizm?

Jako mój stricte osobisty, nie dający się zaszufladkować w żadne modne czy niemodne trendy i nurty. Zaczyna się i kończy w uznaniu, że nie ma żadnych niematerialnych a sprawczych istot. Nie ma cudów, są tylko zjawiska jeszcze niewytłumaczone, ze wskazaniem na „jeszcze”. Czasami wytyka mi się różne cuda" ateizmu. A to zbrodnie ateizmu, a to brak logiczności myśli ateistycznej, a to wrogość do Kościoła, a to antyklerykalizm, a to... itd., itp. Wszystko to kompletne brednie (po za częściowym antyklerykalizmem - nie znoszę hipokryzji), wszystko to da się obalić, ale jak tylko zjawi się nowy oświecony, trzeba by mu na nowo tłumaczyć, że ma głowę wypełnioną pustymi i idiotycznymi frazesami. Czasami ręce opadają.

A co z „życiem po życiu” i sensem?

Konsekwencją ateizmu jest uznanie braku życia po śmierci. Śmierć jest nirwaną, alegorią tego, o czym pisze Biblia: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz” – jedyne sensowne słowa Świętych Ksiąg. Co jest sensem życia? Tu jest pewna dowolność, ale wolę konkretne działanie tu na ziemi od mrzonek o wiecznej szczęśliwości, czy apokaliptycznej pewności wiecznego potępienia w piekle, tylko dlatego, że się Bogu nie kłaniam. Próbowałem sobie tę szczęśliwość wyobrazić na wiele sposobów i zawsze wychodzi mi na to, że to się skończy, nomen omen, śmiertelną nudą, jeśli tylko uzmysłowić sobie, czym jest wieczność. Piekło też mnie specjalnie nie poraża. Nawet do śmierci raz, czy dwa razy na dobę, można się przyzwyczaić. I też się znudzi...

Dlaczego piszesz blog, felietony, eseje i recenzje, a nie pokusisz się o powieść?

Blog to erzac prawdziwej twórczości literackiej. Jedynym sensownym marzeniem, jakie pamiętam z dzieciństwa, było zostać pisarzem. Były i inne, ale to marzenie trwało zdecydowanie najdłużej, tkwiło we mnie najmocniej. Jestem jednak niepoprawnym sceptykiem i doszedłem do wniosku, że nie mam talentu. Wielu ludziom się wydaje, że go mają, stąd taki zalew szmiry w księgarniach. Dziś wydać książkę-gniot to żaden problem. Wystarczy trochę kasy. Czasami dodatkowo znajomość kilku przepisów kulinarnych – mam na myśli książkę kucharską. Jakoś tak nie widzę sensu, by w mojej domowej biblioteczce była książka mojego autorstwa, którą przeczytałaby z pełnym zachwytem tylko jedna osoba – ja. Pewnie kogoś obdaruję, pewnie oni nawet kurtuazyjnie pochwalą, ale bez przesady, tak pisarzem się nie zostaje. Oprócz talentu brak mi cierpliwości. Raz nawet dobrnąłem do dwustu stron drobnym drukiem w Wordzie. I choć to sprawdzała polonistka z prawdziwego zdarzenia, choć namawiała mnie do kontynuacji, zrezygnowałem. Czuję, że brak mi oryginalności, prześladuje mnie świadomość, że to już kiedyś ktoś napisał. Remake jakieś historii to nie dla mnie. Sam siebie zanudziłbym na śmierć. Dlatego wolę felietony i eseje, tam opieranie się na cudzych tekstach jest wręcz konieczne. Podobnie z recenzjami, choć tu już jest wymagana pewna oryginalność oceny tego, co się czyta lub ogląda. Muszę się zadowolić tym, że niektóre z wymienionych form były opublikowane na kilku portalach internetowych. To niewiele, ale zawsze coś.

Ciąg dalszy, bardziej osobisty, może nastąpi...


Przypisy:
1 – „Polonez na polu minowym” , Dorota Wodecka, wydawnictwo Agora S.A., Warszawa 2013 r.

wtorek, 17 października 2017

My chcemy Boga



  Mam z zanadrzu kilka „spokojnych” notek, ale nie mam kiedy ich opublikować. Jedno kontrowersyjne wydarzenie goni drugie, a we mnie się krew burzy. Nie inaczej jest dziś, gdy trafiłem na informację, która przypomniała mi, że już za niespełna miesiąc będzie jedenastego listopada i ulicami Warszawy przejdzie kolejny Marsz Niepodległości, organizowany przez środowiska narodowe.

  Właściwie już przywykłem, choć nie do końca, bo to Święto Niepodległości coraz bardziej mnie mierzi. Tym razem jakby jeszcze bardziej. Narodowcy wymyślili, chyba za sprawą sukcesu „Różańca do granic”, że ich tegoroczny Marsz odbędzie się pod hasłem „My chcemy Boga!1 (sic!) Tak się zastanawiam, już po samym wstępie, czy im Go ktoś zabrał, schował, zakopał lub unicestwił? Ale sprawdzałem, żadnej informacji, że wysadzono jakiś kościół w powietrze, że wprowadzono zakaz czczenia Boga, żadnego dekretu, że od dziś Boga nie ma. Owszem, znalazłem informację, nawet dwie, że chrześcijaństwo jest prześladowane. W Egipcie Kościół koptyjski a w Libanie chrześcijański. Ale jedenasty listopada to święto Polski, a nie wyżej wymienionych. Z drugiej strony można by wysnuć bardziej racjonalny wniosek, że narodowcy Boga w sobie nie mają, skoro teraz o Niego tak spektakularnie będą „prosić”...

  Jak wyjaśnia organizator, Robert Bąkiewicz, to hasło ma przypomnieć, że Polska wciąż jest bastionem wiary i religijności. Nie napiszę, co mi się na usta ciśnie przed zadaniem pytania: a czy w tym kraju da się kurwa o tym zapomnieć?! Aby było śmieszniej, ów R. Bąkiewicz zorganizował konferencją prasową w siedzibie Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego (sic!). Ani bym nie przypuszczał, że w naszym kraju jest taki kryzys wiary, czyżby po „Różańcu do granic”(?), bo granica kojarzy mi się z bezpieczeństwem, również tym kryzysowym. Gdy pisałem, że Matka Boska Różańcowa nas nie obroni, mnie wyśmiano, a tu proszę, zagrożenie bezpieczeństwa kraju jest jakby zdecydowanie większe i jeszcze do tego groźba poważnego kryzysu, więc narodowcy – szable w dłoń! I nie ma w tym zawołaniu ani odrobiny przesady, bo podobno grozi nam najazd imigrantów, a „Kościół ma być walczący, który był przez wieki podstawą i fundamentem Europy (...) Chcemy przedstawić katolicyzm jako wiarę nie słabości, ale wiarę ludzi silnych”. Może by tak już rozpalić stosy, albo przynajmniej ubrać płaszcze z krzyżem? Kolor płaszcza i krzyża bez znaczenia. Tylko prosiłbym by nie zapomnieli o kominiarkach na głowach, nie chciałbym oglądać ich twarzy.

  Ale uwaga!, najbardziej niebezpieczny dla Polski (narodowej) jest ateizm, czyli ja, który wszelką bronią się brzydzę. Nieopatrznie mnie dowartościowali, skoro jestem dla nich tak poważnym zagrożeniem. A jestem, o czym poniżej. Owszem, są i inni ateiści oraz agnostycy i niewierzący – w sumie to nawet pięć procent społeczeństwa. Przy osiemdziesięciu procentach deklarujących wiarę w Boga katolickiego, faktycznie stanowimy bardzo poważne zagrożenie dla tego Kościoła, szczególnie dla narodowego. Osobiście nie wiem jak mógłbym zagrozić Bogu, skoro w Niego nie wierzę. Jeśli jest, na pewno kompletnie się mną nie interesuje, a ja nie chcę uchodzić za Don Kichota, który walczył z wiatrakami. Do wierzących też specjalni nic nie mam, przynajmniej do czasu, gdy mnie się do wiary nie zmusza, choć akurat taka alternatywa jest na „dobrej zmianie”, sorry, na dobrej drodze do realizacji. Kto wie czym to się skończy, jeśli narodowcy uzyskają znaczny wpływ na rządzących lub, nomen omen, nie daj Boże, do władzy się dorwą. Może stanę się męczennikiem ateizmu, jak ów nieszczęsny Kazimierz Łyszczyński, ale przyznam się bez bicia, taka rola mi nie bardzo odpowiada.

  Tak się zastanawiam, co robić? Bo jeśli kolejny „Różaniec do granic” granice szczelnie zamknie...?! Na wszelki wypadek pilnie śledzę drugi sezon polskiego serialu „Wataha”, o przemytnikach ludzi przez zieloną granicę. To nie jest ironia, właśnie przeczytałem, że według GUS, w 2016 roku wyjechało z Polski 120 tys. młodych ludzi... A mieli wracać! Gorzej było tylko za czasów poprzednich rządów PiS. Pewnie jakoś ten trend ucieczki z pisowskiej Polski trzeba będzie zatrzymać, najlepiej przez szczelne zamknięcie granic. Tu pokuszę się o krótką anegdotkę. Na Facebooku był link do radosnego artykułu „Zaczyna się! Europejczycy uciekają do Polski”2 (sic!). Dokładnie chodzi o dwie osoby, Norweżkę z dzieckiem, która chce uzyskać polskie obywatelstwo. Jak to się ma do tych 120 tys.? Chciałem w swoim lekko ironicznym stylu skomentować, ale mnie zbanowali za wcześniejszy komentarz. Jestem u Narodowców na czarnej liście, dosadniej: mam u nich przerąbane...


Przypisy:
1 - https://www.magnapolonia.org/tegoroczny-marsz-niepodleglosci-przejdzie-ulicami-warszawy-pod-haslem-my-chcemy-boga/
2 - https://polskaniepodlegla.pl/kraj-swiat/item/13376-zaczyna-sie-europejczycy-uciekaja-do-polski