czwartek, 30 listopada 2017

Dusza głęboko socjalistyczna




  Jak to mówił ks. Natanek: „jeśli coś jest czarne jak piekło, to wiedz, że coś się dzieje...” Mieliśmy więc ten black Friday, ale nie chodzi tu bynajmniej o czarny piątek w galeriach handlowych. To był czarny dzień wolności.

  „Tego dnia Sejm głosami PiS poparł aż trzy ustawy, tę wolność, szeroko rozumianą, ograniczające: zakaz handlu w niedzielę, zaostrzenie przepisów antyalkoholowych oraz zniesienie limitu składek na ZUS. Gdy Sejm przyklepał antywolnościowe regulacje wszyscy pasjonowali się zdjęciom Naczelnika, przeglądającego w ławach poselskich „Atlas kotów”, co też jest symptomatyczne1. Ostatnio polubiłem zagadki, więc i tu zgadnij mój Czytelniku, kto to napisał? Nie, to nie była „Wyborcza”, to nie był „Newsweek”. Faktycznie „coś się dzieje”, gdyż ta krytyka poczynań PiS-u pochodzi z propisowskiego „Do Rzeczy”, a autorem jest piewca sukcesów rządu Najjaśniejszej, gnębiciel koalicji PO-PSL, sam Łukasz Warzecha (sic!)

  W dalszej części artykułu jest już tylko posypywanie głowy popiołem, za to, że w 2015 roku uwierzył w PiS, który miał „popuścić gorset” po poprzedniej koalicji  a w zamian zafundował nam „paternalistyczny szał, który opanował partię rządzącą”. W swej krytyce Warzecha posuwa się jeszcze dalej: „PiS dzisiaj nie wydaje się już po prostu niezainteresowane kwestią szeroko pojmowanej wolności, ale wręcz żywo zainteresowane w jej ograniczaniu w jakimś szaleńczym przekonaniu, że tędy właśnie prowadzi droga do naprawy państwa. (...) Oczywiście większość [posłów PiS – dopisek mój] karnie podnoszących rękę za kolejnymi regulacjami posłów partii rządzącej nie widzi poszczególnych głosowań jako części większej całości, z różnych powodów: oportunizmu, słabych zdolności intelektualnych, strachu przed odebraniem miejsca na liście, pogrążenia w bieżączce”.  Warzecha dostrzega jeszcze szereg innych zagrożeń ze strony partii, którą rządzi jednoosobowo poseł J. Kaczyński, ale nie zauważa dwóch, chyba najbardziej istotnych – zawładnięcie Trybunałem Konstytucyjnym oraz ustaw o Sądach. Boleje nad zakazem handlu w niedzielę i zaostrzeniem przepisów antyalkoholowych, ale nie widzi najważniejszych zagrożeń. 

  Strategia PiS jest całkowicie czytelna, gra na tłumionych przez lata zawiściach, żalach, poczuciu odrzucenia i bardzo brzydkich resentymentach części wyborców. Najzacieklejsi zwolennicy PiS to ci, którzy są przekonani, że jeżeli w III RP komuś udało się do czegokolwiek dojść, to jest z pewnością złodziejem, spekulantem i wyzyskiwaczem. Podejrzewają, że ci, którzy coś mają, musieli oszukiwać albo ukraść. To doskonale znany mechanizm: bez tych tłumaczeń nieposiadający musieliby przyznać, że to jednak im coś nie wyszło i choćby w części są winni takiemu stanowi rzeczy. W oczach wyborcy partii Kaczyńskiego wszystko jest zatem proste i ładnie się układa: złodzieje z układu się dorobili, więc trzeba im zabrać, a przy okazji rozbije się układ, stawiając na czele swoich zaufanych towarzyszy.

  Brzmi jak o komunie? Warzecha wcale tego nie ukrywa. Dochodzi do wniosku, że „PiS w takich okolicznościach działa na zasadzie „hulaj dusza, piekła nie ma”. A dusza jest, niestety, głęboko socjalistyczna”. Szkoda tylko, że do takich wniosków dochodzi dopiero teraz. Sprawdzałem, czy jego artykuł wywołał jakiś skutek na portalu wPolityce. Zero reakcji. Tam jeszcze zagrożenia wolności obywatelskiej nie dostrzegli.




poniedziałek, 27 listopada 2017

Znów się odchamiłem



  Piękny dzień spędziłem i to nie z powodu „czarnego piątku”, choć tak naprawdę była to sobota. Pojechaliśmy aż do Poznania, do Teatru Muzycznego,  na premierę operetki „Księżniczka czardasza” Emmericha Kálmána w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza. Niezapomniane przeżycie, tym bardziej, że już właściwie zapomniałem, kiedy ostatni raz w ogóle oglądałem operetkę.


  To historia romansu charyzmatycznej kabaretowej szansonistki (Sylwa w wykonaniu Lucyny Winkiel) i pochodzącego z bogatej rodziny przystojnego arystokraty (Edwin, w którego wcielił się Mikołaj Adamczyk), w najsławniejszym dziele Kálmána pokazany jest zarówno melodramatycznie, jak i przewrotnie. Gwiazdą miała być Lucyna Winkiel, ale w moim odczuciu lepszym był tenor Mikołaj Adamczyk), Reżyseria bez zarzutu, choreografia również. Nawet nie raziła bardziej niż skromna scenografia. Ciekawostką było wplecenie w oryginalną muzykę dwóch współczesnych aranżacji, stylizowanych na muzykę estradową i przyznam, że o ile nie wypadły blado, to jednak wykazały wyższość oryginalnego wykonania.

  Próbowałem znaleźć jakiś dobry wideoklip na YouTube, bo filmowanie było zabronione, ale znalazłem tylko jeden fragment zasługujący na uznanie ze względu na jakość, nawet nie ten najciekawszy duetu M. Adamczyka (z prawej) i Marcin Dudek na zupełnie innym przedstawieniu. Dodaje też jeszcze jeden videoklip, jeden z najładniejszych duetów, choć też nie z przedstawienia.




  Niejako przy okazji zwiedziłem sobie galerię handlową Stary Browar (stojący visa vis Teatru Muzycznego), gdzie mimo obniżki cen rzędu pięćdziesięciu procent związanych z „czarnym piątkiem”, który trwał do niedzieli, tłumów nie było. 





piątek, 24 listopada 2017

Niech cię ręka boska broni



  Ostatnio dyskusja na blogu zeszła na temat zapaści w służbie zdrowia. Bezsprzecznie powodem tej zapaści jest jej niedofinansowanie, w mojej ocenie, skutkujące słabymi zarobkami personelu medycznego i pomocniczego. Dziś placówki medyczne opierają się na rezydentach pracujących za półdarmo. Starszych, doświadczonych lekarzy raczej w szpitalach nie uświadczysz. Uciekają w prywatne kliniki lub na Zachód, bo oprócz idei, o atrakcyjności jakiegoś zawodu decydują pieniądze.

  Ten wstęp właściwie niewiele ma wspólnego z meritum notki, jest nią kasa, wcale niebagatelna. Wprawdzie minister Morawiecki, ten od gospodarki, chwali się sukcesami, ale należy to traktować z lekkim przymrużeniem oka. Socjalne zobowiązania rządu, ściślej – rozdawnictwo – czynią budżet stale mocno napiętym. W efekcie niewiele tej kasy pozostaje dla innych celów, jak chociażby owa służba zdrowia. Coś tam jednak wolnego grosza zostaje, stąd pewnie rozkwitło dość dziwne zjawisko. Powstają jak grzyby po deszczu Towarzystwa Kultury Chrześcijańskiej, bo taka tendencja jest przez rząd Najjaśniejszej mocno wspierana. Mówiąc szczerze, nie jestem zazdrośnikiem i strumień pieniędzy, kierowany na te Towarzystwa jakoś specjalnie mnie nie denerwuje. No może w przypadku T. Rydzyka i jego stowarzyszenie Lux Veritas, które dostanie od pewnego ministerstwa  ponad 624 tys. złotych, zaś Szkoła Medialna jeszcze 145 tysięcy. Ale to nie jest rekord. Fundacja im św. Cyryla Metodego odstanie 1,338 mln złotych, która ma w statucie taki zapis: (...) wysiłki na rzecz edukacji społecznej i moralnej czerpiące z Cyrylo-Metodiańskiej spuścizny kulturowej”.

  Spróbujcie zgadnąć jakie ministerstwo tak hojną ręką obdziela te chrześcijańskie stowarzyszenia i fundacje, a przecież wymieniłem tylko dwa? I tu jest dopiero zdziwienie, bo to ministerstwo sprawiedliwości, kierowane mocną ręką pana Z. Ziobry. Rozdział takich funduszy niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, bo beneficjentami są tylko stowarzyszenia chrześcijańskie, należałby by się jednak zastanowić nad związkiem przyczynowo skutkowym. I tu już zaczyna być dziwnie. Gdyby bowiem w Polsce istniało ministerstwo Wiary, wszystko byłoby zrozumiałe, ale w przyznawanych grantach jest zazwyczaj klauzula „przeciwdziałanie przestępczości” (sic!) Ja tę klauzulę rozumiem w stosunku do ministerstwa Z. Ziobry, ale co ma z tym wspólnego Lux Veritas, czy fundacja Cyryla Metodego?! Przecież te podmioty nie mają nawet w statusie takich działań. Z 36 organizacji chrześcijańskich wybranych do konkursu, tylko 12 ma wpisane w status ową formułę przeciwdziałania przemocy (sic!)

  Mam obawy, że rząd Najjaśniejszej chce przywrócić Tradycję Chrześcijańskiej Sprawiedliwości, choć nie tę o drugim policzku. No, może Inkwizycji nie przywróci, ale rzecz w tym, że już dziś, każdy otwierany posterunek policji, prokuratury i sądu jest błogosławiony przez kapłana. Jak amen w pacierzu, pewnym jest, że owe chrześcijańskie stowarzyszenia będą teraz myślały nad sposobem chrześcijańskich metod prowadzenia śledztwa. Czyżby trzeba było usankcjonować i pobłogosławić wydobywanie zeznań paralizatorami? Może wśród kar za drobne przestępstwa pojawi się skazanie na egzorcyzmy? Może w kontekście przeciwdziałania przemocy w kodeksie karnym pojawi się groźna formuła „Niech cię ręka boska chroni przed...”, bo wiadomo, że skutek tej groźby jest dość skuteczny, a ów minister obiecał zaostrzenie tego Kodeksu.

  Jeśli do tego dodać niebagatelne kwoty z ministerstwa wojny na rzecz T. Rydzyka, oraz podobne z ministerstwa kultury, można odnieść wrażenie, że rząd Najjaśniejszej postawił na trzy elementy poprawy świadomości obywateli mu podległych – boska sprawiedliwość, boska opatrzność i boska świadomość. I choć jestem ateistą, napiszę błagalnie: Boże! Miej nas w swojej opiece...





wtorek, 21 listopada 2017

Dzień ubogich



  Przedwczoraj był pierwszym Światowym Dniem Ubogich. Jestem zrzędą proforma, dlatego nie bardzo rozumiem skąd przyszedł mi w związku z tym na myśl fragment piosenki dla dzieci Cecil F. Alexander (1823-1895) i niech on posłuży za wstęp:
Jeden w swoim pałacu
Drugi żyje w biedzie
To z Boskiego wyroku
Tak się życie wiedzie.1

  Ten fragment ze zrozumiałych względów to zbyt daleko idące uproszczenie, choć tak między Bogiem a prawdą, tenże Bóg nigdy bogacenia się, nie potępiał. Wprawdzie gdzieś tam mówi coś o wielbłądzie i uchu igielnym, ale jednocześnie nie raz chwali mądrość bogatych oraz uświęca cnotę biedy, czyli sankcjonuje różnice posiadania. Jedyna idea społecznej i materialnej równości wywodzi się z... komunizmu, ale wiadomo, to iście szatański pomysł. Problem w tym, że w podobny sposób nasza Najjaśniejsza chce, przynajmniej teoretycznie, zrównać te różnice na sposób janosikowy, odbierając bogatym i dając biednym, choć nie bezwarunkowo – mają się rozmnażać jak króliki. Pewnie się powtarzam, ale ja już do końca życia tej zniewagi miłościwie nam panującym nie wybaczę. Jeszcze nikt, nawet komuniści, tak bardzo nie ubliżyli ludzkiej godności.

  Ale do rzeczy, mam zamiar poruszyć temat, który z pozoru wydaje się niczym nie związany z treściami powyżej, o biedzie. Pod hasłem: „Dziś i jutro dzieła intronizacji”2 odbyło się ogólnopolskie spotkanie czcicieli Chrystusa Króla, które ma być odnowieniem Aktu przyjęcia Go za Króla i Pana Polski. Już w samym tym akcie jest propagowanie stosunków monarchistycznych, gdzie Pan i Władca ma prawo zdzierać z poddanych ostatni grosz, pod pretekstem ich ochrony przed złem. Mnie się to dziwnie kojarzy ze współczesną mafią, która za „drobną” opłatą chroni (pozornie) sklepikarzy przed nieszczęściem. Posłużę się przykładem z tego spotkania: „Mówiąc o społecznym królowaniu Chrystusa dzisiaj, trzeba podkreślić, że pierwszym wyrazem tego panowania jest to, że religia posiada pierwszeństwo w stosunku do polityki. (...) trzeba tak się ukształtować, aby podobać się Panu. Jeśli nie będzie się w tym budowaniu pokornym, to zacznie się budować na sobie”. Czyż to nie jest feudalizm czystej wody?! Aby być dobrze zrozumianym, nie mam nic przeciw temu, jeśli komuś rola bezwzględnie poddanego się podoba, ale wara od tych, którym taka bezwzględność nie pasuje. Państwo, jako instytucja, i tak jest już dostatecznie restrykcyjne, co wynika z umowy społeczno-politycznej, by potrzeba było tę restrykcję wzmacniać względami religijnymi, gdyż bieda, rozumiana w sensie stricte, nie ogranicza się li tylko do posiadania dóbr materialnych. Jeszcze większą biedą jest ograniczenie wolności osobistej, już nie tylko w formie politycznej ale również światopoglądowej i społecznej.

  Do czego zmierza ten trend do poddaństwa? To jeszcze dzieje się podobno tylko na płaszczyźnie, a raczej pod płaszczykiem religii, ale zmierza do jednego – utworzenia państwa religijnego, gdzie bieda będzie świętością, w dodatku usankcjonowaną. Łatwiej wmówić poddanym, że bieda jest święta, nawet jeśli nie z wyboru. Wierni będą jak Hiob, któremu nieszczęścia i biedę wynagrodzi Bóg, nawet jeśli tenże tę biedę i nieszczęścia na niego sprowadził. Religijna władza, mająca pierwszeństwo przed polityczną, będzie mogła się władzą polityczną zasłaniać. Że przesadzam? Ostatnio Najjaśniejsza pochwali się, że zdecydowanie zmniejszyła ubóstwo. To skrajne z 6,5 do 4,9 proc. To naprawdę tak dużo przy wydatkach rzędu 20 miliardów na rok? A kto na te miliardy się składa, czyżby miłosierna ręka władzy politycznej, która nie pozwoli nam zdychać z biedy? Będzie jednak lepiej o ile uznamy, że Jezus Chrystus jest naszym Królem i Panem. A On nie dbał o dobra doczesne. Powinniśmy Go naśladować, ale tylko w tym ubóstwie i w miłości do Boga Ojca. Reszta jest marnością na marnościami. Swego czasu Marks wymyślił powiedzenie: „Religia to opium dla mas”, ja bym to uściślił: opium dla biednych. 

  Teraz mam pytanie do Czytelników z cyklu, kto to powiedział: „Rząd (...) jako swój pierwszy  i najważniejszy obowiązek traktował będzie ożywienie w narodzie ducha jedności i współpracy. (...) Traktuje on chrześcijaństwo jako fundament naszej narodowej moralności, a rodzinę jako podstawę życia narodu3. Zaskakującą odpowiedź znajdziesz Czytelniku w przypisach, ale warto tu zwrócić uwagę na owo „chrześcijaństwo” i skutki, jakie to ze sobą niesie. Można się ze mną nie zgodzić, ale śmiem twierdzić, że religia, szczególnie katolicka, oraz rząd Najjaśniejszej, traktuje biedę jako niezbędny warunek do wykazania się miłosierdziem wobec ubóstwa, choć tylko poprzez jałmużnę (patrz: program 500 plus).



Przypisy:
1 – za „Ateizm”, Michael Ruse, wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2016 r., str. 52
2 -
http://www.pch24.pl/spotkanie-czcicieli-chrystusa-krola--religia-ma-pierwszenstwo-w-stosunku-do-polityki-,56258,i.html
3 - „Ateizm”, Michael Ruse, wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2016 r., str. 54. Te słowa wypowiedział Hitler tuż po nominacji na kanclerza, co nie zmienia faktu, że prywatnie był wrogiem chrześcijaństwa. Niemniej to jest klasyczny przykład „małżeństwa” religii i polityki, które doprowadziło nie tylko do ogólnej biedy, ale również śmierci wielu niewinnych ludzi.