niedziela, 27 maja 2018

Rodzina święta jest


  Aby nie było wątpliwości, tytuł jest ironiczny. Na portalu Oko.press poruszono problem, do którego nie sposób mi się nie odnieść, choć muszę coś wyjaśnić już we wstępie. Problem znam z autopsji, ale proszę tej notki w żadnym wypadku nie traktować w kategoriach użalania się nad sobą i nad swoim losem. Dziś mam tyle lat, że tamten czas, czas dzieciństwa i dorastania, to jak oglądanie przedwojennego filmu w telewizyjnym cyklu „W starym kinie”, który też odszdł do lamusa.

  Rodzice, jedno alkoholik, drugie sadysta, nie bez kozery dodam, że jak cała szerzej pojęta rodzina – gorliwi katolicy, więc nikt o rozwodzie nie myślał nawet myśleć. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć dni, kiedy czułem się naprawdę szczęśliwy, ale to nie miało żadnego związku z rodziną. I tak przez dwadzieścia lat, kiedy w końcu się usamodzielniłem. Było kilka przyczyn prawdziwej gehenny: stres przed, w czasie i po awanturach rodziców, strach przed biciem, wstyd przed kolegami i koleżankami, oraz głód, kiedy czasami za jedyny posiłek mieliśmy z siostrą ugotowaną kaszę manną polaną tłuszczem i posypaną cukrem. Pieniądze rodzicom rozpływały się w tempie topniejącego lodu w upalny, słoneczny dzień. Mimo to, gdy mnie i siostrze grożono, że zostaniemy oddani do sierocińca, czuliśmy paniczny strach, co raczej wynikało z niewiedzy i strasznych opowieści, niż ze stanu faktycznego, choć podobno (bo nie znam faktów) naprawdę nie był to w tamtych czasach raj na ziemi. Tak zwany czynnik społeczny zainteresował się nami raz, gdy z siostrą zrobiliśmy sobie dwutygodniowe wagary w szkole podstawowej. Skończyło się na dość upokarzającym powrocie do ław szkolnych.

  We wspomnianym artykule1 są pewne dane statystyczne, które porażają. W ubiegłym roku było zarejestrowanych blisko 76 tys. rodzin z problemami alkoholizmu i przemocy, którym odebrano dzieci, co według mnie i tak nie oddaje skali zjawiska, gdyż można domniemywać, a jest to domniemanie uzasadnione, że jeszcze więcej takich sytuacji w rodzinach jest starannie ukrywana przed opinią publiczną. Szacuje się, że w Polsce nadmiernie i szkodliwie pije trzy miliony osób. Niech tylko połowa z nich jest lub była jednym z rodziców, mamy dość przykry, by nie napisać: tragiczny obraz części polskich rodzin, dodajmy rodzin z dziećmi. I teraz najważniejsze: odsetek odebranych dzieci tylko z powodu głodu (ubóstwa rodziny) to – półtora promila! I z powodu tego półtora promila państwo PiS chce wprowadzić dyrektywę, która będzie gminy przymuszać do zwracania dzieci z Domów Dziecka patologicznym rodzinom, bo przecież w Polsce nie podobna rozbijać rodzin – rodzina to rzecz święta!

  Aby naświetlić problem jeszcze jedne dane, przedstawione w tym artykule, dotyczące przyczyn odbierania dzieci rodzinom:
- choroba alkoholowa rodziców to 52 proc.;
- zaniedbania opiekuńczo-wychowawcze (zdrowie i higiena) to 38 proc.;
- przemoc psychiczna, fizyczna i seksualna to 36 proc;
- trudna sytuacja materialna rodziców to 21 proc.;
- brak nadzoru nad dziećmi to 18 proc.;
- zaburzenia psychiczne rodziców to 12 proc;
Całość przekracza sto procent, co jest efektem nakładania się niektórych przyczyn, które skutkują odbieraniem dzieci.

  Mam coraz więcej wątpliwości, co do Ustawy o wspieraniu rodziny i projektu jej zmian, szczególnie w kontekście upodmiotowienia rodziny, z jednoczesnym uprzedmiotowieniem dzieci, których los jest ważny tylko jako element składowy rodziny. I nie ma w tym moim określeniu zbytniej przesady. W Polsce żadna instytucja nie interesuje się dziećmi, które oddano rodzicom po reintegracji rodziny, liczy się tylko sukces rządu, który rozwiązał problem rozdzielania rodzin z powodu ubóstwa, problem tak marginalny, że można uznać, iż go wcale nie było. Zagrywka miała charakter stricte propagandowy i może być przyczyną gehenny tych dzieci, które na izolację od chorej rodziny, aczkolwiek świętej, zasługują, jak również na opiekę państwa. Szczerze polecam artykuł, szczególnie z uwagi na znacznie szersze spojrzenie na problem.




30 komentarzy:

  1. Rodzina świętą nie jest,a działania rządu to tylko propaganda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby to była tylko propaganda... Jej skutkiem będzie to, że dzieci będą wracać do patologicznej rodziny.

      Usuń
  2. Ja nie rozumiem jednego - "trudna sytuacja materialna rodziców to 21 proc. przypadków"; czyli ta trudna sytuacja materialna to nie bieda?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak to bieda, ale czytaj ze zrozumieniem. Bieda jako jedyna przyczyną odebrania dziecka to 15 promili wszystkich przypadków odebrania dzieci, 21 procent dotyczy tych stanów, gdy bieda jest wynikiem np. alkoholizmu, co jest całkiem zrozumiałe. Daj alkoholikowi więcej pieniędzy, czy bieda i alkoholizm znikną?

      Usuń
  3. Niestety - mam za ścianą taką "świętą rodzinę". Na okrągło pijaństwo, wyzwiska i przemoc.

    Ale w niedzielę przed południem pod rączkę do kościółka grzecznie kroczą....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myśmy też każda niedzielę grzecznie, odświętnie ubrani szli do kościoła...

      Usuń
  4. Oj, dobrze wiem, o czym mówisz, z opowieści mojej babci, która pomagała rodzinie swojej siostry, z obserwacji w mojej dalszej rodzinie i wreszcie z pracy w szkole. Tylko w tym roku zabrano ze szkoły do bidula kilkanaścioro dzieci, nawet 500 plus nie pomogło, by się niektórzy opamiętali.
    Ile warte są słowa i programy rządu widzieliśmy z relacji z sejmu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 500 plus nawet z założenia nie miało przełamać patologi w rodzinach. Ponieważ dziś nie ma żadnych efektów tego programu, można mniemać, że tę patologię wzmacnia.

      Usuń
  5. Latem 2014 słuchałem w radiu TOK FM wywiadu z Władysławem Kozakiewiczem. W pewnym momencie mówiąc o ojcu się rozbeczał.
    Władysław Kozakiewicz: jak ojciec mnie bił, krew była na ścianach
    https://sport.onet.pl/lekkoatletyka/wladyslaw-kozakiewicz-jak-ojciec-mnie-bil-krew-byla-na-scianach/dnrrm

    U moich wileńskich krewnych też było podobnie ale z innym finałem.

    Historię ta wydarzyła się u moich krewnych w Ponarach, które były wtedy wsią koło Wilna. A więc niedaleko od Solecznik ,w których pierwsze baty obrywał Władysław Kozakiewicz i jego starszy brat Edward.

    W Ponarach mieszkała ciotka mojej matki. Jej najstarszy syn Romuald był dzieckiem nieślubnym i nosił nazwisko panieńskie matki a więc i mojej babki i dalej moich pra....dziadków. Romek miał młodszych braci jednego o 8 lat a drugiego o 13 lat (mojego rówieśnika). Ojczym Romka był człowiekiem porywczym, lubiącym gorzałę i bijącym innych przy każdej nadarzającej się okazji. Latem 1945 roku oberwałem od niego solidne lanie razem z jego najmłodszym synem za rozpalenie ogniska w lesie.

    Ale ad rem . Romuald oraz my przyjechaliśmy do Polski nie chcąc stać się grażdanami ZSRR. . Rodzina Piotra Jankowskiego pozostała w Ponarach. Ojczym Romka terroryzował rodzinę bezkarnie.

    Romek mieszkający w Łodzi był bezsilny. Ale latka leciały i gdzieś tak koło1957 – 58 roku bracia wyrośli i zmężnieli. Jeden miał ca. 23 lata a drugi 18 i po kolejnej awanturze postanowili rozwiązać problem we własnym zakresie.

    Przygotowali solidne długie powrozy oraz dorożkarskie baty i czekali na następną drakę. W czasie którejś popijawy z koleżkami Piotr Jankowski znów zaczął grzmocić żonę za opieszałość przy podawaniu alkoholu i zagrychy. Bracia najpierw przyłożyli staremu sierpowe Jeden w szczękę , drugi na wątrobę.

    Następnie przywiązali powrozy do przegubów rąk i wywlekli go z domu na rozstajne drogi (60 –70m od domu) gdzie rósł solidny dąb. Powrozy przerzucili przez najniższą gałąź i przywiązali ojca do pnia. Ściągnęli mu spodnie i kalesony i od miejsca gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę w dół aż do łydek i publicznie wybatożyli na przemian z obu stron tak, że pręgi po biczach utworzyły rysunek kraty. Przywiązanego do drzewa przytrzymali kilka godzin by zarówno kumple od kielicha jak i inni mieszkańcy zobaczyli ten cały palawer.

    O zmroku spakowali jego osobiste rzeczy do walizek, odwiązali, odprowadzili na sttację i zagrozili. że jeżeli znajdzie się bliżej niż 0,5km od domu to będzie miał powtórkę z rozrywki.

    Stary Jankowski był widziany przez kilka tygodni w Wilnie jak i w Ponarach a następnie opuścił Europę i osiadł za Uralem. Kontakt z rodziną zerwał, jedynie najstarsza siostra Romka pojechała do niego i wróciła do Wilna po jego śmierci.

    A mnie po latach nasuwają się refleksje jak cienka może być granica między dobrem a złem. Co powinno mieć pierwszeństwo w postępowaniu (a więc i w ocenie) zdrowy rozsądek czy procedury ?

    4 przykazanie Dekalogu jest jasne a więc formalnie chłopaki powinni smażyć się w piekle.

    Ale przypominając wybite wszystkie zęby pani Kozakiewicz (zarówno Edward jak i Władysław nie obronili swej matki przed sadystą) oraz jej reakcję w Hanowerze na wiadomość o śmierci męża (z ulgą „no nareszcie”) nasuwa się pytanie dlaczego tak silne i sprawne chłopy (i trener i późniejszy mistrz z Moskwy) nie potrafili utemperować bydlaka. Przeczytajcie jeszcze raz wywiad z mistrzem olimpijskim.

    ..............Prawdopodobnie przypadki przemocy powtarzają się niezależnie od miejsca, czasu, ekipy rządzącej, światopoglądu, statusu społecznego, czy wyznania, itd. itd.

    W prawie każdej dziedzinie życia takie wątpliwości można znaleźć na pęczki.

    Nierzadko bywa, że uszczęśliwiając jednych dzieje się to kosztem drugich.

    A wracając do niewiele starszych ode mnie kuzynów mojej matki uważam, że postąpili słusznie uwalniając siebie, siostry i matkę od pijaka, darmozjada i damskiego boksera. Howg.


    Pozdrawiam statar

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam na moim blogu ;)

      Cóż, historie o Kozakiewiczu i ta o Twoich krewnych wydają się ciekawe, na ile lubimy słuchać dramatyczne, czasami wręcz tragiczne historie.

      Pozwolę sobie jednak na inne konkluzje:
      - Czy Kozakiewicz był maltretowany, gdy był już „silny i sprawny chłop”? Na mnie też już ojciec nie podnosił ręki, gdy urosłem na tyle, by mu oddać.
      - To oczywiste, że przypadki przemocy mają miejsc niezależnie od opcji politycznej. Nie winię za to PiS, mam zastrzeżenia do prób „naprawy” sytuacji maltretowanych a odseparowanych już dzieci.
      - Ja na długie dekady zapomniałem o rodzicach, tylko nie wiem czy byłem z tego powodu szczęśliwy...

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Witaj.
    Dla mnie rodzina jest ważna,a precyzyjniej rzecz ujmując-najważniejsza.
    Napisałeś się sporo o patologii w rodzinie.
    Nie znasz żadnej normalnej rodziny żeby dla równowagi coś dobrego o rodzinie napisać?
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ znam, nawet wiele „normalnych” rodzin, o ile przez normalność rozumiemy to samo. Bo gdybyś mnie zapytał, czy znam super, lub tylko szczęśliwe rodziny, rzekłbym: wzorcowe, to z ręką na sercu, miałbym poważny problem taką wskazać.
      Ale załóżmy, że takie są, bom niepoprawny optymista, to czy to powód. aby o patologicznych nie pisać? Bo skoro problemu nie widzę, nie opiszę, to go nie ma? Zamykanie oczu na takie problemy ich nie wyeliminuje.
      W dodatku nazwa tego blogu – „Zrzęda” – zobowiązuje ;)

      Odwzajemniam pozdrowienia.

      Usuń
    2. Masz rację,nick zobowiązuje,więc oczywiście za dużo wymagam.
      Co do rozumienia tzw.normalności.
      Wydaje mi się,że nie powinieneś mieć żadnych problemów ze zrozumieniem,bo normalna rodzina to nie patologiczna rodzina.
      Ps.
      "Bo gdybyś mnie zapytał, czy znam super, lub tylko szczęśliwe rodziny, rzekłbym: wzorcowe, to z ręką na sercu, miałbym poważny problem taką wskazać."
      Nie ty jeden.Prawdopodobnie większość,w tym m.in.ja także miałbym z tym problem.
      Bo "super" czy "wzorcowe" to prawdopodobnie ideały.Moim zdaniem wystarczająco brzmi normalne,często szczęśliwe.

      Usuń
    3. Nie nick a tytuł, nigdzie nie podpisuję się jako zrzęda ;)

      Otóż masz rację, nie mam problemów z rozróżnieniem tego, co jest normalną rodziną, mój problem polega na tym, że nie jestem pewien, czy to jest zawsze szczęśliwa rodzina. Gdybym chciał tę „normalność” opisać, znając swoją tendencję do zrzędzenia, pewnie uwypukliłbym negatywy, pozytywom poświęcając tylko trochę miejsca. Przez ostatnie kilkanaście lat, z powodu pewnej działalności społecznej, poznałem więcej rodzin, niż to jest dane zwykłemu śmiertelnikowi. Wnioski, z mojego punktu widzenia, są niestety przerażające, więc sobie daruję próbę opisania „normalności”.

      Usuń
    4. Sorki za tego "zrzędę".
      Oczywiście masz rację.Nie wiem jaka to "działalność społeczna" która pozwoliła ci zapoznać się z patologią rodzinną,ale mam koleżankę,która pracuje w Opiece Społecznej.
      Co ja się nasłucham,kiedy się okazjonalnie spotkamy i nieostrożnie zapytam np.co tam u ciebie słychać.
      Ale,moim skromnym zdaniem samym zrzędzeniem i opisywaniem tego na blogach,komentarzach itp.itd.tego problemu nie załatwimy.Klawiatura wszystko przyjmie.
      W realu możemy skuteczniej pomóc takim rodzinom.

      "Wnioski, z mojego punktu widzenia, są niestety przerażające, więc sobie daruję próbę opisania „normalności”."

      Mam nadzieję,że na samych wnioskach nawet najbardziej przerażających się nie skończyło i jakaś próba przywróceniu normalności była,bo chyba taki był cel tej działalności społecznej?.

      Usuń
    5. Zrzęda to pikuś, spokojnie, nawet nie poczułem się urażony.

      Chyba mnie przeceniasz, nie mam nawet zamiaru traktować bloga jako misji, mając pełną świadomość, jak nikłe znaczenie ma ten blog w oddziaływaniu nawet na pojedynczych czytelników, o społecznościach nie wspominając. O misyjnej działalności możesz mówić publikując, już nawet na średnio poczytnych portalach. Kiedyś nawet próbowałem na jednym, ale on okazał się dużo poniżej owej średniej poczytności, w dodatku królowała tam cenzura ;)

      Może tak jak Twoja koleżanka, tak i ja już ma „spaczone” podejście do tematu, spaczone przez pryzmat ludzi potrzebujących pomocy Opieki Społecznej? To jest fascynujące zajęcie, ale ono zmienia nasz punkt widzenia na pewne sprawy. Jednak jest gorzej. Krótko, bo niespełna na rok, za namową znajomego, nająłem się do lichwiarskiej firmy pożyczkowej. To był dopiero kabaret, ale nie wytrzymałem. Nie mogłem patrzeć jak ludzie wpędzają się sami, choć z pomocą tej firmy, w totalną klęskę życiową. To byli w przewadze ludzie z „normalnych” rodzin, którym na chwilę „potknęła się noga”. Niewielu udało się stanąć z powrotem w wyprostowanej pozycji. A wystarczyło na krótko zacisnąć pasa...

      Usuń
    6. Lichwiarze wykorzystują ludzi,często znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej.Są to zwykłe mendy bez sumienia.
      Ostatnoio o tym głośno:

      https://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zatrzymano-pieciu-notariuszy-z-Trojmiasta-n124073.html

      Mam nadzieję,ze tym razem "nadzwyczajna kasta" ich nie obroni bo prokuratura zaskarży decyzję sądu rejonowego o niezastosowanie aresztu dla tych mafiozów.

      Usuń
    7. Miałem na myśli legalnie działającą na polskim rynku firmę pożyczkową, której koszty pożyczki to 75 proc od pożyczanej sumy. Takie są dwie, zresztą dość znane.

      Natomiast we wskazanym przez Ciebie artykule mam wątpliwości. Zależy z kim ci notariusze są powiązani.

      Usuń
    8. "Zależy z kim ci notariusze są powiązani."

      Prokuratura ustaliła.
      Teraz wszystko zależy od sądu.

      Usuń
    9. Teraz doczytałem ;) Skoro sprawą zajmuje się minister Ziobro wszystko jest jasne. Niemal tak jasne jak za poprzednich rządów PiS z tym chirurgiem, który już więcej nikogo nie zabije.
      Ale spokojnie, ja niczego nie przesądzam ;)

      Usuń
    10. Można Ministra Ziobro nie lubić,nie ma przymusu.
      Jeżeli masz na myśli tego chirurga,którego ja mam na myśli,to niewinny całkiem on nie jest.
      Ale jednego Ministrowi Ziobro z pewnością nie można zarzucić.
      Nie jest umoczony jak ta cała banda POpapranych aferałów.
      Przykładowo ja mu kibicuję bo jest co sprzątać po nierządach poprzedniej władzy.

      Usuń
    11. Pewnie, że nie jest bez winy, tylko akurat nikogo nie zamordował, tak chciał przed kamerami Ziobro.

      Zdziwiłbym się gdyby był umoczony w układy z PO, natomiast nie dziwi mnie, że jest umoczony w mafijne układy z Rydzykiem. W tym roku przelał mu ponad 700 tys. zł i tu uwaga!, podobno na to by Rydzyk przeciwdziałał przestępczości (sic!) Koń by się uśmiał..., bo to przecież haracz za poparcie w wyborach. Tak ci praworządni zdobywają władzę i tak się odwdzięczają. A niepełnosprawni niech zdychają.

      Usuń
  7. Dla mnie najważniejsze jest dobro dzieci, rozumiane jako prawo (zrealizowane) do życia w normalnych warunkach. Jednak sprawa nie jest prosta, bo jak sam piszesz dzieci czują największy strach przed rozdzieleniem ich z rodzicami. Nie przed biciem, głodem, ubóstwem. Przed utratą rodziców - czyli także rodziny. Dlatego sama nie wiem, co jest lepsze i cieszę się, że nie mam na to bezpośredniego wpływu. Dobrze by jednak było, gdyby wpływ miały osoby mądre a nie ukierunkowane politycznie. Ale to też nie jest możliwe, niezależnie od rządzącej opcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, napisałem, że baliśmy się z siostrą oddania do Domu Dziecka. Tylko, po pierwsze, nie bardzo wiedzieliśmy jak tam jest naprawdę, po drugie, to wcale nie wiązało się ze strachem przed rozdzieleniem z rodziną. Może nie powinienem się przyznawać, ale od momentu, gdy dowiedziałem się o takiej „instytucji” jak rozwód – o niczym innym nie marzyłem. Rozwód nie eliminował wszystkich „zagrożeń”, bo przy kim zostać jak wybór był mało ciekawy: alkoholik lub sadysta, ale zniknęłyby awantury zmuszając do życia w ciągłym stresie.

      Z jednym się na pewno z Tobą zgodzę – te problemy powinni rozstrzygać mądre osoby, całkowicie niezależne od politycznych trendów.

      Usuń
  8. Mam nadzieję, że znakomita większość rodzin była, jest i będzie normalna. Problem to obłuda i "zamiatanie pod dywan" różnych "wstydliwych" tematów przez sporą część społeczeństwa, głównie decydentów różnej maści: politycznych, religijnych, kulturowych itd. Do tego dochodzi niemała ilość sępów dziennikarskich, które potrafią dla własnych korzyści wypaczyć rzeczywistość.
    Autorytety moralne sformułowały wiele, często lapidarnych zdań na ten temat. Ostatnio często cytowano: " o jakości człowieka świadczy jego postępowanie w stosunku do osób słabszych". Ja rozszerzam i ujął bym tak: we własnym i otoczenia
    interesie staraj się nie krzywdzić żadnego organizmu (które Tobie bezpośrednio nie zagraża) i jeżeli możesz pomagaj bezinteresownie słabszym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, dla mnie problem stanowi określenie „normalność”, bo należałoby zapytać jakie warunki trzeba spełnić, bo coś było (tu: rodzina) normalne? Łatwiej mówić o standardach, ale owe też się zmieniają. W pełni zgodzę się ze stwierdzeniem, że wiele tematów pseudo-wstydliwych „zmiata się pod dywan”, przez co owa normalność jest pojęciem enigmatycznym.

      Natomiast autorytetom nie do końca dowierzam, taki ze mnie sceptyk. Bo jeśli jakiś autorytet mówi, że rodzina to rzecz święta, znając życie lepiej niż ten autorytet (i nie mam tu na myśli li tylko własnych przeżyć), mam prawo mieć wątpliwości. Ale aby była jasność, ja nie potępiam instytucji rodziny jako takiej, uważam tylko, że w tej materii mamy mieć wybór. Jeśli ktoś w rodzinie odnajduje cel istnienia, widzi więcej zalet niż wad – bez ironii, chwała mu za to. Tylko czy wtedy na pewno potrzeba autorytetów i dziwnych przykładów jako wzór?

      Usuń
  9. Prawdę mówiąc nie bardzo widzę by był jakiś dobry program pomocy rodzinie alkoholików posiadających dzieci.Zabranie dzieci jest najprostszym rozwiązaniem- starzy nadal chleją a dzieci nabywają choroby sierocej w domu dziecka. A ponieważ jest demokracja to nie można pijaka zamknąć na przymusowym leczeniu ani zaraz po wyleczeniu skierować do przymusowej pracy, by był z niego jakiś pożytek i choć częściowy zwrot kosztów jego lecenia. Typowe domy dziecka fajne nie są, to swoista przechowalnia. Chyba bardziej sprawdzałyby się "rodziny zastępcze".
    To naprawdę trudny problem.Bo dzieci wychowujące się w domu, w którym króluje alkohol i przemoc zawsze mają problemy w swym własnym, dorosłym życiu, bo wzrastały w złych wzorcach. A pisuarom idzie tylko i wyłącznie o odzyskanie forsy, która idzie na domy dziecka.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo też nie ma dobrego programu radzenia sobie z alkoholizmem, na dodatek, nie ma też w stu procentach skutecznej terapii.

      Ja mam natomiast i tak spore wątpliwości. Wychowywanie się w dobrej rodzinie, też nie jest gwarantem na szczęśliwe życie. Na każą nową rodzinę składają się obcy sobie ludzie.

      Pozdrawiam pięknie ;)

      Usuń
    2. Asmo, czy ja kiedyś napisałam, że życie pod jednym dachem z kimś (w gruncie rzeczy obcym) jest łatwe? Nawet jeśli jest się z tej samej klasy społecznej to i tak każde wzrastało w odmiennych nieco warunkach i zwyczajach. I nagle lądujesz z obcą osobą pod jednym dachem, przeważnie w jednym łóżku i niemal ciągle albo cię coś zadziwia albo zwyczajnie wnerwia. I wtedy, jeśli pomimo tak wielce niesprzyjających warunków umiesz się z tym obcym/obcą dogadać i żyjecie zgodnie, to wtedy ewentualne potomstwo (bo może podejmiecie decyzję, że bachory są be i potomstwa nie będzie) będzie miało dobry przykład, że wszystko można omówić i wspólnie przepracować i niejako automatycznie nauczy się,że w związku dwóch "obcych" potrzeba dużo wzajemnej tolerancji i zrozumienia.
      Bo tak się jakoś dziwnie składa, że każde dziecko gdy dorośnie podświadomie na partnera/partnerkę wybiera osoby podobne do pod względem psychicznym do swych rodziców. Nawet gdy się zarzekają, że jego wybrany/wybrana musi być zupełnie inny niż rodzice.
      Miłego;)

      Usuń
    3. Umiesz, czy musisz się z tą obcą dogadać? W jakimś stopniu pomaga tu narzeczeństwo, ale nie łudźmy się, to są dwa inne światy. Do fajnego towarzystwa dochodzą już mniej fajne obowiązki, bo „docieranie się: to tylko jeden z aspektów istoty małżeństwa.

      Powiem szczerze, że nie wiem, jak to jest z tym wyborem partnera/-ki. Jestem skłonny twierdzić, że duża doza w tym przypadku a nie kierowania się podobieństwem do rodziców. Gdybym ja miał się kierować podobieństwem przyszłej żony do mojej matki – do dziś byłbym zatwardziałym kawalerem. Wiem, ja to nie wszyscy, pewnie są tacy, którzy szukają podobnych do rodziców. I tu zagwozdka, bo przecież takich nie ma, podobieństwa są minimalne, wręcz marginalne. Może kobiety mają inaczej, ale ja przykład zwracałem uwagę na kuchnie przyszłej wybranki, i jeśli była podobna do moich przyzwyczajeń (to był jedyny odnośnik do moich rodziców) – jej szanse rosły ;)

      Usuń