piątek, 29 czerwca 2018

Był sobie ławnik


  Byłem ławnikiem w sądzie powiatowym w wydziale spraw karnych. Wybrano mnie na kandydata w czasie wiejskiego zebrania niemal przez aklamację. Ktoś tam krzyknął moje nazwisko i wszystkie ręce podniosły się do góry, co mnie zdziwiło, bo wioskowy to ja jestem dopiero od emerytury. Urząd powiatowy prześwietlił mnie na wszystkie sposoby, a tak się akurat złożyło, że przez dziesięć lat wstecz nawet na mandat drogowy się nie załapałem. Mój kontakt z wymiarem sprawiedliwości ograniczał się do znajomości pewnego klawisza w więzieniu w Katowicach. Do doświadczeń w tej materii, bez wątpienia zaliczyłbym kilka odwiedzin w tym więzieniu, na zaproszenie owego kumpla.

  Ławnik to funkcja społeczna, tak zwany niezawodowy członek w składzie orzekającym określany mianem czynnika społecznego. Za każdy dzień  należała mi się dieta i zwrot kosztów przejazdu, w sumie to było osiemdziesiąt złotych... raz w miesiącu, gdyż częściej mnie nie wzywano. Nie powiem, nawet to ciekawe było, choć przy „grubszych” sprawach nachodziły mnie obawy, bo ci osądzani na ugodowych nie wyglądali. Bardziej na rządnych zemsty. Gdybym miał talent, jakąś książeczkę pod tytułem „Pitaval powiatowy” mógłbym napisać, na dodatek nie brakowałoby w niej humoru. Ja wspominam o tym nie bez kozery. Właśnie przed kilkoma dniami przed audytorium Senatu Najjaśniejszej odbyła się rekrutacja na ławników Sądy Najwyższego. Przyznam szczerze, jak na spowiedzi, że żałuję, iż nie miałem okazji tego oglądać „na żywo”, gdyż jak wynika z doniesień medialnych, niezły kabaret to był.

  Nie mogę się powstrzymać przed powtórzeniem kilku „ciekawszy” wypowiedzi, choć pewnie część moich Czytelników jest również czytelnikami portal Oko.Press.pl. Ja bez nazwisk, bo te są raczej nieistotne.
Zdobywałem doświadczenie i posługiwałem się logiką, dzięki temu mogę teraz podchodzić do spraw wielopłaszczyznowo”;
Nigdy nie byłem w małżeństwie” – to odpowiedź na pytanie o stan cywilny;
To pokłosie lat młodzieńczych. Rozważałem bycie prawnikiem, ale zostałem ekonomistą. (...) Jestem bezrobotny od 2012 roku i żyję z oszczędności”;
„Moje doświadczenie to tworzenie kółek PCK i LOP [w szkole – dopisek mój]. (...)  Nigdy nie jest za dużo kontroli społecznej. Miałabym większe zaufanie do takiego sądu z ławnikami
” – przecież w sądach zawsze byli ławnicy! Sąd Najwyższy nigdy nie orzekał w jednoosobowym składzie, minimum to trzech zawodowych sędziów;
Coś jest w tym na rzeczy” – odpowiedź na pytanie, co myśli o sądownictwie. „Sprawiedliwość to wola oddania każdemu, co mu się należy”;
Nie wiem czy nadaję się na ławnika, ale prawo można doczytać. Wiem co dobre, a co złe. Nauczyłam się tego od dzieci. Pracuję w grupie 3-latków i od nich się tego nauczyłam” (sic!);
Poszukuję prawdy, lubię oceniać fakty. Ławnik pozwala tę pasję realizować i robi się to dla dobra publicznego”;
Chcę zobaczyć jak to wygląda z drugiej strony, na sali rozpraw oraz by zdobyć większe doświadczenie” – okazało się, że nie spełnia wymogów formalnych, gdyż jest zatrudniona w NIK, w oświadczeniu napisała, że nie pracuje w takiej instytucji;
Padło na mnie, nie wiem dlaczego, może to ma jakiś sens” – tłumaczył podpisane przez siebie zgłoszenie z fundacji w zarządzie której zasiada. Przyszedł w sandałach, choć mnie ciekawi, czy miał skarpetki?;
Nie wiem. Mój adres jest znany każdemu policjantowi” – to odpowiedź na pytanie dlaczego poszukiwała go policja;
Nie wiem, nie przygotowałem się” – to odpowiedź na pytanie, co sądzi  o reformie sądownictwa.

  To może nie jest takie ważne, ale mnie się wydaje, że kandydaci na ławników Sądu Najwyższego powinni sobą reprezentować jakiś poziom. Ja ich roli nie przeceniam, bo mam takie doświadczenie i wiem, że tam akurat geniuszy prawnych nie potrzeba. W przerwie każdego procesu, sędzia pytał nas o zdanie, wątpliwości wyjaśniał na miejscu mając świadomość, że prawnikami nie jesteśmy. Fakt, mieliśmy prawo do zdania odrębnego, i to zostałoby ujęte w protokole, ale przyznam, że to za mojej kadencji się nie zdarzyło. Półprywatnie sędzia potrafi swoje decyzje wytłumaczyć językiem zrozumiałym nawet dla laika. Gdy mu się zdarzała konieczność uzasadnienia wyroku, to oficjalny język prawniczy czasami przypominał chińszczyznę. A jednak, moje wątpliwości potęguje fakt, że akurat ci kandydaci nie mają pojęcia jaka jest wykładnia konstytucyjnych paragrafów oraz ustaw i innych aktów normatywnych. A przecież, oprócz nadzoru na sądami powszechnymi również do takiego procedowania Sąd Najwyższy jest powołany. Ewidentnie mamy tu przerost formy nad treścią, ale aż tak głęboko nie będę wnikał.






czwartek, 28 czerwca 2018

Kto to przebije?


Miało być poważnie i ciężko, ale rozłożył mnie dowcip, parafraza z taaaaką brodą, ale jak najbardziej na czasie:

Spytano Grzegorza Latę, czy jego drużyna wygrałaby z dzisiejszą reprezentacją?
- Oczywiści. 1 : 0
- Dlaczego tak skromnie?
- Proszę nie zapominać, że my mamy dziś tak po siedemdziesiąt lat...”

Macie pełne prawo to przebić.



poniedziałek, 25 czerwca 2018

Św. Hubert contra demony?


  NapisaćNic się nie stało, Polacy, nic się nie staaałooo”, to tyle, co nic nie napisać. Normalnie mam nerw, choć akurat nie z powodu przegranej. Jakoś tak emocjonalnie nie potrafię się przejmować porażkami, szachy mnie tego nauczyły. Mój nerw to to całe dmuchanie w balon, nawet jeszcze przed meczem z Kolumbią, kiedy należało być już bardziej niż ostrożnym w ocenie gry Polaków. Tak dmuchali w ten balon, tak dmuchali, że nie dziwota, iż pękł...

  Nie będę się pastwił na naszą drużyną, nad trenerem Nawałką, ani sztabem szkoleniowców. Pewnie mają więcej problemów niż moje ewentualne utyskiwanie, czy szukanie winnych. Ja tak bardziej około tego nadmuchiwania, które gdzieniegdzie przybrało kuriozalne (czytaj: kabaretowe) formy. Jeszcze przed meczem z Senegalem TVN pokazała w Faktach krótki reportaż o senegalskim szamanie, który opowiadał jak czarami pomaga swoim i szkodzi naszym. Jakiś amulet w skarpetki Senegalczyków, inny, dyskretnie wrzucony do naszej bramki. Szczególnie skuteczny okazał się ten drugi, gdyż jeszcze w meczu z Tunezyjczykami jego magia działała. Oczywiście niekorzystnie dla naszych. Ja tam w żadne takie czary-mary nie wierzę, ale kto go tam wie, jaki ten szaman mocny i skuteczny. Wszak ostatecznie przegraliśmy, jak to mówił mój sławetny kolega Jasiu, z... kelnerami, w niczym ani kelnerom, ani Senegalczykom, czy Kolumbijczykom nie uwłaczając.

  Zabawniej było na pewnym portalu, podobno katolickim, gdzie namawiano czytelników do odmawiania litanii do św. Huberta, by wspomógł naszych przed każdym z meczy. Podobno ten święty był bardzo skuteczny w meczu kontrolnym z Litwą. Z kolei na innym portalu, też katolickim, namawiano czytelników do „duchowej adopcji naszych piłkarzy”. To jest pokłosiem podobno skutecznej duchowej adopcji nienarodzonych. Ta adopcja nie wymaga żadnych formalności, wystarczy duchowo jakiegoś piłkarza zaadoptować i codziennie się za niego gorliwie modlić. Coś mi się wydaje, że tu popełniono pewien formalny błąd. Jak amen w pacierzu, pewnie wszyscy adoptowali Lewandowskiego i Glika (aby szybko wyzdrowiał). I tu można mówić o dużej skuteczności. Lewandowskiemu nic się nie stało, a Glik faktycznie szybko do zdrowia powrócił. Pozostałych chyba już nikt nie adoptował, bo grali jak grali, co było widać na załączonym obrazku.

  I co się okazało? Ano ten jeden szaman z Senegalu, ze swymi czarami okazał się być mocniejszy niż rzesze świętych i modlitwy adaptacyjne rzeszy wiernych. Tak mocarny, że z tych portali katolickich zniknęły jak kamfora te artykuły, które agitowały do litanii, jak i do adopcji (sic!) Ciemna Strona Mocy okazała się bezlitośnie mocarna i skuteczna, a przecież Darth Vader już przestał istnieć. Cóż, ten Senegalczyk ma szczęście, że jest daleko, że gdzieś w buszu, bo go nie dorwie duma narodu, nasi kibice, na których żadne zaklęcia, o prawie stanowionym nie wspomnę, nie działają. Zazwyczaj idą jak burza, sorry, jak husaria. Ja tam nie chcę się wymądrzać, ale duma tego narodu często prosi naszą Panienkę Częstochowską o zwycięstwo. Też nie pomogła. Reasumując: w duchach, te pogańskie wyjdą zwycięsko. Nawet jeśli nasi wygrają z Japończykami i tak będzie 2:1 dla nich.

  Gorzej będzie się miała pani Krystyna Janda, która publicznie się wypowiedziała, że nie życzy sobie, aby nasi zdobyli tytuł mistrzów świata. Ja jej teraz nie zazdroszczę, bo pewnie nie tylko kibole, sorry husaria, będą jej mieli za złe to proroctwo, choć bardziej tu pasuje, nomen omen, jej pobożne życzenie. Inną drogą poszła inna Krystyna, Pawłowicz, która ma pretensje do polskiego sędziego, za sędziowanie meczu Niemcy – Szwecja (sic!) No bo jak Polak mógł sędziować mecz takich znienawidzonych nam drużyn? Doradzała też naszym przed meczem z Kolumbią, według mnie całkiem racjonalnie: „powinni skupić się na przeciwniku, a nie na własnym wyglądzie. Przede wszystkim mniej żelu na głowie”. Nie posłuchali, i kto wie czy w tym nie należy upatrywać porażki...

  Mnie krąży (tak mi się czasami przydarza) po głowie jeszcze jedna myśl. Na meczu był prezydent A. Duda. Może powinien skorzystać ze swoich kompetencji i użyć swojego prawa veta? Mecz trzeba by wtedy powtórzyć. Pytanie: czy byłoby po co?


sobota, 16 czerwca 2018

O wolność dla kornika drukarza


  Zrozumiałe, że nie będę pisał o tym chrząszczu z podrodziny kornikowatych, na którym już  przejechał się jeden z byłych ministrów poprzedniej wersji rządu PiS. Teraz inny minister Zjednoczonej Prawicy ma problem, choć tym razem tylko z drukarzem, którego Sąd Najwyższy uznał za szkodnika. Trochę z tym szkodnikiem przesadziłem, ale tylko trochę.

  Sąd Najwyższy odrzucił kasację wyroku na drukarza, który odmówił wydrukowania roll-upu dla organizacji LGBT. Sposób odrzucenia z jednej strony zabawny, z drugiej, właściwie nie dający się podważyć. Pozwolę sobie na cytat: „w realiach tej konkretnej sprawy drukarz, motywowany swymi przekonaniami katolickimi, nie miał uzasadnionego powodu do odmowy dokonania wydruku według dostarczonego przez fundację projektu. Sędzia stwierdził, że projekt plakatu wskazywał, iż grafika składała się z logotypu fundacji, a nie promowała zachowań LGBT, które sprzeczne byłyby z kanonami wiary katolickiej1. W związku z opinią prawicy na temat tego wyroku, we mnie rodzi się pytanie: czy wobec tego drukarz ma prawo nie przyjąć jakiegokolwiek zlecenia, abstrahując w ogóle od powodów tej odmowy? Pierwsza odpowiedź jak mi się narzuca to stwierdzenie, oczywiście że ma. Jego zakład i jego wolą jest, co będzie drukował, czy nie. A jednak, coś jest nie tak...

  Niejaki Marcin Warchoł na łamach wPolityce.pl pisze: „Chcę wyraźnie podkreślić, że wbrew temu, co mówi Sąd Najwyższy, każdy ma prawo wyznawać wiarę, jaka mu się podoba i światopogląd, który uważa za słuszny. Wyrok Sądu Najwyższego to gwałt na sumieniu2. Minister Z. Ziobro ocenia to tak: „Sąd Najwyższy wypowiedział się przeciwko wolności. Stanął po stronie przemocy państwa w służbie ideologii aktywistów homoseksualnych3. I właśnie w świetle tych dwóch ocen, sprawa przestaje być tak jednoznaczna, jak się z pozoru wydawała. Po pierwsze, SN nie wypowiada się o negacji prawa do wyznawania wiary i światopoglądu, wręcz przeciwnie, to prawo potwierdza. Wypowiada się jedynie w kwestii tego, jak daleko może sięgać wolność do wiary i światopoglądu. Nie pamiętam już, kto to powiedział, że nasza wolność kończy się tam, gdzie ogranicza wolność innym. Można by jednak mieć zastrzeżenia, że to prowadzi do absurdu, gdyż pojęcie wolności jednych zbyt często koliduje z pojęciem wolności innych. I tu dochodzimy do sedna, przynajmniej w tym konkretnym przypadku. Drukarz, aby móc prowadzić działalność gospodarczą musiał uzyskać koncesję, w której jak byk stoi, że będzie wykonywał usługi zleceniodawcom. I dam swoje pięć palców lewej ręki (bez nich jeszcze mógłbym się obejść), że w tej koncesji nie ma słowa o tym, by kierować się w przyjmowaniu usług swoim sumieniem, wyznaniem religijnym czy uprzedzeniami. Aż jestem ciekaw, czy organ wydający tę koncesję zgodziłby się ją udzielić, gdyby przy staraniu się o nią, drukarz zastrzegł, że gejów obsługiwać nie będzie?

  Najbardziej obrazowy przykład takiego podejścia do sprawy można sobie wyobrazić na przykładzie hotelarzy i właścicieli restauracji, którzy ze względu na swoje uprzedzenia odmówiliby świadczenia usług wyselekcjonowanym grupom społecznym. Dla przykładu: „nie obsługujemy „ciapatych, lemingów, drugiego sortu, kolorowych, Żydów” itp., itd. Pójdę dalej. Kanar przy kontroli biletu żąda dodatkowo ważnego świadectwa spowiedzi świętej, bo jego sumieniu nie podobają niewierni i wierni niepraktykujący...  Przypuszczam, że nawet konserwatyści zaczęliby protestować na taki przejaw rasizmu i ksenofobii ukrytych pod, z pozoru niewinną przykrywką wolności sumienia. Art. 138 Kodeksu Wykroczeń mówi wyraźnie: „Kto, zajmując się zawodowo świadczeniem usług, żąda i pobiera za świadczenie zapłatę wyższą od obowiązującej albo umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia świadczenia, do którego jest obowiązany, podlega karze grzywny4. Pominę sprawę owej obowiązującej zapłaty, bo to archaizm, ale skoro chcesz świadczyć usługi, świadcz je wszystkim, choć nie bez uzasadnionego wyjątku. Pewnie takim wyjątkiem byłoby zlecenie wydrukowania jakiegoś manifestu środowisk LGBT, ale nie symbol tej organizacji, bo ta nie jest zakazana, jak na przykład jakaś organizacja nazistowska, chcąca wydrukować sobie swastykę.

  Jeszcze bardziej niezrozumiałą, wręcz kuriozalną, jest opinia ministra Z. Ziobry. Mówi o przemocy państwa, kiedy sam jest ministrem najbardziej przemocowego organu tejże władzy i to coraz bardziej opartego na jedynie słusznej ideologii. Tej hipokryzji już kompletnie nie rozumiem. Jeśli dziś już mamy problem z klauzulą sumienia dla lekarzy, nietrudno sobie wyobrazić jak popieprzony będzie ten kraj, gdy zaczniemy się w nim powoływać na sumienie, usprawiedliwiające i legalizujące wszystkie nasze uprzedzenia i fobie. W artykule na portalu wPolityce.pl ks. Zieliński stwierdza: „Mamy zagrożoną wolność słowa i nie jest ona zagrożona przez prawicę, ale przez tzw. liberalne siły. (...)  jest to coś, co papież Benedykt XVI nazwał totalitaryzmem bezideowości5. Tu też księdza kompletnie nie rozumiem. Czyżby sugerował, że prawdziwa wiara ma polegać na promowaniu ksenofobi, uprzedzeń i piętnowania inności przez wykluczenie? To już nie jest zagrożenie wolności słowa, to jest zagrożenie wolności człowieka. Zapytam z nieukrywanym sarkazmem, czy ja, tak rozumiejąc wolność słowa jak ks. Zieliński, mogę w kościele w czasie mszy świętej wygłosić ateistyczne kazanie? Jeśli nie, to stwierdzam autorytatywnie – mamy do czynienia z totalitaryzmem ideologicznym... I to jest bliższe prawdy, określającej naszą, polską rzeczywistość.


Z ostatniej chwili: dowcip tygodnia, choć nie na temat. Autentyk.
Premier Morawiecki na spotkania w Spale z klubami Gazety Polskiej zagaja przemówienie:
Nie przyszliśmy do polityki dla pieniędzy...