piątek, 27 lipca 2018

Fajny film wczoraj widziałem


  Fajny  film wczoraj widziałem, prawie że horror. Chociaż nie, faktycznie aż tak źle nie było, obudził się dawno zapomniany gatunek literacko-teatralno-filmowy, któremu nadano kiedyś miano farsy, tu – farsy politycznej. Na dziś w wykonaniu elit rządzących naszej Najjaśniejszej. Jeśli ktoś pamięta czasy rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR wie, że ona, farsa, już wtedy się przebudziła. Było wesoło, choć tylko krótko, gdyż według niektórych nastąpiły ponure i katastrofalne czasy koalicji PO-PSL i to aż na osiem długich, smętnych lat, przez które Polska legła w ruinie...

  Na szczęście PiS wrócił w glorii i to sam, dzięki czemu wiem, że mistrzami farsy politycznej był i jest tylko PiS. Z oczywistych względów nie będę opisywał wszystkich momentów, a mam na myśli te, które da się wpisać w słynny w czasach komuny program radiowej trójki: „60 minut na godzinę”. Był tam cykl „Fajny film wczoraj widziałem” z nieodłącznym pytaniem: „A momenty były?”. Zawsze były. Dziś też są, choć paradoksalnie nie trzeba w ogóle chodzić do kina, teatru, czy słuchać radia, a i tak erekcji można doświadczyć. Nawet w moim, starczym wieku. I to nie z powodu zgrabnych pośladków, ale ze śmiechu. Dobrze, że przy mnie nie było żadnej niewiasty, gdy słyszałem słowa marszałka Karczewskiego, który winą za odrzucenie referendum Prezydenta obarczył opozycję. Gdyby była, nawet babcia, mógłbym się dopuścić gwałtu, i byłby to pierwszy gwałt w moim życiu. Nie mylić z gwałtem o charakterze seksualnym.

  Ok, trochę z tym obarczaniem nie do końca jest tak, jakby się mogło wydawać za sprawą insynuacji TVN24, bo on, Karczewski, nie powiedział, że winna jest opozycja. Był niemożebnie zgorszony nie tym pomysłem referendum, a tym, że opozycja głosowała przeciw (sic!), co nie miało kompletnie żadnego znaczenia w zdominowanym przez kabareciarzy z PiS Senacie. Wystarczy mieć podstawową wiedzę z matematyki w zakresie sum i różnic, aby wiedzieć, że nawet gdyby opozycja głosowała w pełnym składzie za referendum, wniosek Prezydenta i tak zostałby odrzucony. Jakby nie kombinować, a marszałek Karczewski i rzecznik Prezydenta kombinowali na wszelkie możliwe sposoby w stylu, którego Bareja by się nie powstydził – wstrzymanie się od głosu nie jest równoznaczne z głosowaniem za, co widać i czuć. Miałem w czasach młodości (kiedy to było?) dziewczynę, która mi przy rozstaniu pieprzyła w kawiarni, że jestem miły, zabawny, przystojny, w łóżku doskonały, ale dłużej ze mną nie chce być. Znałem prawdziwe powody, chciała już ślubu i dziecka, a ja miałem za miesiąc maturę. Wypisz, wymaluj, identyczna sytuacja z odrzuceniem referendum, choć akurat Prezydent był dla PiS gotowy zrobić wszystko, a i ślub z tą partią przecież wziął dawno. Z dziećmi im nie wychodzi, bo viagra, sorry, program 500 plus nie przynosi żadnych efektów. I nadal jest gotów zrobić wszystko. Ale jak ma nie być gotowy, skoro marszałek Karczewski go pochwalił, mimo że przedtem dał w pysk? Pantoflarze tak mają i tego się nie da zmienić. Możesz mu mówić, że przyprawiają mu jelenie rogi, on i tak będzie bezgranicznie kochał swoją PiSię.

  Żarty Barei miały też swój gorzki posmak. Obnażały powszechną głupotę. Tu tego dziegciu jest jednak lekko ponad miarę. Smutny jest sam fakt, że włodarze Najjaśniejszej są przekonani, że ciemny lud taką narrację kupi (wina opozycji za odrzucenie referendum). Smutniejsze jest to, że część twardego elektoratu PiS faktycznie to kupi. W moim przekonaniu, najtragiczniejsze jest jednak to, że włodarze, autorzy tych bredni, sami w nie wierzą.



niedziela, 22 lipca 2018

Z życia małej gminy, której nazwę pominę


  Na początku czerwca w mojej gminie była uroczystość siedemdziesiątej rocznicy oddania do użytku gamchu Liceum Ogólnokształcącego im. (nazwę pominę). Znajoma polonistka mnie zaprosiła na te uroczyste obchody, bo mam kontakty z tym Liceum. Nie wypadało mi odmówić, choć aż tak znany to ja nie jestem. Obchody zaczęły się od Uroczystej Mszy Świętej w miejscowym kościele pod wezwaniem (nazwę pominę).

  Jako niewierzący nie miałem żadnych problemów. Zjawiłem się punktualnie o dziesiątej w wypełnionym po brzegi kościele. Mogłem jak wielu stanąć na dziedzińcu, ale ostatnio upały mi nie służą, a wewnątrz, nawet jak tłoczno i tak jest chłodno. Mógłbym napisać, że chłodno między ludźmi, ale ten wątek pominę. Dopisała młodzież i całe, bez wyjątku grono nauczycieli. To dla nauczycieli ważne, skoro teraz będą prześwietlani pod względem postawy moralnej, w której brane jest pod uwagę zaangażowanie w życie społeczne, a w tak małej gminie, życie religijne stanowi jego nieodzowny i integralny element. Ksiądz w czasie homilii wspominał coś o owocnej pracy katechetów, kurtuazyjnie pomijając aferę sprzed kilku miesięcy, kiedy to jeden z tych katechetów (nazwisko pominę) rozsyłał młodzieży pornograficzne zdjęcia. Sprawa była opisywana w mediach województwa, ale przez wzgląd na wzgląd, też źróło tej informacji pominę. Z kościoła całą grupą, która przypominała procesję, przeszliśmy do Domu Kultury. Mimo dostawionych krzeseł i tak nie wszyscy się pomieścili. W części oficjalnej były przemówienia oficjeli, burmistrza nie pomijając. Był też jakiś ważny klecha (którego nazwisko pominę), a który długo mówił coś o chrześcijańskim wychowaniu młodzieży. Pewnie równie kurtuazyjnie umknęła mu jeszcze świeższa afera, niż ta związana z katechetą od pornografii. Proboszcz sąsiedniej parafii (której nazwę pominę), został zatrzymany za hodowlę marihuany i jej rozprowadzanie wśród młodzieży w tejże parafii i poza nią. Po tej oficjalnej części była występy artystyczne, a jakże – patriotyczne – choć, jak mnie pamięć nie myli, gdy otwierano to liceum, panowała w najlepsze komuna i pół wieku kształtowała kolejne pokolenia absolwentów, w znacznej części młodych komunistów. Ale to w końcu nie jest ważne.  

  W ubiegłym tygodniu oddano do użytku dwustumetrowy odcinek wyremontowanej jezdni. Tym razem zaprosił mnie sołtys, który widzi we mnie swojego następcę, czego w żaden sposób nie mogę mu wyperswadować. Wciąż próbuję. Poszedłem na otwarcie tego asfaltu, zawsze to dobrze być znanym przez miejscowych notabli. Nie ma problemu z fundowaniem pucharów na turnieje szachowe, które współorganizuję. Taki jak ja, tuzinkowy społecznik, nie jest dla nich żadnym zagrożeniem, więc mnie tolerują. Wróćmy do tej wyremontowanej jezdni. Było uroczyście, przecięto wstęgę i nasz proboszcz (którego nazwiska nie wymienię), a jakże, poświęcił świeżutki asfalt – a diabli wiedzą do ilu tu dojdzie wypadków – bo zawsze tu dochodziło, nie tylko ze względu na jego fatalny stan. Przy okazji tego święcenia, ksiądz proboszcz poprosił władze gminy i miejscową społeczność o datki na miejscowy kościół. Obecnie trwają remonty remizy strażackiej i posterunku policji. To pewnie w nagrodę za to, że połowa strażaków i policjantów była na usługach mafii (źródło tej informacji pominę). Lada dzień we wiosce oddadzą do użytku oświetlenie jedynej ulicy. Jak amen w pacierzu, też pewnie proboszcz poświęci, aby się świeciło. Już mam uzasadnione obawy, bo za tydzień będzie, nomen omen, święto wsi. Impreza ma charakter sportowo-rekreacyjno-rozrywkowy, ale coś mi się zdaje, że jej otwarcie zaszczyci nasz proboszcz. Będą zawody hippiczne rangi międzynarodowej i takiej okazji nie może zbagatelizować. Dla honorowych gości są przewidziane upominki, suty poczęstunek oraz wytworne trunki. Rada parafialna wespół z Kółkiem Różańcowym już coś napomknęła o kweście na tę okoliczność...

  Mam mieszane uczucia. Niby ta moja gmina pięknieje, dodam że za pieniądze z Unii, ale życie nie staje się przez to łatwiejsze. Moja emerytura topnieje w oczach, jak owe propagandowe pięćset plus, którego wartość zmalał tak o sto złotych z małym hakiem od czasu, gdy je wprowadzono. Mam takich pięćsetek pięć, więc wartość emerytury zmalała mi o pięćset złotych w dwa lata, czego w żadnym wypadku nie rekompensuje coroczna rewaloryzacja. Kolejki do zabiegów się wydłużają, a ja mam jakby mniej czasu na czekanie. I żaden proboszcz nie upomni się o poprawę losu swoich parafian (o mnie nie musi, wciąż jeszcze daję radę), co właściwie nie powinno dziwić, bo według niego asceza to niezbywalna cnota. Jak wykazały czasy i doświadczenia komuny, im parafianom gorzej, tym ich więcej do Kościoła się garnie...

  Ostatnio zamówiłem sobie książkę przez net. Nie zwróciłem uwagi na wydawcę (nazwę pominę). Do przesyłki dołączono dziesięć obrazków jakiegoś świętego, mających chyba służyć za zakladki, i pięć książeczek „O Panu Jezusie” autorstwa O. Jacka Salij OP – wszystkie takie same. Pewnie nawet i tam dotarły pogłoski, że jestem potencjalnym kandydatem na sołtysa. Takie materiały, w dzisiejszych czasach mi się na pewno przydadzą...


PS. Zaangażowałem się mocno w pewną inicjatywę redaktorską (nie mylić z duchowo-religijną), stąd moja nieobecność na blogach. Wszystkich autorów blogów, na których mnie nie ma od jakiegoś czasu = przepraszam i proszę o wybaczenie = jakkolwiek to dziwnie nie brzmi.



piątek, 13 lipca 2018

Sto dni na stulecie odzyskania niepodległości


  „Uwielbiam” wszystkie inicjatywy mające pozornie poprawić naszą moralność i postawę patriotyczną, nie tylko z takiej okazji. Jedną niedawno opisałem – Słoneczny Patrol ONR. Kiedyś tam pisałem o „Różańcu do granic”, którego sensu nie mogłem dostrzec i nie dostrzegam do dziś. Sarkastycznie podziwiam też inicjatywę „Stop aborcji”, której ewidentnym skutkiem będzie rozrost podziemia aborcyjnego oraz turystyki aborcyjnej.

  I oto jest nowa, niby poważna, inicjowana przez dostojne gremium, czyli biskupów polskich, propagowana na łamach „Naszego Dziennika”. Nosi nazwę „Studniowa abstynencja z okazji stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę”1. Prawda, że ładnie? Inauguracja nastąpi 4 sierpnia, dokładnie na sto dni przed 11 listopada. Tu muszę wyjaśnić – jestem za wszystkimi akcjami mającymi na celu likwidację  problemu alkoholizmu w Polsce, choć zdaję sobie sprawę z faktu, że w tym przypadku sytuacja jest bardziej beznadziejna niż przy aborcji. Opierając się na danych z artykułu dowiadujemy się, że w Polsce jest pięć milionów osób nadużywających alkohol, z czego milion w stanie beznadziejnym. Jest gorzej, gdyż około milion dzieci żyje w rodzinach alkoholików. Smutne jest to, że do tej pory nikt jeszcze sobie z tym problemem, w rozumieniu ogólnym, nie poradził. Jedną z najbardziej popularnych akcji propagowanej przez Kościół jest bez wątpienia „Sierpień miesiącem trzeźwości”. O jego skutkach trudno cokolwiek powiedzieć, bo po prostu żadnych nie widać.

  Mam z tą akcją dziwne wspomnienia. Już się moralnością religijną nie przejmując, jeździłem na wieś do dalekich krewnych. Uwielbiałem te wypady, gdyż u wszystkich znajomych obowiązkowo musiałem skosztować ich bimbru, niestety, czasem w nadmiarze. Podobało mi się, gdyż nigdy na drugi dzień nie miałem kaca. Nieświadomy niczego pojechałem kiedyś w sierpniu i nie mogłem uwierzyć... normalnie Sahara, nikt oficjalnie nie pije (sic!) Uratował mnie pewien zaprzyjaźniony gospodarz, który ów szlachetny trunek chował przed żoną w kopczyku zboża, który musiał sprawdzać kilka razy na dzień – czy się myszy nie wdały. Z celnością strzelca wyborowego wkładał rękę w to zboże po samą pachę. Nigdy się nie pomylił. Omal się te myszy wdały, tyle że białe myszki, i nie w kopczyku, ale w mózgu. Mnie ta akcja sierpniowej trzeźwości zadziwiała, gdyż we wrześniu wszyscy nadrabiali tę wstrzemięźliwość z nawiązką, a ksiądz na ambonie złego słowa nie powiedział, choć oddech niemal każdego dorosłego faceta w kościele, był oddechem wskazującym. W powietrzu zamiast aromatu kadzidła unosił całkiem inny zapach.

  Wróćmy do obecnej akcji, choć przecież mnie osobiście nie dotyczy. Tradycyjnie pozwolę sobie na cytat: „Zachęcamy wszystkich, by szczególnie w okresie od 4 sierpnia do 11 listopada zachowali trzeźwość. Jest to tylko 100 dni ofiary dla Polski. Nasi przodkowie ponosili znacznie cięższe trudności dla Ojczyzny. Pokażmy, że nas stać na ten dobrowolny post dla dobra Polski i naszego Narodu2. Normalnie mi szczena opadła i to na dwa razy. Pierwszy raz, gdy pomyślałem sobie o hipotetycznej akcji: „1050 dni trzeźwości na 1050 lecie chrztu Państwa Polskiego”. Nie trzeba by było organizować tegorocznej akcji, a i tak wierny naród trwałby jeszcze przez rok w trzeźwości. Drugi raz, gdy uzmysłowieniu sobie, co znaczą słowa: „Jest to tylko sto dni ofiary” (sic!) Innymi słowy, Polska zasługuje tylko na sto dni trzeźwości na sto lat. Pomijając ów sierpień i dni postu ścisłego – narodzie pij – nikt, a szczególnie Kościół, ci tego mieć za złe mieć nie będzie. I ten, nie bójmy się słów, absurdalny apel o tylko sto dni trzeźwości podpiera tekstem: „Nadużywanie alkoholu niesie wiele łez, cierpienia i bólu rodzinom. Bardzo często doświadczają tego dzieci, bezbronne, niewinne ofiary, które niosą piętno przez całe życie3. Sto dni ma być lekarstwem na cierpienie, łzy, ból rodzin a szczególnie dzieci, na domiar wszystkiego z tak banalnie wzniosłego dla pijaczyny powodu, jak miłość do ojczyzny i pamięć o przodkach (sic!). Jak pragnę zdrowia, jeszcze takiej argumentacji w stosunku do zapijaczonego męża i tatusia nie słyszałem. Strasznie nisko biskupi cenią sobie dobro rodziny, oj bardzo nisko, a tyle na temat ważności rodziny się wypowiadają.

  Aby nie było, doceniam niektóre inicjatywy Kościoła w walce z alkoholizmem, szczególnie zaś tworzenie grup dla tych, którzy chcą się wyzwolić z nałogu. A jednak nie rozumiem tego nurtu, który piętnuje różne zjawiska mające rzekomo tej rodzinie zagrażać, traktując alkoholizm, największy wróg rodzin, wręcz kabaretowo. Bo zarówno ta akcja, jak i sierpień miesiącem trzeźwości, to de facto czysty kabaret. Trafi do tych, co piją okazjonalnie, na pewno nie do nałogowych alkoholików. Ponieważ ten nałóg dotyka ludzi indywidualnie, tak też należy traktować problem trzeźwości, i żadna ogólnopolska święta akcja z alkoholizmem sobie nie poradzi.



środa, 11 lipca 2018

Twierdza


  Znalazłem ostatnio pewien dowcip i niech on posłuży za wstęp:
Na lekcji religii katecheta przyłapał Jasia na przeglądaniu atlasu zamiast modlitewnika, ale zapytał z wyrozumiałością:
- Czego tam szukasz?
- Szukam jakiegoś kraju, gdzie żyłoby się lepiej
Katecheta z lekkim rozbawieniem:
- Przysłowie mówi, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.
- Właśnie szukam gdzie was nie ma...

  Już nikt nawet nie próbują udawać. Premier Morawiecki w czasie pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja na Jasnej Górze mówi wprost: „Jasna Góra to symbol polskości, symbol obrony i oporu przed złem. (...) do dzisiaj, cały czas różni nasi przeciwnicy ideowi i inni, próbują zrobić podkop, podkop pod Polskę, podkop pod polskość. Pod nasze tradycyjne wartości. Rodziny, patriotyzmu, marzenia o wielkiej wspaniałej Polsce [katolickiej – dopisek mój]. Tam również [w Brukseli] przypomnieliśmy o chrześcijańskich fundamentach, na których cała Europa powinna być budowana. Jasna Góra, czarna madonna, nasza matko, miej w opiece naród cały, który żyje dla Twej chwały1. Jeśli premier polskiego rządu zapomina o konstytucyjnym rozdziale państwa od religii, raczej nie ma nic do śmiechu, to kierunek na państwo wyznaniowe. Inna sprawa, że obecny rząd wolałby konstytucję opartą nawet nie na ewangeliach, ile na katechizmie Kościoła katolickiego.

  Jest gorzej, bo oto głowa tego państwa, w osobie Prezydenta, potwierdza w liście do pielgrzymów te dążenia: „Wszystko to nie byłoby możliwe, gdyby nie głęboko zakorzeniona w sercach Polaków miłość Boga. (...) rodzina Radia Maryja swoimi dokonaniami dowodzi, że miłość, wiara, patriotyzm zawsze potrafią pokonać materializm, obojętność, niechęć [liberalizm – dopisek mój]”. Panie Prezydencie, wcale nie tak głęboko, wystarczy zapoznać się ze statystykami religijności. Jednocześnie zapomina Pan, że stosunki między państwem a Kościołem mają być kształtowane na zasadzie wzajemnego poszanowania oraz wzajemnej n i e z a l e ż n o ś c i. Nie jest Pan uprawniony narzucać wiary tej części społeczeństwa, która takiego światopoglądu nie podziela, a nawet jeśli, niekoniecznie musi być jej po drodze z Radiem Maryja. Tymczasem nieformalny Naczelnik państwa, J. Kaczyński w swoim liście dał popis lizusostwa i poddaństwa, zaczynając swój list od słów: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze dziewica! Eminencjo, najdostojniejszy księże kardynale, eminencje, najdostojniejsi księża arcybiskupi, wielce czcigodny księże dyrektorze, wielce czcigodny księże generale, wielce czcigodny ojcze przeorze, wielebni ojcowie i księża. Szanowna rodzino Radia Maryja. Chciałbym w tym miejscu podziękować wszystkim członkom rodziny Radia Maryja, za wszystko co robicie, by Chrystus triumfował3 (sic!) Aż mnie ciarki po plecach przeszły na myśl, że teraz  trzeba będzie zaczynać wszystkie pisma kierowane do urzędów państwowych od słów: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja, zawsze dziewica", a na zakończenie, zamiast tradycyjnego „z poważaniem” – „Alleluja i do przodu!"

  Tylko ja teraz nie bardzo wiem, czy to cały PiS (czytaj: rząd) zapisał się do Kościoła, nie prywatnie, bo prywatnie to oni byli od zawsze i nie można im tego mieć za złe, ale jako instytucja państwowa, co jest konstytucyjnie zabronione – czy też Kościół zapisał się do PiS, co też w myśl nauk Kościoła jest zakazane. Za to pewne jest, że stajemy się twierdzą katolicyzmu na wzór państw stricte religijnych. Może jeszcze nie jak Iran, ale to już tylko krok. Bp Zawitkowski, choć w innym kontekście stwierdza: „Twierdzą nam będzie każdy próg, tak nam dopomóż Bóg!4 i wtóruje mu bp. Dydycz mówiąc o opozycji: „(...) takie zespoły i grupy, które w historii uderzały w przedstawicieli narodu, były przestępcze, zbrodnicze, to one były pochodzenia faszystowskiego czy komunistycznego5.

  Nie wiem, czy za przykładem Jasia z dowcipu we wstępie, kupię sobie nowy atlas świata. Na pewno pilnie będę śledził dalszy, gorący i gorszący romans rządu z Kościołem, który może skutkować tylko rygoryzmem ewangelicznym i społeczno-politycznym.