piątek, 31 sierpnia 2018

Gowin contra Kopernik


  Mam niekłamaną przyjemność przypomnieć moim Czytelnikom definicję teologii za Słownikiem Języka Polskiego PWN: „nauka o Bogu, jego naturze i relacji do świata i ludzi, odrębna dla każdej religii”. Trudno nie odnieść wrażenia, że jest to dyscyplina wiedzy ze wszech miar potrzebna, dodałbym jeszcze, w naszym kraju wręcz rozwojowa...

  Nie jestem w tej opinii odosobniony, ją podziela nie kto inny jak sam minister nauki i szkolnictwa wyższego, Jarosław Gowin. Postanowił uczynić teologię odrębną i samodzielną dyscypliną naukową. Aby się ilość zgadzała wykreślił astronomię z tej listy. Tu też ucieknę się do słownika PWN, astronomia to: „nauka o budowie, pochodzeniu i ruchach ciał niebieskich oraz o przestrzeni kosmicznej, w której się one znajdują”. I to działanie ministra też rozumiem, a nawet popieram. W końcu, po co nam ta astronomia, skoro chodzą słuchy, że obala teorię Boga jako stwórcę wszechrzeczy? Jeszcze jakiś polski geniusz astronomii te pogłoski potwierdzi, a wtedy będzie drugi Kopernik, co wstrząsnął teologią. Polityką również, bo może się okazać, że Rydzyk to nie centrum prawdziwej religijności, a posłowie PiS zmierzają do jakieś czarnej dziury, pociągając  za sobą wszystkich wokoło. Przecież nie będziemy rozpalać na nowo stosów dla heretyków - lepiej dmuchać na zimne. Zresztą, ta astronomia nieopatrznie wyrastała na wiodącą naukę w Polsce i ma coraz większe uznanie w świecie, co jest nie do przyjęcia. My przecież mamy rechrystianizować Europę, a nie badać Kosmos. Komu on potrzebny? Ludziom totalnie odbija na myśl o locie na Marsa, a przecież Bóg jest na Ziemi, i to wśród nowego narodu wybranego w centrum Europy. Jeśli mamy być twierdzą Kościoła katolickiego i chrześcijańskim przedmurzem, należy raz na zawsze zapomnieć o astronomii. Nie trzeba nam drugiego Kopernika, a już nie daj Boże, aby była kobietą...

  Skoro maleje nam w zastraszającym tempie ilość powołań kapłańskich, kapitalny pomysł z zamianą priorytetów naukowych, może nam ten trend zatrzymać, a nawet odwrócić. Wystarczy na tę, od teraz wiodącą dziedzinę nauki, zwiększyć nakłady finansowe. Takie teologiczne 500 plus, znaczy się, pięciuset teologów na tysiąc, lub mniej mieszkańców. Wypleni się tę ponowoczesność, a owieczki na nowo pokochają bezgranicznie klerykalizm i przy okazji sypną groszem na ten biedny, uciśniony, obśmiewany i bezpodstawnie oskarżany o całe zło tego świata Kościół. Z powodu rozprzestrzeniającej się w zastraszającym tempie sekularyzacji, przyda się też więcej egzorcystów z tytułami naukowymi, gdyż choć mamy ich najwięcej w Europie, jest ich jakby wciąż za mało. Jakżeby to dumnie brzmiało: profesor dr hab. nauk egzorcystycznych XY. Być może w końcu wytępi się tego szatana, liberalizm, genderyzm czy parady równości, które bałamucą nam boży lud.
 

  Coraz bardziej kocham ten kraj...




środa, 29 sierpnia 2018

Może odejść z blogosfery?


  Pytanie raczej z kategorii retorycznych, gdyż na odejście z blogosfery u mnie raczej się nie zanosi. Na blogu to ja decyduję o tym, jakie treści się ukażą. Jednoosobowość przedsięwzięcia ma tu kapitalne znaczenie. Pytanie pojawiło się z dwóch przyczyn. Po pierwsze, letnie lenistwo i powiązana z nim pewna niechęć do gorących tematów politycznych, które to gorąco z letnimi upałami się kumuluje. Po drugie, właśnie to drugie...

  Wierzcie lub nie, na starość spełniło się moje najskrytsze marzenie, i to marzenie jeszcze z lat młodzieńczych. Miałem dwa, przebijające się ponad wszystkie inne. Pierwsze dotyczyło mądrej, inteligentnej, pięknej i seksownej dziewczyny przy moim boku. W jakimś sensie się spełniło, choć nie do końca tak jakbym chciał, na domiar wszystkiego przez własną głupotę. Drugie, to pisarstwo, niekoniecznie beletrystyczne, niekoniecznie związane z wydaniem książki, ważne by w jakimś stopniu publiczne. Nie da się ukryć, że blogosfera to erzac prawdziwej publicystyki, choć złego słowa nie powiem, ba, z nieukrywanym sentymentem będę o niej mówił i pisał, bez względu na własne wzloty i upadki, bez względu na to jakimi prawami się rządzi. Ma swój niezaprzeczalny urok, którego nie zamierzam jej zabierać.

  Redaktor brzmi jednak dumniej niż bloger i oto słowo stało się ciałem. Portal internetowy, gdzie stałem się właśnie redaktorem działu kulturalnego, jeszcze raczkuje. I nie uwierzycie, ale na tym portalu jest właściwie zero polityki i zero sporów ideologiczno-religijnych. Nawet procenta tego, o czym piszę na blogach. Mnie trudno samemu zrozumieć aprobatę tak strasznego rygoru, ale naczelna portalu jest nieprzejednana, i może to i dobrze. Na szczęście nie jestem ograniczony tylko tematyką kulturalną i to jest powód, dla którego o tym fakcie wspominam.  Nigdy mnie nic tak mile nie połechtało, poza słodkim szeptem ukochanej „kocham cię”, jak głos sekretarki (z pamięci): „Panie redaktorze, pan profesor będzie do pana dyspozycji jutro (...)”. Bez podtekstów, coś jak orgazm. I to jutro już się stało. Przez półtora godziny rozmawiam sobie przez Skype z niekwestionowanym liderem, sławą polskiej okulistyki na dziś, profesorem Jerzym Szaflikiem, nagrywając całą rozmowę na dyktafon. Dla mnie to wywiad życia (niekoniecznie dla profesora, który udzielił ich już kilka, choć podobnie jak ja, pierwszy raz za pomocą Skype), a który okrasiła chwila prywatnej rozmowy. Kilka dni straciłem na sporządzenie stenogramu rozmowy, następne trzy na redagowaniu i sprawdzaniu wywiadu, tydzień na autoryzację, by wreszcie doczekać się publikacji. Wiem, wiem, trochę w tym mojej małostkowości, być może trochę za dużo optymizmu, ale gdy pół wieku pieściło się takie marzenia i one się spełniają – sam sobie wybaczam. Jak na spowiedzi, spowiednik i spowiadający w jednej osobie.

  Jest jeszcze kilka innych, bardzo ciekawych aspektów tej mojej nowej działalności. Występuję pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, co wprawdzie zmusza mnie do większej ostrożności w wypowiadaniu swoich opinii, staranności stylistyki i gramatyki, ale jednocześnie dodaje pewności siebie (choć tej mi nigdy za bardzo nie brakowało). Asmo mi się wyjątkowo podoba, ale przecież prawdziwe imię i nazwisko jeszcze bardziej. Polubiłem też nasze spotkania redakcyjne na Facebooku, choć czasami z powodu natłoku informacji można się pogubić. I jeszcze jedna bardzo ważna sprawa, moi do tej pory tylko wirtualni znajomi, stają się również realnymi znajomymi, co jest dowodem, że z tą wirtualnością nie jest tak źle, jak się ją próbuje przedstawić.


prof. Jerzy Szaflik

  Nie trzeba mi gratulować, jak wcześniej wspomniałem, portal jest z gatunku początkujących, ale jak każdy facet – jestem łasy na pochlebstwa... Sorry, coś mi się pomylił za sprawą tego sukcesu. Przecież przyjmowanie pochlebstw i komplementów to przywilej kobiet (sic?!), więc bez żalu i krempacji można mi ich oszczędzić...

Link do wtwiadu z profesorem pod fotografią


sobota, 25 sierpnia 2018

Jak zostałem złodziejem


  No i zaczął się cyrk, popularnie zwany kampanią wyborczą. Ale jeszcze się nie zaczął, a już go miałem dość w związku z pojedynkiem na prezydenta Warszawy między Jakim a Trzaskowskim. Nawet ulubiony do tej pory TVN mi się strasznie naraził, gdyż tam teraz tylko mowa o tym pojedynku na zmianę z opiniami o Sądzie Najwyższym. Powolutku robi się niedobrze, to znaczy, mi się robi niedobrze.

  Platforma ruszyła z kampanią, w moim uznaniu ciekawą jak na początek. Akcja z bilbordami, gdzie wściekła twarz Kaczyńskiego symbolizuje pewne poczynania miłościwie nam panujących. Wszystkie w kontekście” „PiS wziął miliony...” i mam wrażenie, że to odniesie jakiś skutek, choć trudno powiedzieć jaki (nie mylić z Jakim). Twardy elektorat pewnie wzmocni, bo uznają to za atak na ich „wartości”, pozostałym uświadomi, że PiS w tym temacie prześcignął poprzednią koalicję i to ledwie w trzy lata. Tu już przejdę do sedna, czyli jak ja stałem się złodziejem. Pisowscy spindoktorzy wymyślili kontrakcję i oto pojawił się bilbord z młodym i radosnym Kaczyńskim, który pozwolę sobie pokazać:



  Z tego bilbordu wynika jasno i niezbicie, że ja, jako podatnik zasilający budżet tego państwa, wspomagający sztandarowe programy rządu Najjaśniejszej, czyli 500 plus i 300 plus, skierowane do dzieci – jestem złodziejem (sic!) Całe szczęście, że nie jedynym, bo naprawdę poczułbym się nieswojo. Zadaję sobie teraz pytanie: czy po to wstawaliśmy z kolan, aby stać się społeczeństwem złodziei? Właściwie nie ma się co dziwić, za czasów komuny też w świecie za takich nas miano, ale przecież nie w kraju!!!

  Całe szczęście, że rozpoczyna się Vuelta a Espana. Przynajmniej na trzy tygodnie będę zwolniony z obowiązku śledzenia polskiej (czytaj: złodziejskiej) sceny politycznej.





poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Wiosna kończy się w sierpniu


  Od razu wyjaśnię, nie będę pisał, że zakwitły mi przebiśniegi czy chociażby tulipany w ogródku. Nawet gdyby to się stało i tak by mi nikt nie uwierzył. Będzie za to wspominkowo, choć też nie o kwiatkach. Jakem Zrzęda, będę zrzędził i nie zrzędził. Zależy kto jak na to spojrzy.

  Nie powiem czy mi się to podobało, że ojciec, może i słusznie, nie wierzył w moje zdolności i zamiast do liceum, zgodził się tylko na start do technikum. W moim odczuciu był to cios poniżej pasa, bo mnie się marzyła kariera humanisty ze wskazaniem na artystę. On wychodził z założenia, że mieć w ręku prawdziwy fach jest pewniejsze, a artysta, wiadomo że obibok, hulaka i degenerat. Dziś bym pomyślał, że on z PiS, ale w tedy rządziła na całego komuna, i to w osobie samego Gomułki, Wiesława zresztą. Byłem wtedy wierzący i mogłem powiedzieć, że był w tym Palec Boży. Technikum miało ten plus/minus, że trwało pięć lat. Moim rówieśnicy z liceum właśnie cieszyli się z świadectw dojrzałości i niemal całe wakacje chodzili na rauszu, wszak byli dorośli. Ale ich radość trwała krótko...

  Wszystko za sprawą niespodziewanych powołań do wojska, a służba wojskowa była wtedy zaszczytnym obowiązkiem. Ja, mając już wyleczone plecy po wiośnie ’68 i bliskim spotkaniu z milicyjną pałką, mając przed sobą ostatni rok w technikum, powołania nie dostałem. Niby nic takiego to wojsko, ale ci moim kumple (choć nie wszyscy) w sierpniu 1968 roku wyruszyli na front w czasie, kiedy teoretycznie w Europie wojny nie było. Pojechali tłumić Praską Wiosnę. Oficjalnie nazywało się to interwencją bratnich krajów w obronie zdobyczy socjalizmu. Coś jak dzisiejsza próba rechrystianizacji Europy. Na szczęście nie mamy czym i nie te sojusze wojskowe. A wtedy nie było zlituj się. Bratnie kraje, z naszą, polską pomocą, po bratersku, czyli lejąc kogo popadnie po mordzie, ten szczytny socjalizm przywróciły, czego część Czechów do dziś nam wybaczyć nie może.

  Pamięć już nie ta, i niewiele z tamtego okresu pamiętam Jedno wydarzenie mi jednak utkwiło w pamięci dość mocno. Na wiosnę 1969 roku, gdy było już praktycznie po wszystkim, do mojej koleżanki przyjechała jakaś daleka krewna ze Słowacji. Zrobiliśmy małe przyjęcie w gronie rówieśników z muzyką z adaptera. Delektując się jakimiś wermutami, tańczyliśmy w parach (tak było najprzyjemniej), nie unikając tzw. migdalenia się. W moich stronach to się wtedy bigiel* nazywało, tłumacząc na język polski – prywatka. Wszystko było dobrze tak gdzieś do dwudziestej pierwszej. Najlepsze momenty jeszcze przed nami, ale wtedy to zawitał niespodziewanie kumpel, żołnierz na przepustce, na nieszczęście w mundurze. Koniec imprezy, pokój zmienił się w salę latających talerzy i szklanek, ostrych narzędzi nie wyłączając. W niespełna kilka minut poznałem wszystkie najszpetniejsze czeskie przekleństwa. Ten wojak musiał salwować się ucieczką, a myśmy tę Słowaczkę jeszcze przez godzinę uspokajali. Szczerze powiedziawszy ja nawet nie jestem pewien, czy ten kumpel był w Czechosłowacji tłumić tę Wiosnę.

  Przeżyłem szok, choć nie ze względu na szkody jakie powstały w miejscu zabawy. Nie mogłem zrozumieć, że te wszystkie idee i ideologie polityczne są w stanie tak bardzo wpływać na postawy zwykłego człowieka. Nic dziwnego, młody i niedoświadczony byłem. Dziś widać jak na dłoni, że to w żadnym stopniu nie jest egzotyka. Wystarczy kilku oszołomów na szczytach władzy, a bart brata będzie nienawidził. W imię braterstwa i jedności...


* Bigiel w gwarze śląskiej znaczy wieszak. Wtedy miał też symboliczne znaczenie, choć nie takie jak dzisiejszych feministek. Bigiel/ wieszak służył do wieszania ubrań, w czasie tej imprezy, w tańcu dziewczyny nam się na szyi wieszały.


piątek, 17 sierpnia 2018

Ich już całkiem pogięło


  Powiedzenie mówi: daj komuś palec, będzie chciał rękę, i to dziś widać jak na załączonym obrazku. To znaczy, ja nie załączę żadnego obrazka – tak się tylko mówi. Choć gdybym się uparł, mógłbym wkleić kilka ponurych facjat facetów w purpurach i nawet tylko pod krawatem, ale póki co, nie chcę nikomu z nich robić wizualnej reklamy. W Polsce obowiązuje Konkordat, który zapewnia Kościołowi katolickiemu pewne przywileje. Mój ateistyczny rozum się buntuje, ale rozumiem, w tym kraju są katolicy, jakieś przywileje im się należą, choć Pismo podobno Święte mówi, że wszyscy jesteśmy równi, nie tylko wobec prawa, ale i przed Bogiem. Będzie anonimowo i zacznę z najniższego szczebla anomalii wynikających z tej równości.

  Pewien świecki nawiedzony ma pretensje, że państwo legalizując małżeństwa cywilne... ingeruje w sprawy Kościoła (sic!) Tak, tak, no bo jak można równać prawami związek niesakramentalny do sakramentalnego? I wcale nie chodzi tu o związki homoseksualne. Z katolickiego punktu widzenia to policzek wymierzony temu Kościołowi. Dosłownie ów nawiedzony nazwał to tak: „Kontrakty cywilne (...) stanowią zatem de facto legalizację cudzołóstwa. Warto pamiętać, że ponad prawo państwowe wznosi się prawodawstwo Chrystusa”1. Fakt, on tak twierdzi w kontekście możliwych rozwodów i ponownego zawarcia związku małżeńskiego, ale... mam wrażenie, że owemu nawiedzonemu marzy się totalitaryzm katolicki. Małżeństwo, sorry, kontrakt cywilny powinien być prawnie zabroniony, bo obraża uczucia religijne i jest występkiem przeciw prawu Chrystusowemu. Minister Ziobro już podobno coś z tym cudzołóstwem kombinuje…

  Inny przykład wiąże się z opisywanymi już kilka notek wcześniej tablicami Dekalogu, wmurowanymi przy wejściu do szkoły publicznej. Ten nawiedzony wójt, poczuł wiatr w żagle i stwierdził publicznie, że dla tych, którym nie pasuje Dekalog nie ma miejsca w Polsce i nikt nie zmusza wolnych od religii (niewiernych), aby mieszkali wśród katolików2 (sic!) Prosty, jasny i jednoznaczny przekaz: niekatolicy wynocha z Polski, a jak nie to zamknijcie się w gettach. Aby była jasność, to są słowa pełne miłości bliźniego, jakimi posługują się niektórzy wierni naukom Chrystusa.

  Tylko co się dziwić świeckim szaraczkom, próbującym się wybić na piedestał, skoro z tego piedestału przebrzmiewają takie słowa: „W ponowoczesności ma nastąpić oddanie człowieka we władze jego popędów, które zaczynają nim rządzić, redukując go do stanu zwierzęcgo3. Wyjaśnię, to nie minister Błaszczak, który mówił coś o sodomitach. I dalej: „Potężna mniejszość, która kieruje tym procesem, udaje potężną większość, posługując się orężem szyderstwa”. Straszne! Wychodzi na to, że J. Kaczyński za proroka mógłby uchodzić, kiedy mówił o animalnym elemencie w tym katolickim kraju. Jakoś tak mi Orwellem pachnie, ściślej - Animal farm” (Folwark zwierzęcy).

  Inny purpurat skarżył się publicznie, że „Bardzo boleśnie powróciły w ostatnim czasie wypowiedzi, że w Polsce rządzi konstytucja, a nie Ewangelia, że konstytucja ma iść przed Ewangelią. Konstytucja nie może być ważniejsza od Ewangelii i prawa bożego4. Musiałem przeczytać ten fragment kilka razy, by sens tej wypowiedzi do mnie dotarł, gdyż nomen omen trudno w to uwierzyć, nawet będąc ateistą. Wychodzi na to, że Ci, co chcą żyć według praw Konstytucji, pragną de facto żyć w bezprawiu. Ten dokument, na który przysięgał Prezydent (katolik pełną gębą), posłowie i senatorzy RP, jest całkowicie zbędny. Śmiało można go zastąpić Katechizmem Kościoła Katolickiego a przysięgać na Biblię. Kto nie będzie chciał - sam się wykluczy z naszej kochanej Ojczyzny.

  Jeśli ktoś miał wątpliwości w jakim kierunku zmierza nie tylko Polski Kościół instytucjonalny, ale i rzesze wiernych bezgranicznie mu poddanych (nie mylić z poddaństwem wobec Boga i miłością do Niego), powinien być świadomy, że eskalacja żądań pragnących przekształcić ten kraj w państwo stricte wyznaniowe, będzie teraz lawinowo narastać.