czwartek, 27 września 2018

Najlepszy obywartel Rzeczpospolitej


  Abp Gądecki stwierdził swoim autorytetem: „Nie ma wolności wewnętrznej, która byłaby sprzeczna z wolnością chrześcijańską. Kto jest wolny jako chrześcijanin, (...) ten jest automatycznie najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej”. Nie trudno wysnuć wniosek, że jedynie najlepszą Rzeczpospolitą będzie Polska wyznaniowa. To ma przede wszystkim wynikać z naszej tysiącletniej państwowości i chrześcijańsko-katolickiej tradycji, opartej na symbolu krzyża.

  Tu napiszę bez ogródek: arcybiskup bredzi. De facto, owa chrześcijańska wolność, jest tak naprawdę  oddaniem się w osobistą i społeczną niewolę rzekomego Stwórcy, którego ani widać, ani słychać, a którego reprezentują, według własnego powołania (czytaj: widzimisię), wszelkiej maści księża, od hierarchów poczynając. Im się marzy prawdziwa teokracja, która nie ma nic wspólnego z wiarą. To tendencja od trzech lat się nasila. Jeszcze PiS próbuje zachować pozory rozdziału państwa od Kościoła, ale to tylko dlatego, że chce dla siebie zostawić kawałek tortu zwanym dla niepoznaki Rzeczpospolitą Polską. Jeśli się zgodzić z arcybiskupem, że Europa to miękka forma totalitaryzmu, Polska jest dziś jego twardą odmianą, a może być już tylko gorzej. Nic więc dziwnego, że ów Kościół chce kształtować nasze poglądy nie tylko od przedszkola i przez szkołę, ale również w życiu dorosłym. Już ma jedno narzędzie w ręku „obraza uczuć religijnych i przedmiotów kultu”, ale to wydaje się za mało. Przydałaby się jeszcze cenzura.

  Właśnie wchodzi na ekrany film „Kler” i nagle robi się straszny raban. Wszystkich można pokazywać w krzywym zwierciadle, ale nie kler, sól ziemi katolickiej. To, że jest to sól zanieczyszczona niczego nie zmienia. Nie wolno źle mówić o klerze, nwet w filmie fabularnym, który nigdy nie rości sobie pretensji do miana dokumentu, choć czasami przesadnie uwypukla niektóre negatywne przejawy społecznych anomalii. W tej chwili filmu nie oceniam. Warto zwrócić uwagę na to, co się wokół niego dzieje. Już władze dwóch miast w Polsce oznajmiły, dając upust swoim cenzuralnym zapędom, że u nich w kinach filmu nie będzie, co zakrawa na jakiś debilizm. Ten, kto chce i tak zobaczy, a takie postępowanie włodarzy tych miast jest wręcz reklamą filmu. Tylko, co się dziwić, skoro bycie zwolennikiem PiS i Kościoła jednocześnie, to już nie tylko sympatia do tej partii, to już swoisty stan umysłu. Niekoniecznie pozytywny. Jeszcze lepiej popisali się dziennikarze Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Wystosowali apel do wszystkich katolików w Polsce, by film zbojkotowali: „(...) zbojkotujmy ten upokarzający katolików film. Brońmy naszych kapłanów przed odzieraniem ich z godności, poniewieraniem wartości ich posługi1 (sic!) Dlaczego film ma upokarzać katolików – nie wiem, chyba, że i tu wchodzi w grę owa „obraza uczuć religijnych”, ale jakoś nie widać, aby sądy były zalewane pozwami. I nie bójmy się słów – ich, kapłanów posługa jest warta tyle, co sławetne już „co łaska”, a ich moralność w wielu przypadkach pozostawia wiele do życzenia. Całość dość dosadnie prezentuje pewien mem, który sobie pozwolę przedstawić:


  W związku z wypowiedzią arcybiskupa i filmem, tak mi się skojarzyło. Na pewnym portalu katolickim znalazłem artykuł, który mówi o tym, jak się nawrócić na chrześcijaństwo w kontrze do „Kleru”. Zamiast zająć się czymś pożytecznym, lepiej poświęcić czas na oglądanie filmów o Bogu. Po obejrzeniu 65 (słownie: sześćdziesięciu pięciu) filmów fabularnych, dwudziestu pięciu dokumentalnych i dwudziestu kreskówek z kolekcji „Ludzie Boga”, na pewno staniesz się najlepszym obywatelem Rzeczpospolitej. Tak więc zapraszam. Piwko (minimum skrzynka), dobry fotel lub kanapa, skromnie ubrana (aby nie rozpraszała seksapilem) żona do przynoszenia kanapek, a dzieci zamknąć w pokoju z różańcem (niech się uczą), chyba że na te kreskówki dać im wolne. Niech też rosną na najlepszych obywateli...




PS. Uspokoję wszystkich oburzonych moimi notkami. Uspokoję też tych, którzy lubią tu zaglądać. Na dłuższy czas dam wolne od siebie. Jeszcze tylko jedna notka na Świętoszku.... Kiedyś jednak wrócę ;)

 


piątek, 21 września 2018

Krzyżyk na drogę


  Znów niepolitycznie. Na „moim” portalu Seniorzy24.pl  ogłosiliśmy konkurs na wspomnienie z czasów szkolnych. Wiadomo wszem i wobec, że seniorzy w pewnym wieku dokładniej pamiętają, to co działo się pięćdziesiąt lat temu, niż to, co wczoraj jedli na obiad. Niestety frekwencja beznadziejna, co w kontekście zdania powyżej, nie powinno nikogo dziwić. Ktoś postanowił wziąć udział, ale nazajutrz zapomniał, że taki zamiar powziął. Na moje nieszczęście, sam udziału wziąć nie mogę, taki regulamin, więc dla rekompensaty tu moje wspomnienie poza konkursem.

  Wstyd się przyznać, ale wcale nie należałem do pilnych uczniów. Poza nauką śpiewu, rysunku i języka rosyjskiego, z innymi przedmiotami szło mi wyjątkowo łatwo i być może dlatego się nie przykładałem. Ambicji na najlepsze oceny też u mnie nie było. I w końcu się to zemściło. Moi rodzice pracowali i przed wyjściem z domu mnie budzili, nawet odrobinę wcześniej niż trzeba było. I razu pewnego uznałem, że jeszcze na pięć minut przyłożę głowę do poduszki, bo fajny sen miałem. O dziwo sen wrócił, ale skończył się koszmarem. Podwójnym. Raz, sam sen miał straszny finał, dwa, było już prawie południe. Nazajutrz wychowawczyni zapytała dlaczego nie było mnie w szkole, a ja jak z nut (których nigdy nie mogłem pojąć) skłamałem, że bolała mnie głowa. Przeszło. Ale tylko to usprawiedliwienie, gdyż po kilku dniach też miałem fajny sen. I tak nabawiłem się strasznej przypadłości, która nazywa się wagarowaniem. Po którymś razie wychowawczyni się zaniepokoiła, i zażądała usprawiedliwienia od rodziców. Kumpel przyszedł mi z pomocą i za moją matkę napisał to usprawiedliwienie. Taka dość powszechna, koleżeńska przysługa...

  Właściwie ze stopniami nie było źle (najniższa ze śpiewu i ruskiego), więc tym razem na wywiadówkę wysłałem ojca, by się przekonał jakiego ma zdolnego syna. Witałem go z uśmiechem zadowolenia gdy wrócił, a ten, bez uprzedzenia, jak mnie nie zdzieli w łeb...! Omal się do ściany nie przykleiłem tak, że trzeba by mnie nożem zeskrobać. Wszystko z powodu tego usprawiedliwienia, bo ten mój kumpel z ortografią miał kiepsko i dziś się tak zastanawiam, czy to nie był Komorowski, prezydent (rocznik, prawie że się zgadza). Owo „z bulu głowy” napisał tak jak prezydent. Nie sprawdziłem, bo pisał tuż przed lekcją wychowawczą. Reperkusje były straszne, bo mało, że ojciec się do mnie przez miesiąc nie odzywał, mało że spuchła mi szczęka, to wychowawczyni zmusiła mnie na ochotnika do pielęgnacji klasowych kwiatów, a do kaktusów i innego badziewia w doniczkach miałem wyjątkową awersję. Jednak myliłby się kto, gdyby sądził, że z wagarowania się wyleczyłem. Po tygodniu, nie pomny na konsekwencje, znów nie poszedłem do szkoły. Jakież było moje zdumienie, gdy matka po powrocie z pracy zrobiła mi burę z tego powodu, a przypomnę, wtedy nawet sieć telefonów stacjonarnych nie była dostępna zwykłym śmiertelnikom. Przez kilka dni zachodziłem w głowę jakim cudem matka się zorientowała, gdyż już wtedy, mimo że wciąż wierzący, w cuda nie wierzyłem. Tym bardziej świeckie.

  Tak mnie to dręczyło, ze dla pewności zrobiłem jeszcze jeden eksperyment i znów nie poszedłem do szkoły, bo matka mnie przed ojcem nie zdradziła. I choć wtedy nikt jeszcze nie słyszał o jasnowidzu Jackowskim, nabrałem tego dnia przekonania, że moja matka była jego pierwowzorem. Znów bezbłędnie odgadła moje wagarowanie. Wobec cudów młody człowiek jest bezradny, więc mimo wewnętrznych oporów, z wagarowania raz na zawsze zrezygnowałem. Wyjaśniło się dopiero po ukończeniu szkoły podstawowej, czyli po prawie dwóch latach. W przypływie dobroci serca matka objaśniła mi ów cud, bo przecież cudów nie ma. Ten polegał na tym, że zaznaczała mi na podeszwie butów krzyżyk kredą. Jeśli nie wychodziłem do szkoły, ów tajemniczy znak pozostawał niestarty. I ja wtedy zrozumiałem prawdziwe znaczenie powiedzonka: „Krzyżyk ci na drogę”...

  Jeśli macie podobne, albo nostaligiczne, smutne wspomnienia, gorąco zachęcam do wzięcia udziału w konkursie, i to nie tylko seniorów i seniorki. Wszystkie prace (ha, ha, jeśli bez błęów ortograficznych) są publikowane, a niezależne jury, w mojej osobie i dwóch uroczych pań, wybierze najlepszą i nagrodzi. Wspomnienia mogą być anonimowe, ale w nieprzekraczalnym rozmiarze 4 tys. znaków. Wystarczy je wysłać, najlepiej w formie załącznika, na adres: biuro@seniorzy24.pl z dopiskiem „Konkurs wspomnień”. Termin do końca września, choć jest szansa go wydłużyć. Gdyby ktoś potrzebował więcej szczegółowych informacji – odpowiem.


wtorek, 18 września 2018

Wybory, ach wybory


  Zbliżają się wybory samorządowe, więc należy wziąć w nich udział jak najbardziej. Wprawdzie ciszy wyborczej jeszcze nie ma, ale ja tam nikogo nie będę agitował, kogo wybierać. Głosujesz – twój wybór – jedyny prawdziwy przejaw wolnej woli, gdyż jak nie głosujesz, to też głosujesz. Głosujesz za tym, by inni wybierali za ciebie. Skoro jednak nie będę agitował, to pomyślałem o tym, by napisać coś a propos, a nie ma nic lepszego jak wspomnienie o moim udziale w wyborach. Dwie kadencje wstecz było bardzo ciekawie. Ale od początku...

  Sołtys zwołał zebranie Rady Sołeckiej. Dałem się wcisnąć do tej Rady przy okazji innych wyborów. Trochę to było dziwne, bo bardziej miastowy wtedy byłem. Ale wróćmy do tego zebrania. Ktoś tam zaparzył kawę, ktoś inny rozpakował słone paluszki, a sołtys zamknął drzwi na zamek, czego wcześniej nie praktykował. Pomyślałem, że pewnie nie chce, aby nam przeszkadzano, bo ludzie tu wścibscy, nie chcą, aby coś za ich plecami się działo. Wyjaśniło się już przy czytaniu programu zebrania, że sołtys nie obawia się tych wścibskich, ile tego, abyśmy mu nie pouciekali. Chodziło o punkt: wybór członka do Komisji Wyborczej. Stwierdził prosto z mostu, że nie wypuści nas, dopóki ktoś na ochotnika się nie zgłosi. I wiedział, co robi, bo ochotników znalazłby w wiosce tylko do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam przynajmniej coś się dzieje. Rozejrzeliśmy się po sobie i było jasne, że łatwo nie będzie, bo we wszystkich spojrzeniach widać było pełną dezaprobatę. Padł pomysł, by losy ciągnąć, ale Mazguła się nie zgodził. Podobno jak się ma stać jakieś nieszczęście we wsi, jest na sto procent pewne, że trafi się jemu. Coś w tym było na rzeczy, bo gdy ksiądz na ambonie straszył, że kto poślę żonę do roboty w Niemczech na opiekunkę, to go Bóg pokarze. Na drugi dzień, w poniedziałek, Mazguła złamał nogę. Jego żona jako jedna z pierwszych pojechała...

  Na moje nieszczęście Mazguła uporczywie patrzył mi prosto w oczy, a mógł na każdego innego. Wszyscy inni ten kierunek podchwycili i pod presją tylu błagalnych spojrzeń uległem, choć bardziej adekwatne byłoby określenie – poległem. Na twarzy sołtysa pojawił się tzw. uśmiech sołtysa, czyli miał wyraz twarzy wskazujący na stan wskazujący, co właściwie nie odbiegało od prawdy. Sołtys szybko zamknął zebranie, wziął mnie pod pachę, bo byłem zdruzgotany i poszliśmy do Marzenki. Marzenka to wręcz najważniejsza osoba we wsi po sołtysie i proboszczu. Knajpę prowadzi. Sołtys zamówił dwie setki na kreskę, bo akurat gotówką nie dysponował. Marzenka mrugnęła do mnie porozumiewawczo i obdarzyła uśmiechem, w jej przypadku był to uśmiech politowania. Ona wiedziała, czym się to skończy, bo sołtys chciał wlać we mnie otuchę i obywatelską postawę, a jedna setka okazała się ewidentnie niewystarczająca. Chyba mu się w końcu udało, bo trzy dni trzeźwiałem.

  Kilka tygodni później stawiłem się w odświętnym garniturze, białej koszuli i pod krawatem, za którym nie przepadam, punktualnie o szóstej rano, w Obwodowej Komisji Wyborczej nr… etc., etc. Witał nas przedstawiciel burmistrza i sołtys, na szczęście w towarzystwie małżonki, która skutecznie udaremniała pojawienie się zdradzieckiego uśmiechu. Zresztą, on nigdy przy małżonce się nie uśmiechał. I tak rozpoczęły się wybory. Od kawki, ciasteczek i urywających się pogaduszek, gdyż właściwie się nie znaliśmy. Ogólnie nudy, bo wyborców jak wymiótł. Kto by tam zrywał się o szóstej rano do urny wyborczej, gdy krowy i inną gadzinę trzeba oporządzić i szykować się do kościoła. Na szczęście ta szkoła, gdzie zasiadała Komisja, stała idealnie w punkt, vis a vis wejścia do kościoła i w prostej drodze do knajpy Marzenki. Jeszcze w czasie mszy sołtys stanął w pobliżu i marsowym wzrokiem patrzył na każdego, kto by chciał punkt wyborczy ominąć, dzięki czemu zapewniliśmy sobie najwyższą frekwencję w gminie. Całe zamieszanie trwało najwyżej godzinę i... praktycznie było po wyborach. Formalnie musieliśmy tkwić w tym przybytku do dwudziestej pierwszej, a jedyne osoby, które nie były na wyborach to kobiety, które wyjechały do Niemiec na robotę. Nudziło nam się jak cholera i każdy tylko patrzył na zegarek, kiedy przyjdzie jego kolej na lancz. Ściślej, to były te godziny, z powodu których, nikt we wsi nie chciał do Komisji. Miejscowi, w odróżnieniu ode mnie doświadczenie mieli.

  Najgorsze czekało nas o dwudziestej pierwszej. Trzeba było te głosy zliczyć ze wskazaniem na kandydatów, napisać protokół, czekać aż przyjedzie samochód po cały ten papierowy bajzel i poddać się ceremonii zamknięcia. Zamknięcia w lokalu wyborczym, żeby nikt nie uciekł. Uroczysty poczęstunek się szykował. Na nieszczęście znów pojawił się sołtys, już bez małżonki, za to ze swoim tradycyjnym wyrazem twarzy a'la uśmiech sołtysa, i w towarzystwie Marzenki, która miała pełnić rolę kelnerki. Nie powiem złego słowa o uroczystej, choć późnej kolacji, swojskich kiełbasach i kaszankach, o kurzych udkach z grilla, czy przeróżnych ciastach. Ale nic za darmo, trzeba było zapijać wódeczką, gdzie najmniejszą miarką była pięćdziesiątka. Z tego, co zdołałem zapamiętać w ostatnim momencie, to próba wciśnięcia do samochodu, sztywnej jak lodowa figura, przewodniczącej Komisji. Jak wróciłem do domu, kiedy się ocknąłem, lepiej nie pytać.

  Jedno jest pewne, już żaden Mazguła mnie na litość nie weźmie! Owszem, obowiązek obywatelski, jakim jest udział w głosowaniu spełniam, ale tylko od strony obywatela-wyborcy. Znając udrękę nudy Komisji, zawsze popołudniu, aby ich trochę rozerwać. I tak do uroczystej kolacji mieli daleko...


przedruk mojego felietonu z portalu Seniorzy24.pl

niedziela, 9 września 2018

Jak rząd dba o nasze zdrowie


  Sam narzekam na kolejki do zabiegu usunięcia zćmy. Widzę coraz gorzej, książek już nie czytam wcale, choć mam na półce kilka nowości, których lektura mogłaby mnie pochłonąć bez reszty. Nie miałbym czasu zrzędzić aż tak bardzo. A tak pozostaje mi laptop, na którym tak mogę powiększyć obraz, że widzę kilka wyrazów na stronie. Za niedługo pewnie i ta możliwość się skończy a o terminie zabiegu..., lepiej nie mówić.

  Ten mój feler to jednak pikuś w porównniu z tym, ile się czeka na inne zabiegi w znacznie poważniejszych sytuacjach. Wiem, wiem, to nie wina PiS-u, te kolejki były już wcześniej, problem w tym, że podczas kampanii wyborczej, tenże PiS obiecywał skrócić te kolejki. I wyszło jak u tej minister Zalewskiej, która tłumaczy bajzel w szkołach, ze wskazaniem na brak nauczycieli. Tak jak w kabarecie Tey o zepsutym traktorze. Nie mówi się: jedno koło się zepsuła, powinno się mówić, że trzy są dobre. Tak samo minister Zalewska: „nie można mówić, że jest brak nauczycieli w szkołach, należy mówić, że w związku z wprowadzoną reformą jest dużo wolnych etatów” (sic!) Ryczałem ze śmiechu jak w czaie premiery tego skeczu.

  Pisałem też niedawno, że życie staje się coraz droższe, że rośnie inflacja i te nasze dochody, mimo że nominalnie rosną, to i tak ich wartość topnieje jak śnieg na wiosnę. Przykład z soboty. Świeżutka eklerka kusi swoim wyglądem, więc proszę o dwie. Ekspedientka do mnie w te słowa: Panie Asmo, ale one podrożały. Od dziś kosztują 2,20 zł..., wychodzi, że o 10 procent. Różnie się to tłumaczy, totalni dostrzegli związek między programem 500 plus i wszystkimi innymi plusami, jakimi raczy nas obecna, Najjaśniejsza władza. Jest jednak inne wytłumaczenie, jest nowy skecz kabaretowy, tym razem w wykonaniu wiceministra zdrowia, Macieja Miłkowskiego. Otóż, w trosce o zdrowie obywateli wprowadza się ruchomy podatek VAT, aby nim regulować ceny niezdrowej żywności (sic!) Do tej grupy należy zaliczyć masło, mięso, wyroby mączne i mleczne oraz cukier wraz wyrobami cukierniczymi. Będziemy mniej żreć, będziemy zdrowsi i tym samym skrócą się kolejki do lekarzy specjalistów...! Pomysł tak prosty, że aż genialny! Będziemy zdrowsi, a do kasy państwa wpłynie więcej pieniędzy i będzie z czego płacić na ten program 500 plus.

  Osobiście ta logika mnie powala. Jeśli ceny tak będą rosnąć, siłą rzeczy będziemy mniej kupować, czyli do tej kasy państwa nie wpłynie ani grosik więcej. Pijak zabierze rodzinie kasę na jedzenie, by kupić sobie flaszkę, otyły zrezygnuje z warzyw by kupić sobie ciastko, a chorzy będą kupować tanie erzace leków by mieć za co kupić sobie cokolwiek do jedzenia, najczęściej jakieś tanie badziewie. Ja mam jeszcze lepszy pomysł dla rządzących. Skoro tak bardzo skręcają w logikę Kościoła katolickiego, może część skierowań na leczenie u lekarzy specjalistów, zamienić na pobyt w sanatorium. Ale nie mam na myśli sanatoriów w popularnych kurortach, lecz miejsca, które popularnie nazywamy: celem pielgrzymki (koniecznie pieszej). Szczególnie zaś związanej z Kultem Maryjnym. Wiara czyni cuda, a  Matka Boża pomaga tu podobno najskuteczniej, o czym świadczyć mają liczne świadectwa. Ja tam nie wnikam, ale wydaje mi się, że bez opieki i interwencji lekarzy, mogą to być najwyżej świadectwa... zgonu, co ewidentnie wspomoże budżet i zmniejszy dziurę w ZUS. Dobry emeryt, to martwy emeryt.