wtorek, 18 września 2018

Wybory, ach wybory


  Zbliżają się wybory samorządowe, więc należy wziąć w nich udział jak najbardziej. Wprawdzie ciszy wyborczej jeszcze nie ma, ale ja tam nikogo nie będę agitował, kogo wybierać. Głosujesz – twój wybór – jedyny prawdziwy przejaw wolnej woli, gdyż jak nie głosujesz, to też głosujesz. Głosujesz za tym, by inni wybierali za ciebie. Skoro jednak nie będę agitował, to pomyślałem o tym, by napisać coś a propos, a nie ma nic lepszego jak wspomnienie o moim udziale w wyborach. Dwie kadencje wstecz było bardzo ciekawie. Ale od początku...

  Sołtys zwołał zebranie Rady Sołeckiej. Dałem się wcisnąć do tej Rady przy okazji innych wyborów. Trochę to było dziwne, bo bardziej miastowy wtedy byłem. Ale wróćmy do tego zebrania. Ktoś tam zaparzył kawę, ktoś inny rozpakował słone paluszki, a sołtys zamknął drzwi na zamek, czego wcześniej nie praktykował. Pomyślałem, że pewnie nie chce, aby nam przeszkadzano, bo ludzie tu wścibscy, nie chcą, aby coś za ich plecami się działo. Wyjaśniło się już przy czytaniu programu zebrania, że sołtys nie obawia się tych wścibskich, ile tego, abyśmy mu nie pouciekali. Chodziło o punkt: wybór członka do Komisji Wyborczej. Stwierdził prosto z mostu, że nie wypuści nas, dopóki ktoś na ochotnika się nie zgłosi. I wiedział, co robi, bo ochotników znalazłby w wiosce tylko do Ochotniczej Straży Pożarnej. Tam przynajmniej coś się dzieje. Rozejrzeliśmy się po sobie i było jasne, że łatwo nie będzie, bo we wszystkich spojrzeniach widać było pełną dezaprobatę. Padł pomysł, by losy ciągnąć, ale Mazguła się nie zgodził. Podobno jak się ma stać jakieś nieszczęście we wsi, jest na sto procent pewne, że trafi się jemu. Coś w tym było na rzeczy, bo gdy ksiądz na ambonie straszył, że kto poślę żonę do roboty w Niemczech na opiekunkę, to go Bóg pokarze. Na drugi dzień, w poniedziałek, Mazguła złamał nogę. Jego żona jako jedna z pierwszych pojechała...

  Na moje nieszczęście Mazguła uporczywie patrzył mi prosto w oczy, a mógł na każdego innego. Wszyscy inni ten kierunek podchwycili i pod presją tylu błagalnych spojrzeń uległem, choć bardziej adekwatne byłoby określenie – poległem. Na twarzy sołtysa pojawił się tzw. uśmiech sołtysa, czyli miał wyraz twarzy wskazujący na stan wskazujący, co właściwie nie odbiegało od prawdy. Sołtys szybko zamknął zebranie, wziął mnie pod pachę, bo byłem zdruzgotany i poszliśmy do Marzenki. Marzenka to wręcz najważniejsza osoba we wsi po sołtysie i proboszczu. Knajpę prowadzi. Sołtys zamówił dwie setki na kreskę, bo akurat gotówką nie dysponował. Marzenka mrugnęła do mnie porozumiewawczo i obdarzyła uśmiechem, w jej przypadku był to uśmiech politowania. Ona wiedziała, czym się to skończy, bo sołtys chciał wlać we mnie otuchę i obywatelską postawę, a jedna setka okazała się ewidentnie niewystarczająca. Chyba mu się w końcu udało, bo trzy dni trzeźwiałem.

  Kilka tygodni później stawiłem się w odświętnym garniturze, białej koszuli i pod krawatem, za którym nie przepadam, punktualnie o szóstej rano, w Obwodowej Komisji Wyborczej nr… etc., etc. Witał nas przedstawiciel burmistrza i sołtys, na szczęście w towarzystwie małżonki, która skutecznie udaremniała pojawienie się zdradzieckiego uśmiechu. Zresztą, on nigdy przy małżonce się nie uśmiechał. I tak rozpoczęły się wybory. Od kawki, ciasteczek i urywających się pogaduszek, gdyż właściwie się nie znaliśmy. Ogólnie nudy, bo wyborców jak wymiótł. Kto by tam zrywał się o szóstej rano do urny wyborczej, gdy krowy i inną gadzinę trzeba oporządzić i szykować się do kościoła. Na szczęście ta szkoła, gdzie zasiadała Komisja, stała idealnie w punkt, vis a vis wejścia do kościoła i w prostej drodze do knajpy Marzenki. Jeszcze w czasie mszy sołtys stanął w pobliżu i marsowym wzrokiem patrzył na każdego, kto by chciał punkt wyborczy ominąć, dzięki czemu zapewniliśmy sobie najwyższą frekwencję w gminie. Całe zamieszanie trwało najwyżej godzinę i... praktycznie było po wyborach. Formalnie musieliśmy tkwić w tym przybytku do dwudziestej pierwszej, a jedyne osoby, które nie były na wyborach to kobiety, które wyjechały do Niemiec na robotę. Nudziło nam się jak cholera i każdy tylko patrzył na zegarek, kiedy przyjdzie jego kolej na lancz. Ściślej, to były te godziny, z powodu których, nikt we wsi nie chciał do Komisji. Miejscowi, w odróżnieniu ode mnie doświadczenie mieli.

  Najgorsze czekało nas o dwudziestej pierwszej. Trzeba było te głosy zliczyć ze wskazaniem na kandydatów, napisać protokół, czekać aż przyjedzie samochód po cały ten papierowy bajzel i poddać się ceremonii zamknięcia. Zamknięcia w lokalu wyborczym, żeby nikt nie uciekł. Uroczysty poczęstunek się szykował. Na nieszczęście znów pojawił się sołtys, już bez małżonki, za to ze swoim tradycyjnym wyrazem twarzy a'la uśmiech sołtysa, i w towarzystwie Marzenki, która miała pełnić rolę kelnerki. Nie powiem złego słowa o uroczystej, choć późnej kolacji, swojskich kiełbasach i kaszankach, o kurzych udkach z grilla, czy przeróżnych ciastach. Ale nic za darmo, trzeba było zapijać wódeczką, gdzie najmniejszą miarką była pięćdziesiątka. Z tego, co zdołałem zapamiętać w ostatnim momencie, to próba wciśnięcia do samochodu, sztywnej jak lodowa figura, przewodniczącej Komisji. Jak wróciłem do domu, kiedy się ocknąłem, lepiej nie pytać.

  Jedno jest pewne, już żaden Mazguła mnie na litość nie weźmie! Owszem, obowiązek obywatelski, jakim jest udział w głosowaniu spełniam, ale tylko od strony obywatela-wyborcy. Znając udrękę nudy Komisji, zawsze popołudniu, aby ich trochę rozerwać. I tak do uroczystej kolacji mieli daleko...


przedruk mojego felietonu z portalu Seniorzy24.pl

12 komentarzy:

  1. Dobre! :) Podobało mi się.
    Teraz już tak dobrze "poczęstunkowo" to chyba nie będzie, skoro mają być dwie komisje działające nie wraz ale jedna po drugiej. :) Ni czekać na tych drugich aż policzą głosy, ni samemu się częstować. No i koszty podwójne, a gminy biedniejsze. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie było przyjęcie z funduszu gminy, to była tak zwana „ogólno-wioskowa ściepa”. Sołtys zarządził ;) Faktycznie nie wiam jak teraz będzie wyglądała organizacja pracy Komisji Wyborczej. Już jakby nie jestem zainteresowany ;)
      Dziękuję za pochwałę i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Miałam raz okazję uczestniczyć, nudno jak cholera, czekać trzeba było do świtu, bo obliczenia żmudne, ale kolacji ani bankietu nie było... w dodatku z marszu do roboty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jotka, trzeba było wybrać Komisję w moim regionie ;)

      Usuń
  3. He he dobre, panie.
    Takie felietony, a raczej facecje to ja rozumiem. Możesz takie częściej tworzyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, a Ty myślisz, że te pomysły spadają na mnie jak grad w letnią burzę? (piękna metafora – mnie się podoba) :D
      Mam wprawdzie kilka pomysłów, ale jakoś tak w życiu politycznym okazji nie ma.
      W każdym razie, dzięki za pochwałę.

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że w dobrym tego słowa znaczeniu? ;)

      Usuń
    2. Oczywiście. Dobrze uśmiechnąć się z rana. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Odwzajemniam pozdrowienia. Też z rana ;)

      Usuń
  5. "Karta do głosowania nie nakarmi głodnego. Wolność prasy analfabecie nie przyda się na nic." - Bertold Brecht
    A tutaj jeszcze rada dla obecnej ekipy rządzącej: polityka to także sztuka Służby Bożej. Tyle tylko, że jeśli obrazisz tym diabła, to niech cię Ręka Boska broni!!! pozdrawiam i niezmiennie zapraszam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tgo Brechta to ja już chyba słyszałem ;)
      To drugie stwierdzenie poprawia mi humor ;)

      Usuń