niedziela, 4 listopada 2018

Usychający konar drzewa genealogicznego



  Przed kilkoma dniami miałem urocze spotkanie rodzinne. Tak, tak, to pisze Asmo, i nie ma w tym krzty ironii, choć pewnie wszyscy wiedzą, jaki jest mój osobisty stosunek do tradycji, zaś tradycji rodzinnej w szczególności. Nawet nie będę tu przytaczał znanych i sarkastycznych powiedzonek na temat rodziny, co też jest tradycją. Faktem jest, że mam dość liczną rodzinę, ale ze zrozumiałych względów kontakty z nią są bardziej niż sporadyczne. Rzecz w tym, że w tak szerokim gronie to my się spotykamy li tylko z okazji pogrzebów, a ponieważ nie jest nas tysiące, te pogrzeby nie są znów tak częste. Dziś się nawet zastanawiam, czy nie byłoby najlepiej (dla mnie), abym to ja był następny w kolejce, gdyż ja nie przepadam za tymi pogrzebami. Swojego nie będę świadom.

  Tym razem było zupełnie inaczej, choć droga na to spotkanie była drogą przez mękę (powrót też). Normalnie to ja w Katowicach jestem w cztery i pół godziny z zaplanowaną przerwą na kawę i jakąś przekąskę. Tym razem nie mogłem ryzykować jazdy samochodem, gdyż prawie nie widzę. Pozostał autobus i pociąg, w sumie dziewięć godzin tułaczki w niezbyt komfortowych warunkach, tak jakbym na Sybir jechał, a mam już swoje lata i taka mordęga mnie wykańcza. Na szczęście w Katowicach było uroczo choć w towarzystwie notariuszki, bo mnie notariusz z testamentem się kojarzy. Sprzedawaliśmy kawałek rodzinnej nieruchomości, dziadkowizny, którą dla własnego użytku nazywałem dziadowizną. Płacić trzeba było podatki i kary za to, że inni zrobili sobie tam wysypisko śmieci. A pożytku żadnego. Wreszcie trafił się kupiec, który wybawi nas z problemów. Będąc w doskonałych nastrojach, choć to dopiero umowa przedwstępna, poszliśmy na kawę do katowickiej Galerii. I to właśnie jest najbardziej godne opisania. Nie mogliśmy się nagadać. Nawet mrożona kawa z lodami zamarzała (pychotki).

  Prym wiodła moja kuzynka o nie tak znów często spotykanym a pięknym imieniu Blanka. Opowiadała nam, jak to niedawno natknęła się na człowieka, który nazywa się Konstanty Wolny. Tu zdradzam swoje nazwisko, ale co mi tam, niektórzy i tak je znają. Otóż ów pan odziedziczył imię po swoim dziadku, a ten Konstanty Wolny to był już ktoś – górnośląski działacz narodowy i społeczny (optował z polskością Górnego Śląska), współpracownik Wojciech Korfantego. Został marszałkiem sejmiku śląskiego na dwie kadencje. Wnuk Konstanty ustalił, że naszym przodkiem był prapradziad Wolny, któremu książę pszczyński w uznaniu zasług podarował spory kawał ziemi do wykarczowania i zagospodarowania. Ostatni jej kawałek właśnie sprzedajemy. Za jakie zasługi mój protoplasta tę ziemię dostał, tego najstarsi Ślązacy nie pamiętają, ale to nie jest istotne, aż tak bardzo się nie będę chwalił. Mieliśmy w rodzinie jeszcze jednego radnego do tego sejmiku, który dla odmiany zasłynął tym, że tylko raz w całej kadencji zabrał głos. Poprosił, aby otworzyć okno, bo na sali jest straszliwy zaduch. Inna wersja mówi, że poprosił o zamknięcie okna, bo na zewnątrz jest straszliwy mróz. Obie wersje krążą po rodzinie w zależności od pory roku.

  Wnuk Konstanty miał nie tylko ambicje odtworzyć drzewo genealogiczne naszej rodziny, chciał też nawiązać kontakt z możliwie dużą liczbą potomków, gdyż marzyło mu się stowarzyszenie Wolnych. Byłbym za, bo ja, mając to nazwisko, przywiązuję wielkie znaczenie do słowa „wolność” (pod żadnym pozorem nie mylić z powolnością). Rzecz w tym, że trochę się porobiło nie tak jak zamierzał. Tu uprzedzę, nie odtworzę zdarzenia z dokładnością i precyzją mojej kuzynki Blanki, wszak ja dziś lepiej pamiętam to, co było sześćdziesiąt lat wstecz, niż to, co jadłem na obiad przedwczoraj. A było tak. Na jednym ze spotkań akces do stowarzyszenia wyraziła jakaś pani, mająca domieszkę krwi Wolnych, ale głośno wyraziła swoje oburzenie na tę gałąź rodziny, którą reprezentowała Blanka (ta dotyczy również mnie). Wręcz nas przeklęła. Poszło o grób na cmentarzu Panewnickim (dzielnica Katowic), o który rzeczona musiała stale dbać i nie spotkała się z żadnym słowem podzięki od nas. Blanka, też oburzona, zaprotestowała, bo to właśnie ona o ten grób dbała, a nie ktoś inny. Po powrocie do domu, wciąż mocno wzburzona zajściem, zadzwoniła do swojej siostry, o równie pięknym imieniu Nina, by podzielić się żalem za zniewagę i w odpowiedzi usłyszała: „Blanka, tobie się coś jednak pomyliło. Przecież to nie kto inny jak ja chodziłam sprzątać ten grób...!”.  Cóż, chyba na tym cmentarzu nie było częściej sprzątanego nagrobka, ale ja nie wnikam, ja nigdy w to miejsce nie zaglądałem.

  Jeszcze jedna historyjka o ważnej osobie w naszej rodzinie, warta odnotowania. Otóż nasz dziadek, Augustyn Wolny, miał piękny głos i często lubił śpiewać, doprowadzając babcię Marię do... apopleksji. Bo dziadek znał mnóstwo przyśpiewek, problem w tym, że przeważały sprośne, więc babcia krzyczała: „August! Przeca to są dzieci…!”. Dziadek wynosił się na podwórko, my za nim i kontynuował, bo tylko babcia była zgorszona. My nie. Najlepiej miała Blanka. To jej dziadek chętnie opowiadał historię o zakopanym skarbie, który znajdzie tylko ona, gdyż ma zielone oczy. Dlaczego Blanka nie poświęciła się poszukiwaniom tego skarbu? Nie wiem, nie zdążyłem usłyszeć odpowiedzi. Omal spóźniłem się na pociąg powrotny.

  Już na koniec tylko o jednym smutnym spostrzeżeniu. Chyba w tej kobiecie, co życzyła jak najgorzej naszej gałęzi rodziny, było coś z czarownico-wiedźmy. Takie się też pewnie w niejednej rodzinie zdarzają. Faktem bowiem jest to, że na mnie kończy się ta gałąź genealogiczna. Nie miałem męskiego potomka i można by tu celnie sparafrazować samego Mickiewicza: ostatni z rodu... Wolnych. Wolnych od Augusta. Może gdzieś tam po świecie biegają małe Asmodeuszki, bo przecież strasznie kochliwy i grzeszny w tej dyscyplinie byłem. Mają moją krew, ale nie nazwisko.


27 komentarzy:

  1. No proszę, jakie ciekawe drzewo! Najbardziej podobają mi się imiona, oryginalne i dostojne, bo teraz to ciągle te same...nasi przodkowie mieli ciekawsze życie i ładniejsze imiona:-)
    Gdy byłam raz u notariusza, to z całej przemowy urzędniczki zrozumiałam tylko swoje nazwisko...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moda na imiona, jak każda, jest zmienna i to wydaje mi się normalne. Niektóre dziś trącą myszką. Natomiast nie podoba mi się możliwość udziwniania imion na siłę. Udziwnianie – to nie jest oryginalność.

      To prawda z notariuszami, nasza dała nam na szczęście kopie dokumentu. Miałem okazję go przestudiować na spokojnie w pociągu ;)

      Usuń
  2. W genealogii liczy się przede wszystkim "krew", a mniej nazwisko.
    Kiedyś, może dla żartu podawano, że zdziwilibyśmy się, jak wiele dzieci nie jest dziećmi tych ojców, których nazwiska noszą. Co od czasu do czasu wychodzi "z ukrycia" w atmosferze skandalu.

    A co do tego sprzątania. Kiedyś się mówiło, że na Śląsku było takie powietrze, że jak się zacisnęło dłoń, to po jej otwarciu zawsze na niej coś zostawało, nigdy nie była pusta jak przed zaciśnięciem. :)
    Więc może było tak, że jakby tego grobu dokładnie nie sprzątnięto, to za parę dni wyglądał tak jakby w ogóle sprzątany nie był. I wszystkie panie miały swoje racje …. ;)

    Ależ Ty Asmodeuszu masz ostatnio dobry humor. Zakochałeś się czy co? :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam szczerze, że nie znam się na niuansach drzewa genealogicznego. To drzewo o nazwisku Wolny trwa, nawet konar Augusta, choć już tylko po kondzieli, co łączy się ze zmianą tego nazwiska.

      Niejednokrotnie odczuwałem na własnej skórze (i to dosłownie) zderzenie z ciężkim powietrzem Śląska, szczególnie, gdy wracałem z wakacji. Mówiło się, że na Śląsku ciężko się oddych, gdyż w powietrzu jest za dużo ciężkich pierwiastków.

      Ja zawsze mam dobry humor i tylko by nie uchodzić za głupka („śmieje się jak głupi do sera”) udaję zagniewanego czy zgorszonego ;) Ale masz rację, teraz jakby więcej tego humoru, ale to nie dlatego, że się zakochałem, ile dlatego, że nie mam żadnych, ale to żadnych „zobowiązań uczuciowych” wobec kobiet :D

      Pięknie pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Mam nadzieję, że tej dziadkowizny nie sprzedaliście jakiemuś Niemcowi?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest gorzej, dużo gorzej. Mielibyśmy przerąbane, gdyby znajomi dowiedzieli się, że sprzedaliśmy ten nieużytek komuś z Sosnowca lub Czeladzi (a coś mi się zdaje, że tak właśnie jest). Prędzej wybaczyliby nam muzułmanina, o Niemcu nie wspomnę.

      Usuń
  4. To coś jak u mnie- na moim ojcu wygasł ród. Ale mnie to jakoś za bardzo nie boli, choć początki odnalazłyśmy w...XVI wieku.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też za bardzo nie boli, tylko ten Mickiewicz pisał o tym z pewną nostalgią o przemijaniu ;)
      Pozdrawiam pięknie :)

      Usuń
  5. Potwierdza się powiedzenie, że podróże
    poszerzają obszar poznania - ale czy nie burzą
    dotychczasowych wyobrażeń o rodzinie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas powinien wszystko burzyć, takie jest jego zadanie. Podróż w czasie tym bardziej. Choć w tym konkretnym przypadku wydaje mi się, że ta wyobraźnia o rodzinie zdecydowanie się poszerzyła. W dodatku jest tak, że kultywujemy raczej przyjemne wspomnienia.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  6. genom jest naprawdę wszystko jedno, pod jaką etykietką się powielą... to tylko ich nosiciele mają jakąś neurotyczną potrzebę przenoszenia tej etykietki z jednego na drugiego i tworzą sobie, jak to przeważnie bywa, problem z niczego... skoro masz świadomość, że uprawiana przez Ciebie miłość /niekoniecznie zresztą, wystarczy nieco sympatii/ nie zawsze była bezpieczna, można śmiało uznać, że obowiązek wobec Natury spełniłeś... nie piszę "wobec gatunku", bo ten gatunek nie zasługuje na to, by się poczuwać do jakichkolwiek obowiązków doń, ale to już nieco osobna sprawa...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, genom jest wszystko jedno, ba, jak twierdzi Dawkins, one są wręcz samolubne, więc ich tam żadne drzewo genealogiczne nie obchodzi.

      A co do mojej oceny miłości w kwestii grzeszności, musisz stale pamiętać, że to odziedziczyłem po dziadku – uwielbiam sprośności i dobre bajerownie :D To nadaje treściom pewną ekspresję i suspens. Nie zmienia to faktu, że te Asmodeuszki gdzieś tam biegają.

      Usuń
    2. co do sprawy zaistnienia Asmodeuszków opieram się na Twojej informacji i nie widzę podstaw do uznania jej jako niewiarygodną...
      różnica zdań między nami może jedynie zaistnieć w kwestii oceny wydarzeń będących przyczyną powstania tychże, których ja jako "grzeszność" bynajmniej nie oceniam /przynajmniej w ogólności/... zakładając, rzecz jasna, że prawidłowo skonwertowałem sobie słowo "grzeszność" nie należące do mojego świata pojęć...
      ...
      tak przy okazji, to przyszedł mi do głowy Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich /w skrócie: Mormoni/, który przoduje w branży rekonstrukcji drzew genealogicznych, a przyszedł mi do głowy jako związek wyznaniowy, który zamiast pasożytować na państwie tak, jak Kościół Rz-kat. próbuje jakoś bardziej godziwie pozyskiwać środki na swoją działalność...

      Usuń
    3. Informację o Asmodeuszkach i ja uznaję za wiarygodną, choć nie ukrywam, że w charakterze przypuszczeń. Wyłuszczę, co niejako i tłumaczy owoą „grzeszność”. Jeśli zgrzeszyłbym z panną i pojawił się jakiś Asmodeuszek, musiałbym ponieść tego wszystkie konsekwencje, a w zamian ów uzyskałby moje nazwisko. Dlatego panny podrywałem tylko z zamiarem małżeństwa. Inaczej jest z grzesznymi mężatkami, a takich przecież nie brakuje (inaczej bym nie grzeszył, co czyni mnie w pełni współwinnym i odpowiedzialnym za grzech). Właściwie tylko sporadycznie taka mężatka przyznaje się prawowitemu małżonkowi, że to nie jego potomek, chyba, że kochanek był innego koloru skóry i to widać w potomku. Ale ja, choć nie jestem rasistą, unikałem jak ognia, podobnych sytuacji. Nie było w moim życiu nawet bardzo wybielałej mulatki :D

      Ja myślę, że to nie tylko pozytywna cecha Mormonów, funkcjonować li tylko na zasadzie dobrowolności składek wyznawców, przy czym bądźmy szczerzy, ta dobrowolność słono kosztuje. Tam chyba wszystko jest nasze (zgaduję). W Niemczech istnieje równie sprawiedliwy system opodatkowania na rzecz wyznawanego Kościoła.

      Usuń
    4. przyznam, że trochę to dla mnie zawiłe z tym "grzeszeniem", nawet mając świadomość, że owo "grzeszenie" to tylko metafora, by nazwać coś, co de facto żadnym grzeszeniem nie jest, jedynie czasem tylko bywa w pewnych sytuacjach... a w jakich, to już kwestia przyjętego systemu wartości, np. ja "grzesząc" z mężatką nie widzę powodu, by czuć się współwinnym grzechu, który ona popełnia wobec swego męża... dla uproszczenia pominę sytuację, gdy ów mąż jest moim kumplem, ale to już jest osobna sprawa, ocena, czy ja wtedy grzeszę w stosunku do niego...
      ...
      system niemiecki wydaje mi się sensowny, ale nie do końca, bo pośrednikiem jest państwo, więc część kwoty niejako marnuje się jako koszt obsługi, bo idzie na pensję dla urzędnika...
      to, jak jakiś kościół /np. mormoński, katolicki, czy innego wyznania/ skubie swoich wyznawców to sprawa pomiędzy nimi i ich kościołem, więc nie obchodzi mnie... problem pojawia się, gdy ów kościół skubie także niewyznawców, tak jak w Polsce, np. drogą dotacji z budżetu, tak czy siak zakamuflowanych... pojęcia nie mam, jak w Stanach wygląda kwestia finansowania związków wyznaniowych przez państwo, więc na ten temat się nie wypowiem... natomiast usługi Kościoła Mormonów polegające na tropieniu drzew genealogicznych klientów to po prostu działalność gospodarcza, do której związki wyznaniowe powinny mieć prawo, pod warunkiem rzecz jasna, że działają według takich samych zasad /np. kwestia podatków/, jak inne firmy... mój ulubiony polski przykład to Przychodnia Bonifratrów, własnościowo powiązana z K.Rz-kat., której profesjonalizm bardzo cenię...

      Usuń
    5. W mojej ocenie grzech jest li tylko kwestią umowną, choć bądźmy szczerzy, może okazać się straszny w skutkach, również dla innych. I tu wkracza pojęcie moralności. Nawet jeśli przyjąć, ze owe zasady moralności są tworem wymyślonymi przez subiektywnym, to ich sens ma znaczenie od małych po duże społeczności. Na szczęście twarde prawo, oparte jakby na tych zasadach, nie wkracza we wszystkie aspekty naszego życia – i chwała Panu za to :D

      Nie chcę wnikać w sposoby finansowania Kościołów – uważam bezapelacyjnie, że ten w Polsce jest totalnie chory, ale póki co, nie widać nawet światełka w tunelu, aby to miało się szansę zmienić. W nas tkwi chore przekonanie, że to co płacimy w formie podatków państwu, to jest już absolutnie nie nasze i nie nam się w to wtrącać. Tej mentalności nie zmienisz z dnia na dzień.

      Usuń
    6. zakładając, że słowo "grzech" oznacza czyn oceniony przez kogoś jako (moralnie) "zły", to za smutną, słabą i wręcz idiotyczną uważam frazeologię nazywającą "grzeszeniem" czynność polegającą na przekazywaniu sobie pozytywnych wibracji... co prawda jestem w stanie to zaakceptować w pewnych żartobliwych kontekstach, ale generalnie to jest jakaś masakra, ten chrześcijański smrodek, fetor wręcz, który wlecze się jako spuścizna językowo - kulturowa... pół biedy, wręcz zero problemu, gdyby to tylko o sam język, kod porozumiewania się chodziło... rzecz w tym, że jest wciąż sporo ludzi, niekoniecznie zresztą wyznawców tej konkretnej religii, którzy biorą to wszystko na poważnie, boją się sytuacji okazywania i przekazywania sobie pozytywnych wibracji cielesnym sposobem, a gdy do takiej sytuacji dojdzie potrafią wpuścić się w poczucie winy, co samo w sobie jest autodestrukcją... zaprawdę uważam, że psycholodzy i seksuolodzy powinni obrać sobie niejakiego Saula z Tarsu za swojego patrona, gdyż dzięki niemu mają tylu klientów...

      Usuń
  7. Ze sprzątaniem grobu - historia przednia. W kwestii Asmodeuszków - nie zdziwię się, że po takim poście w takim popularnym blogu, zaczną się masowo zgłaszać, by Wolnymi być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo, nie strasz! W moim wieku to grozi zejściem z tego świata, a ja bym chciał jeszcze choć kilka lat. W dodatku wolny – z nazwiska, ze stanu, i z zawodu (jeśli emeryt to wolny zawód) ;)))
      Cieszę się, że coś się podobało.

      Usuń
  8. Historie według mnie przednie, a zakończenie to już bajka. Jeśli mają te ewentualne Twoje kopie takie podejście do świata, to mimo innego nazwiska i tak można by założyć, że linia jakoś tam (albo gałąź) istnieje. I to w zacnej formie.

    Książki to wyjątkowa rzecz, choć przyznaję się bez bicia, że w tym roku jakoś słabiej u mnie w tej kwestii jest.

    OK. Wczoraj widziałem jak trzy wozy strażackie podjechały do bloku, gdzie już chyba dwa albo trzy razy pożar był. Czyli tak do końca nie można już powiedzieć, że nic się nie działo. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrze, żadna bajka, takie są domniemane faky ;) Niestety, kwestia dziedziczenia podejścia do świata, jest raczej enigmatyczne. Z doświadczenia wiem, że najczęściej dziedziczy się choroby i... biedę.

      Ujmę to tak: zawsze musi być słabiej, aby później mogło mocno być ;) Prawa giełdy się kłaniają.

      Dobrze, że chociaż to. U mnie w sklepiku jeśli się nie dowiem jakieś ciekawostki, wtedy mogę śmiało powiedzieć, że we wsi nic się nie dzieje. Na szczęście to się bardzo żadko zdarza ;)


      Odwzajemniam pozdrowienia

      Usuń
  9. No ja również jestem już ostatnią osobą noszącą nazwisko przodków. Za kilka lat, kiedy wreszcie zdecyduję się na ślub, moje nazwisko zniknie. Trochę to dziwne, szczególnie kiedy spotykam się z dziadkiem i widzę jak na mnie patrzy, myślę że gdybym postanowiła zmienić płeć i stać się facetem, byłby pierwszym, który dałby mi na to pieniądze :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz wyjście, możesz zostać po ślubie osobą dwojga nazwisk – ostatnio modne (mnie się podoba). Ale na Boga!, zapomnij o tej zmianie płci tylko z powodu nazwiska :D

      Usuń
    2. Ja owszem, ale to i tak nic nie zmieni, bo potencjalne dziecko, będzie miało nazwisko ojca :P

      Usuń
  10. Póki co mam wnuka, czekam na prawnuka teraz, który bo nazwisko niósł w następne wieki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje szczere gratulacje za wnuka z Twoim nazwiskiem. Piękna sprawa.

      Usuń