czwartek, 18 lipca 2019

Czegoś nie ogarniam

  Rozczaruję. Tym razem będzie osobisty, wcale nieśmieszny, nie ironiczny, ani tym bardziej zadziorny tekst. Kto nie lubi smutnych historii, niech ją pominie, ja się nie obrażę, ba! wcale nie mam ochoty na pocieszenie. 

  Jestem z tych, co to uwielbiają zwierzęta, czasami bardziej niż ludzi. Całe życie jakiś zwierzak był w pobliżu, a gdy nie było warunków, wystarczyły mi nieme i obojętne na wszystko rybki w akwarium. Najczulej wspominam Arona, długowłosego owczarka niemieckiego, który towarzyszył mi przez piętnaście lat pobytu na wsi. Na dobre i na złe. Gdy trzeba było go uśpić, przyrzekałem sobie, że już nigdy więcej do żadnego zwierzaka się nie przywiążę, właśnie dlatego, że kiedyś trzeba podjąć taką decyzję. Były w moim otoczeniu też koty, ale jeśli one znikały, to gdzieś tam z takich czy innych, nieznanych mi powodów. I choć ich też było żal, nie miałem na to wpływu. Sprzedałem dom, wróciłem do miasta i coś mnie podkusiło, aby jednego młodego, akurat lekko chorego zabrać ze sobą. Zaczepny, bo tak go nazwałem, po wyleczeniu był wszędzie, nawet chciał włazić do wanny podczas mojej kąpieli. Nie dawał o sobie zapomnieć, chyba, że akurat miał ochotę na drzemkę, co przy jego temperamencie zdarzało się raczej rzadko. Jak miał ochotę na zabawę, budził mnie w środku nocy i nie było zmiłuj się. Nie potrafiłem się na niego złościć, w końcu emeryt jestem i w każdej chwili mogłem uciąć sobie drzemkę razem z nim. Ładował mi się na szyję, cichutko pomrukując.

  Znów zaczął kichać (koci katar może się dla kota źle skończyć), więc poszliśmy do weterynarza. Pani doktor zaaplikowała mu leki, ale zauważyła, że ma zbyt twarde podbrzusze. Zrobiła USG i pobrała krew do badania. Gdybym wiedział... Prawdę mówiąc i tak nie wiem, co bym zrobił. Bo ja tego po prostu nie ogarniam. Nie ogarniam, gdzie tkwi we mnie feler, że choćbym nie chciał, choćbym sobie przyrzekał i tak się przywiążę, a przecież to tylko kot, w dodatku zwykły dachowiec. Co z tego, że młody i zabawny?! Co z tego, że przymilny i w pełni ufny, co z tego, że bez względu na moje humory i tak pchał się na kolana...

  Pierwsze badanie nic nie wykazało, zaś drugie USG potwierdziło powstawanie dziwnych plam w jamie brzusznej, które okazały się powiększonymi węzłami chłonnymi. Jeszcze raz pobrano krew, i wtedy usłyszałem wyrok. Jest wirus FIV, odpowiednika ludzkiego HIV, który zawsze kończy się nieuleczalną białaczką FeLV. Zapytałem o prognozy, a weterynarz dała nam dwa do czterech tygodni. Minęły niespełna trzy i, po moim podpisie wyrażającym zgodę, dziś Zaczepny jest już tylko wspomnieniem. Nie miał roku. Ja mam za to pusto w mieszkaniu i nie mogę obwinić kota, że panuje dziś w nim bałagan.

                                                                Zaczepny  

  Pozwolę sobie odwrócić role, co i tak niczego nie zmienia:

Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf się zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
I
żadnych skoków pisków na początek…

Wiesława Szymborska, Kot w pustym mieszkaniu



wtorek, 16 lipca 2019

Modlitwa w intencji...


  Dziś już mogę napisać, że przez dwadzieścia lat mieszkałem w niewielkiej gminie Skwierzyna na skraju Puszczy Noteckiej, tak gdzieś między Gorzowem Wielkopolskim a Zieloną Górą. Skwierzyna nie należy do urokliwych miasteczek. Nawet gdy odrestaurowano ratusz, sam rynek specjalnie nie zachwyca. Tuż obok jest kościół pod wezwaniem św. Mikołaja, trudno go nawet nazwać ładnym, w dodatku upchany w brzydkie uliczki. Byłem w nim dwa razy na Mszy świętej. Raz z powodu pogrzebu, drugi raz z okazji 70 rocznicy istnienia budynku szkolnego, wtedy gimnazjum.

                                                                   znak "stop" ma tu symboliczne znaczenie

  Nie powinno się kalać własnego gniazda, ale dziś to już nie moje gniazdo. W 2017 roku wybuchła afera. Okazało się, że ks. Daniel Ł. CM w ramach rekolekcji rozsyłał dzieciom zdjęcia swojego penisa1. Po przesłuchaniu obdarzonych takimi „łaskami i błogosławieństwem, z których żadne nie ukończyło piętnastego roku życia, wszczęto dokładniejsze śledztwo. W ramach dobrowolnego poddania się karze, ksiądz katecheta zaproponował dla siebie rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata i... sąd przychylił się do tej propozycji! Mieszkańcy gminy nie mogli uwierzyć, że tak łagodnie potraktowano zboczeńca, tym bardziej, że śledztwo wykazało, iż jednego z podopiecznych miejscowego Domu Dziecka zmuszał do czynów nierządnych. Obrońca ks. Daniela Ł. tak tłumaczył ten pseudo wyrok: „Razić może kara zasadnicza wynosząca rok pozbawienia wolności wymierzona w zawieszeniu na 3 lata, ale biorąc pod uwagę okoliczności jak przyznanie się do winy, to ten wyrok wydaje się być zrozumiały i rozsądny2 (sic!)

  Tymczasem część bardziej wiernych mieszkańców Skwierzyny, za sprawą kapłanów postanowiła modlić się w intencji tego zboczeńca i jego duszy. Modlitwa była wyjątkowo skuteczna, bo ks. Daniela przeniesiono w nagrodę do nieodległej parafii NMP Królowej Polski w Słubicach, gdzie dano mu pod opiekę... czynnych i przyszłych ministrantów: „Służba liturgiczna to prężnie działająca grupa w parafii. Jej opiekunem jest ksiądz Daniel Ł. CM. Wspólnota liczy 33 ministrantów i 19 lektorów. Mamy również nowych młodych kandydatów którzy pragną służyć Panu Bogu przy ołtarzu, obecnie  6 kandydatów do posługi ministranta i 3 do posługi lektora3. Nie wiem czy i owym ministrantom rozsyła zdjęcia swego penisa, nie ma na razie o tym doniesień, ale to wydaje się tylko kwestią czasu, gdyż biegli psychiatrzy orzekli, że ów opiekun młodych ministrantów nigdy ze skłonności pedofilskich się nie wyzwoli.

  Pewnie bym nie opisywał tego skandalicznego wydarzenia, którego w jakimś sensie byłem świadkiem (moi podopieczni szachiści pokazali mi te fotki, gdy już skandal ujrzał światło dzienne), gdyby nie nowe, przynajmniej mnie szokujące wydarzenie. Kapłani tej skwierzyńskiej parafii wpadli na nowy, genialny pomysł. „Dziś w Kościele Katolickim przeżywamy XX Dzień Judaizmu. Modlimy się za naszych Starszych Braci wyznania Mojżeszowego, aby w Jezusie odnaleźli Zbawiciela i Mesjasza4. Skoro tak skutecznie modlili się o łaskę za duszę ks. Daniela Ł..., aż mi tych Żydów jest żal. Ciekawe jak by się ci kapłani zachowali, gdyby Żydzi pod ścianą płaczu, w świetle reflektorów i w obecności dziennikarzy, wznosili modły o nawrócenie Młodszych Braci w wierze na judaizm? Dobrze, że ateiści nie używają szturmów modlitewnych.



PS. W poprzedniej notce przyznałem się do błędu merytorycznego. Nie było odpowiedzi więc tu wyjaśnię: Napisałem: W jednym temacie – rodzina – mamy takie syndromy jak (alfabetycznie): i wyliczanka”. W tej wyliczance mało, że nie zachowałem tej alfabetycznej kolejności, ale również umieściłem syndrom przyjaciela i przyjaciółki, a tych trudno uznać za rodzinę. Spokojnie, to tylko taki teścik psychologiczny. Jeśli nie zauważyliście, to dowód, że temat Was zainteresował. Tak przynajmniej twierdzą psycholodzy.



 




sobota, 13 lipca 2019

Spotkałem nawet szczęśliwych psychologów


  Nie zamierzam podważać istnienia w nas problemów psychicznych, nawet sobie nie wyobrażam kogoś, kto w jakieś wyjątkowej sytuacji nie zapytał sam siebie: czy ze mną wszystko jest w porządku? Takie wątpliwości wydają się być w pełni zasadne, szczególnie wtedy, gdy spotykamy się z brakiem zrozumienia. Z tym, że taka krótka refleksja, jest w moim rozumieniu przejawem pełni zdrowia psychicznego. Trzeba na chwilę wyjść z siebie i popatrzeć na swoje postępowanie z boku. Jaki będzie wynik tego oglądu, to już inna sprawa.

  Wszystko byłoby w należytym porządeczku, gdyby nie rozrastająca się w postępie geometrycznym „elita” (czytaj: plaga) psychologów i psychoterapeutów. Ich akurat nie stać na samokrytyczną samoocenę. O ile psychiatrzy stanowią grupę lekarzy niezbędnych w danej społeczności, o tyle mam poważny problem (czytaj: syndrom) z psychologami i psychoterapeutami. Szczególnie z tymi, którzy na każdym forum i przy każdej okazji dzielą się swoją niepodważalną wiedzą. Napiszę prowokacyjnie – klasyfikuję ich tak na pograniczu wróżbitów i magów, choć zdarzają się nieliczne wyjątki. Ci pierwsi na odległość są w stanie znaleźć w tobie psychiczny feler i zawsze ta diagnoza ma być trafna. Jeśli masz wątpliwości, odsyła cię taki do gabinetu kumpla/kumpelki po fachu, by ten w żywe oczy wmówił ci, że jednak jesteś psychiczny. Jeżeli jednak i ten cię nie przekona, odsyłają nas do egzorcystów. 

  Moda na psychologów i psychoterapeutów zaczęła się tak gdzieś na początku XX wieku i uderzyła w nas z siłą wodospadu. Tego już nikt nie zatrzyma. Ich najgroźniejszą bronią są tak zwane syndromy. Jeden z nich, syndrom DDA, o który mnie posądzano i chciano mi wmówić (jak szarlatani na odległość), opisałem w jednej z wcześniejszych notek. Nie tak dawno sprawdziłem ile tych syndromów do dziś wymyślono. Włos stanął mi dęba – to idzie w tysiące! Właściwie dziś trudno byłoby, w opinii psychologów, znaleźć na ziemi kogoś bez jakiegoś syndromu. Posłużę się metaforyczną ironią: wszyscy jesteśmy na swój sposób wariatami. W jednym temacie – rodzina – mamy takie syndromy jak (alfabetycznie): babci, córki, dziadka, dziecka, matki, męża, ojca, syna, synowej, przyjaciela, przyjaciółki, wnuka i wnuczki, teścia, teściowej, zięcia i żony1. Najlepiej byłoby więc nie mieć rodziny, niestety nie ma tak dobrze, bo wtedy dopadnie nas syndrom samotnika, starego kawalera, jeszcze starszej panny, singla, wykluczonego... itd., itp. Jeśli jakimś cudem nie masz syndromu bałaganiarza, to na pewno masz syndrom czyścioszka i pedanta. Polecam wykaz w linku w przypisach. To tylko sześć dwukolumnowych stron. Jednego syndromu tam na pewno nie znajdziecie syndromu związanego z byciem psychologiem...

  Niejednokrotnie martwiłem się na łamach moich blogów rzeszą szarlatanów, bioenergoterapeutów, szeptuch i innych uzdrowicieli wszelkiej maści, egzorcystów nie wyłączają, ale przyznam szczerze, że po pobieżnej lekturze stron internetowych związanych z psychologią, tamte zagrożenia to przysłowiowy mały pikuś. Jeśli oddać się lekturze wywodów tych psychologicznych naukowców – można tylko popaść w... depresję. Nawet jeżeli ci nic nie dolega, jeśli czujesz się psychicznie doskonale, oni cię wyprostują, to znaczy udowodnią ci, że jednak z tobą coś nie tak, gdyż takie dobre samopoczucie tym bardziej wskazuje na jakiś syndrom. A najzabawniejsze jest to, że ów psycholog teoretycznie nie ma prawa cię diagnozować, ani tym bardziej leczyć, może najwyżej wysłuchać twoich żalów i... każe za to sobie słono płacić. Jeszcze śmieszniej – nie spoczywa na nim żadna odpowiedzialność za nieudaną diagnozę i terapię (cokolwiek pod pojęciem terapii się kryję). Wina zawsze, ale to zawsze leży po twojej, pacjenta stronie. To tak jak z tym diabłem, jeśli w niego nie wierzysz, na pewno już cię omamił. Uważasz, że jesteś zdrowy psychicznie, nawiedzony psycholog właśnie w tym zobaczy groźny syndrom.

  Można mnie posądzić o stronnicze podejście do tematu, bo faktycznie jest stronnicze i tego się nie wypieram. By jednak złagodzić tę stronniczość polecam książkę dr Tomasza Witkowskiego „Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o psychoterapeutycznych niepowodzeniach”2. Zacytuję tylko jeden fragment: „Zdarza się bowiem, że źle postawiona diagnoza, źle prowadzona psychoterapia poważnie szkodzi. Może nie tylko unieruchomić pacjenta w kłopotach czy chorobie, ale nawet doprowadzić do tragedii i zmarnować mu życie. Pogłębić alkoholizm, zmienić system wartości, skłonić do porzucenia kariery czy obranej drogi życiowej. Także uwikłać w niszczącą relację seksualną (...). W innych [gabinetach psychologicznych] przyjmują zaś obojętni na nasz los zawodowi wypaleńcy, ignoranci lub wyrachowani naciągacze. W gabinetach tej drugiej grupy trzeba liczyć się przede wszystkim z nietrafną diagnozą lub jej brakiem”. A proporcje? W innym miejscu prof. Witkowski przytacza wynik analizy prac pisanych przez psychologów i poświęconych psychologii. Na 132 takie prace tylko trzy (słownie: trzy) procent cechowało się rzetelnością. Na rozmowę z profesorem, by wyjaśnić brak tej rzetelności, zgodziło się pięciu (słownie: pięciu) psychologów, autorów tych nierzetelnych prac.

  Ja to pozostawiam jako puentę, już bez zbędnego komentarza. Mam za to radę. Jeśli poczujesz, że coś z twoją psychiką nie tak, unikaj jak ognia przypadkowych psychologów. Idź do psychiatry, a jeśli on uzna, że psycholog jest niezbędny, idź tylko do tego, którego on wskaże. Taki musi współpracować z prowadzącym psychiatrą i nie opiera się na własnym widzimisię, a na jego, psychiatry diagnozie. I najważniejsze, taki duet ponosi pełną odpowiedzialność za terapię. Że nie zawsze będzie skuteczna? Cóż, żaden specjalista, z wyjątkiem psychologów wolnych strzelców, takiej gwarancji ci nie da. Możesz za to liczyć na to, że bardziej ci nie zaszkodzi.

PS. W notce jest merytoryczny błąd. Jeśli go nie spostrzegłeś, wiedz, że coś się dzieje...

Przypisy:
1 - http://nastawienia.pl/wp-content/uploads/2017/12/Syndromy.pdf
2 - „Psychoterapia bez makijażu. Rozmowy o psychoterapeutycznych niepowodzeniach”, dr Tomasz Witkowski, Wydawnictwo Bez Maski, 2018 rok.