poniedziałek, 28 stycznia 2019

Może by tak horror zamiast polityki?

  Przyznam, jak zwykle szczerze, nie przepadam za filmowymi horrorami. Zbyt wiele w nich irracjonalnych zjawisk, przewidywalna akcja i bardzo tanie efekciarstwo, gdyż mówienie o efektach specjalnych w tym przypadku jest grubą przesadą. Podobnie jest z literaturą, choć tu oddam sprawiedliwość, ze względu na małe zainteresowanie, nie bardzo pamiętam, kiedy coś w tym temacie czytałem. Częściej zdarza mi się natknąć na jakieś dziwaczne teksty na portalach katolickich, których jedynym celem jest wzbudzenie strachu i przerażenia. I to one zainspirowały mnie do podjęcia karkołomnej próby zmierzenia się z tym literackim zadaniem. Poniżej próbka:

  Zasnąłem, nie przypuszczając, że przebudzę się w nowej rzeczywistości. Poszedłem umyć twarz i z przerażeniem stwierdziłem, że nie widzę swojego odbicia w lustrze, choć ledwie przed tygodniem usunięto mi zaćmę z oka. Pomyślałem, że nowa soczewka mi się odkleiła na tyle, że nie widzę tego, co na szkle lub za nim. Bo samo lustro widziałem doskonale. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć, gdy u drzwi zadzwonił dzwonek, wyraźnie natarczywy, tak jakby ktoś na przycisku tego dzwonka się oparł. Trzech ponurych facetów, w czarnych i długich płaszczach, w kapeluszach z takimi rondami, że twarzy nie sposób było dostrzec, bezceremonialnie wepchało mi się do mieszkania.
- Ubrać się ciepło i idzie pan z nami. – Głos był jakiś taki metaliczny, z pogłosem jak na koncercie hardrockowym, w tonie nieznoszącym sprzeciwu. 

  Dziwne, ale wydawało mi się, że mamy początek wiosny albo niesamowitą odwilż, a ja nie znosiłem się nadmiernie pocić. Gdzieś jednak w podświadomości zaświtała mi myśl, że oni nie żartują. Wyszliśmy z mojego mieszkania prosto do olbrzymiej i strasznie chłodnej sali w ponurych marmurach, bardziej ponurych niż stroje tajniaków. Mroziło nie tylko prawdziwym mrozem, ile przygnębiającą atmosferą, choć sala była wyjątkowo jasna. Na przeciwległym jej krańcu, na sporym podwyższeniu, zmuszającym patrzeć do góry, co potęgowało wrażenie własnej miernoty, było olbrzymie biurko z tkwiącym nad nim zarysem głowy, której kształtów nie dało się rozpoznać z takiej odległości.
- Z kim my tu mamy do czynienia? - Praktycznie ten sam metaliczny głos przemówił do siebie, jeszcze bardziej mrożąc moje członki. Kontynuował nie bacząc na moje rozterki:- A tak, Asmo, stary ateista, przypadek właściwie beznadziejny. Powinien być od razu skierowany do piekła.

  Zapanowała krótka cisza, zmącona szelestem przewracanych kartek. Pomyślałem, że to piekło byłoby dobrym rozwiązaniem, bo jeszcze bardziej niż pocić się z upału, nie cierpię takiego chłodu. A przecież skoro w piekle upał, w niebie musi być zimno.
- Nie mędrkuj! - strofował mnie głos, co świadczyło o tym, że on czyta moje myśli. Ledwie zdołałem pomyśleć, że jest niedobrze, bardzo niedobrze, a głos znów swoje.
- A tak, Asmo, niedobrze dla ciebie, ale i niestety dla mnie również. Nie widzę ciężkich przewinień, a i już część kary masz właściwie za sobą. Co z tobą zrobić?
Zapytałem sam siebie: jakiej kary? Nie przypominam sobie, aby mnie ktoś karał inaczej jak mandatem za złe parkowanie.
- Kilkanaście lat z żoną jędzą piechotą nie chodzi, więc w drobnej części można ci to zaliczyć na poczet - wyjaśnił mi dyplomatycznie głos. - To nawet w jakiś sposób tłumaczy twój ateizm. Pójdziesz na trzeci, najniższy poziom czyśćca. Tylko mi nie mów, że nie wiesz o czym ja mówię. Czytałeś przecież to, co pisała Maria Simma1. To tak faktycznie wygląda, nawet jeśli w to na razie nie wierzysz.
- Tak, czytałem, ale jeśli wolno, czyściec jest dla tych, co chcą Boga. Mnie tam do niego niepilno - próbowałem oponować.
- Powiedziałem, nie mędrkuj. Pobędziesz siedem tysięcy lat w czyśćcu, będziesz tak chciał Boga, jak wczoraj chciałeś się przespać z tą o trzydzieści lat młodszą Moniką, stary bezecniku.
- Dlaczego siedem tysięcy lat?! Co ja tam będę robił tak długo? Może ja przedtem zajrzę do piekła? Zawsze powinna być jakaś możliwość wyboru...
Coś huknęło z taką siłą, że mnie powaliło na posadzkę, jeszcze zimniejszą niż powietrze.
- Ze mną się nie dyskutuje! Rozumiesz?! Wyborów się zachciało porąbanemu liberałowi. Będziesz nawiedzał ateistów w snach i mówił im, że się mylą. To wprawdzie beznadziejna sprawa, bo jak ich znam, pójdą do psychiatry po pigułki, żeby im się śniło coś przyjemnego. Dostaniesz worek placebo i będziesz im je podmieniał. Tylko tych prawdziwych nie żryj, i tak przelecą przez ciebie, jak przez wiadro bez dna, bo tylko duchem jesteś.
- Oni będą prędzej wariować na te moje nawiedzenia, niż uwierzą mi, tym bardziej we śnie, że jest życie po życiu - próbowałem jednak zaprotestować. Żal mi było kumpli po światopoglądzie.
- A ty myślisz, że kogo ja tu mam, jak nie samych wariatów?! Na własne życzenie się tu znaleźli, a teraz lamentują. Ja im czyśćca nie wymyśliłem, sami sobie wykoncypowali, a ja mam teraz paskudną, papierkową robotę. Kiedyś było prosto. Stałem sobie przy bramie, tego do piekła, tego do nieba, raz na zawsze i amen. Przez ten czyściec diabły mnie alarmującymi ponagleniami nękają, bo niedobry i przestoje u nich. Kotły muszą wygaszać, przez co tu, cholera, przebacz mi Panie to szkaradne słowo, tak zimno.

  To był argument nie do przebicia. Sam już nie byłem pewien czy jestem przy zdrowych zmysłach. Najgorszym było to, że ta Maria Simma pomagała tylko tym duszom, które były na dwóch wyższych poziomach. Z tymi z trzeciego nie miała kontaktu, więc było wątpliwe, czy mi ktoś z żywych pomoże gorliwą modlitwą, a kontakt z okultystami mógł tylko pogorszyć sprawę. Okultyzm w tym świecie jest stanowczo zabroniony. Tak między Bogiem a prawdą, nie bardzo wiedziałem, w czym tkwi różnica między tą Simmą, a każdym innym okultystą. Pewnie ci drudzy nie nosili ze sobą różańców i nie byli tak odpychający jak ona. To niejako tłumaczy, dlaczego okultyści mają większe powodzenie wśród żywych, niż tacy nawiedzeni. Duchom pewnie fizjonomia Simmy nie przeszkadza. Jeszcze bardziej martwiło mnie coś innego. Mogło być tak, że ten zza biurka zamieni mnie w hipopotama, którego kiedyś ta Simma spotkała jako duszę czyśćcową. Morda szkaradna, szczególnie jak ziewa i tyle zbytecznego cielska, nawet jeśli niematerialnego. Jak się takim cielskiem wkręcić w czyjś śpiący mózg? Już wychodziliśmy, gdy głos mnie jeszcze raz dopadł.
- Żaden hipopotam, wężem będziesz, jak przystało na wcielenie diabła.

  Gdy tylko opuściłem tę salę, z miejsca zaświtał mi iście diabelski plan, co teraz bezsprzecznie dowodziło prawdziwości istnienia diabłów. Bez względu na to, w jakiego mnie węża zamieni ten gość, będę nachodził w snach tylko młode i ponętne ateistki. Wiele z nich pewnie sypia całkiem nago... Może ten, z tym metalicznym głosem to doceni, bo sam sobie zadam straszne cierpienie niemożliwego do spełnienia pożądania? Zaśmiałem się szyderczo - he, he, he. W moim wieku nawet popatrzeć to prawdziwa przyjemność. Po coś w końcu tę zaćmę dałem sobie usunąć.


  Ciąg dalszy może nastąpi.



Przypisy:
1 - Maria Simma – mistyczka katolicka, mająca podobno kontakt z duszami czyśćcowymi.



czwartek, 17 stycznia 2019

Co wolno wojewodzie...


  Nie lubię narzekać na poważnie, z pełnym wyrazem goryczy, czasami się jednak inaczej nie da. Po prostu, rzeczywistość bywa bardziej ponura niż to ustawa przewiduje. A w tym naszym grajdołku robi się coraz bardziej ponuro, coraz trudniej tę ponurość li tylko wykpić. Skąd się bierze potrzeba uprzykrzania życia innym – nie mam zielonego pojęcia, choć swoją teorię mam, ale na wszelki wypadek zostawię ją dla siebie.

  Świeżo upieczony prezydent Warszawy, pan Trzaskowski wpadł na pomysł, aby do wakacji wprowadzić w szkołach lekcję o mowie nienawiści, i pomysł wydaje mi się ze wszech miar słuszny, choć oddajmy prawdzie, nie nowy, wcześniej inicjował takie zajęcia śp. Adamowicz, prezydent Gdańska. Drugi spotkał się ze stanowczym protestem prawicy, ba, sprawa oparła się o Wojewódzki Sąd Administracyjny. Teraz Trzaskowskiemu grozi to samo. Powód? Prawica nie godzi się na takie lekcje, gdyż tam programowo miano się zająć nienawiścią na tle rasowym i innej orientacji seksualnej. Ja rozumiem, można nie lubić kolorowych, można nie cierpieć homoseksualnych, lecz w tych lekcjach chodzi tylko i wyłącznie o to, aby nie okazywać nienawiści i z tą nienawiścią sobie radzić. Tyle, że w tym kraju nie da się już rozmawiać bez emocji o innych, w znaczeniu odmiennych. Podobno to przeciw tradycyjnej rodzinie oraz wypacza pojęcie narodowości i patriotyzmu, przede wszystkim zaś zagraża tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej w naszym kraju. Ordo Iuris szykuje już armię prawników do zwalczania tej inicjatywy. Pikanterii dodaje fakt, że te zajęcia mają się odbywać na zasadzie..., pełnej dobrowolności i za zgodą rodziców. Za ich zgodą, choć nie tak jak chce Ordo Iuris, według którego ma to być specjalne oświadczenie z powołaniem się na... Konstytucję (sic!)

  W tym miejscu przypomina mi się larum, gdy padły głosy, aby wyprowadzić lekcje religii ze szkół. Wśród wielu argumentów przeciw takim zapędom znalazł się i taki, który mówi, że nie wolno rodzicom odbierać prawa decydowania o tym, czego dzieci uczyć i jak wychowywać. I ja się z tym zgodzę. Teraz jednak okazuje się, że to prawo dotyczy tylko tych rodziców, którzy chcą posyłać dzieci na religię, bo co wolno wojewodzie, to nie wam – lewacy, na domiar złego, liberalni. Tu się bowiem rodzi katoliban i nie ma zmiłuj się. Przesadzam? Chyba nie do końca, skoro pojawiają się takie pomysły jak ów projekt nowelizacji ustawy o przemocy w rodzinie, za którą, jak mniemam, też stało Ordo Iuris. Tu też odżywa inicjatywa przywrócenia kary śmierci. Mnie się to układa w pewną szaleńczą, choć całkiem realną teorię: wartości narodowo-chrześcijańskie uzewnętrzniają się przede wszystkim w kultywowaniu przemocy i nienawiści, reszta to tylko kolorowa zasłona dymna, ściema, mająca ubarwić te dwa elementy naszej świetlanej kultury społeczno-politycznej.

  Aby nie być gołosłownym proponuję zajrzeć na stronę Ordo Iuris, by zapoznać się z krótką treścią Rodzicielskiego Oświadczenia Wychowawczego, i zapewniam, że to oświadczenie jest majstersztykiem totalnego zidiocenia. A gdyby takiego oświadczenia wymagać w stosunku do rodziców wysyłających dzieci na lekcje religii? Już myślę nad treścią w podobnym stylu...



wtorek, 15 stycznia 2019

Akt zgonu


  Jestem bardziej niż zniesmaczony tym, co dzieje się wokół morderstwa Adamowicza, dodajmy – spektakularnego morderstwa w świetle jupiterów. Ta forma mordu rodzi pytanie, czy zabójca był poczytalny, ale biorąc pod uwagę fakt, że niemal każdego mordercę można uznać za niepoczytalnego, ten wątek jest bezzasadny. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że skoro on krzyczał o zemście na PO, morderstwo ma charakter polityczny. I choć praktycznie nie ma tu mowy o jakiejś zmowie, domysły i insynuacje (nie tylko w znaczeniu pejoratywnym), narzucają się same.

  Przyznam, że dopadł mnie wczoraj „nerw” (dlatego piszę dopiero dziś, już na spokojnie), gdy czytając artykuły na prawicowych portalach widziałem tylko apele o wstrzemięźliwość w ocenie tego mordu, a już unikanie wszelkich skojarzeń z politycznym jego akcentem. Po pierwsze, nie trudno było skojarzyć tego wydarzenia z mordem na radnym PiS sprzed kilku lat, kiedy to te same portale i media ciskały gromy, bez żadnych zahamowań, bez wstrzemięźliwości i skrupułów na PO, na liberalizm, na demokrację. Po drugie, dziś te same portale, ze wskazaniem na wPolityce.pl i Sieci, wyszukują z uporem godnym Sherlocka Holmesa wszelkie przejawy nadawania politycznych akcentów niedzielnego mordu. I je w niewybredny sposób piętnują, co na pewno nie jest przejawem spokoju i wyciszenia, o który tak głośno apelują. Jeśli więc ktoś tu podgrzewa atmosferę nienawiści, to są to dziennikarze i politycy konserwatywnej prawicy.

  Można przyjąć, że pierwszym był..., Jarosław Kurski, który w artykule „Wyborczej” w patetyczny wręcz sposób oskarża tę prawicę o sprawstwo pośrednie mordu w Gdańsku. Jego usprawiedliwia w jakiś sposób gorączka podzielenia się swoim pierwszym odruchem i przemyśleniami. Nie wszyscy potrafią panować nad emocjami. Tyle, że to jest jeden przeciw wszystkim, bo jeśli nawet redaktor naczelny „Wyborczej” przesadził, a przesadził, to nie powód teraz węszyć po przeciwnej stronie, tych co za „politycznością mordu” w Gdańsku, na miarę i wzór „łapanek”. A sprawa jest poważna, bo oto już pojawiają się kolejni psychicznie niezrównoważeni, nawołujący do kolejnych mordów nie tylko Andrzeja Dudy, ale w przewadze innych liberalnych prezydentów miast. Jeśli ja teraz słyszę apele ze strony prawicy o zaniechaniu i pohamowaniu nienawiści, to mi się na zwojach mózgowych węzły robią. Czy kiedykolwiek w Polsce powojennej było takie środowisko, które by tak silnie nienawiść eskalowało? Komuniści? Mogliby się, co najwyżej od nich uczyć. Mnie od razu przypominają się dwie ogólnopolskie akcje: symboliczne wieszania portretów sprzed roku w czasie obchodów rocznicy Niepodległości w Katowicach i wystawiania a priori aktów zgonu ledwie na tydzień przed mordem (taki też wystawiono prezydentowi Adamowiczowi). To wprawdzie akcje Wszechpolaków, ale śmiem przypomnieć, że zarówno PiS jak i Kościół tej organizacji oficjalnie sprzyja.

  Nie szukajmy, kto pierwszy rzucił kamieniem, inicjując nienawiść w tym kraju, bo i tak nie znajdziemy, nawet cofając się do czasów Mieszka I. Należy się raczej zastanowić, dlaczego do takiej eskalacji dopuszczono i kto jest za to odpowiedzialny? Po jednej stronie mamy liberalizm (nawet ten lewicujący), po drugiej konserwatyzm, ze wskazaniem na skrajny. Pierwszy zakłada w sferze politycznej istnienie różnych, nawet przeciwnych sobie ugrupowań politycznych, co nie wyklucza ich krytyki, której w żaden sposób nie można kojarzyć z nienawiścią. Drugi nie tylko sprzeciwia się liberalizmowi, ale zrobi wszystko, aby go definitywnie wykluczyć, choć praktycznie to nie jest na szczęście możliwe. Dał nam przykład..., Jarosław Kaczyński i jego poplecznicy jak to się robi. Ale mu oddaję, na pewno nie chciał, aby skutkiem tych poczynań było morderstwo, on jest zdecydowanie za tym, aby przeciwników osądzić zależnymi od siebie sądami, i osadzić w więzieniach na długie lata, a jako pierwszego Donalda Tuska. Był tą nienawiścią zaślepiony jeszcze przed katastrofą smoleńską, ta katastrofa, ową ślepotę uczyniła dogłębną i przerzuciła się na wszystkich, nie tylko liberałów, ale ich zwolenników.

  Zastanawiające jest tu stanowisko polskiego Kościoła. Ja już nie będę się wyżywał na abp Jędraszewskim, ale śmiem twierdzić, że nasz rodzimy Kościół nie zrobił nic, ale to dosłownie nic, aby tę nienawiść studzić. Gdy ja dziś czytam apele tego Kościoła o roztropność, o potrzebie modlitwy i miłości (tylko do Jezusa), to mi dla odmiany zwoje mózgowe się prostują. Na moje nieszczęście zbyt dużo naczytałem się o zgniliźnie liberalnej, abym teraz mógł reagować w inny sposób. Tak, na szczęście już nie mój, instytucjonalny Kościele – osiągnąłeś szczyty hipokryzji i demoralizacji, aby te Twoje apele mogły odnieść jakikolwiek pozytywny skutek.

  Przyznam szczerze, liczyłem na to, że w obliczu gdańskiej tragedii nastąpi jakieś otrzeźwienie, ale w swej naiwności nie doceniłem możliwości skrajnej prawicy, zaś możliwości mediów konserwatywno-prawicowych w szczególności. Nie jestem futurystą, ani tym bardziej prorokiem. Nie mam zielonego pojęcia czym się to skończy, choć ogarnia mnie jednocześnie skrajny pesymizm. Nawet jeśli liberalizm odsunie konserwę od władzy, i tak prawica będzie mogła lizać rany, a gdy się zagoją, znów pokaże swoje kły.




sobota, 12 stycznia 2019

I znów trochę relaksu


  Karnawał w pełni, choć ja jakoś go nie doświadczam. Gdzie te czasy, gdy w karnawale sobota bez zabawy była sobotą straconą?  Trochę już staroświecki jestem, choć nie wiem dlaczego (pesel mi się tylko zestarzał), więc przypomnę pewien taniec, w dwóch wersjach, który odchodzi w niepamięć. A piękny i namiętny był...

  Na początek wręcz w artystycznym majestacie, ze szczególną dedykacją:



  I coś na poprawę humoru:




  Nie wiem jak Wam, mnie się tango wydaje bardziej atrakcyjne niż podskakiwanie w jednym miejscu, czy szaleństwo disco-polo. To oczywiście tylko rzecz gustu. Ale, aby nie było, że tak  s z t y w n y  jak w tangu byłem, coś w innym rytmie, też z czasów młodości:


  Ja się nie chwalę, ja mam talent, z tym gościem mogłem iść w zawody. A moja partnerka z tamtych czasów była zaś anielsko-boska. Nic to nie pomogło, do nieba i tak mnie nie wezmą...



poniedziałek, 7 stycznia 2019

Mentalność krzyża


  Znalazłem dość ciekawą opinię o rodzajach mentalności, którą mam się zamiar podzielić. Pierwsza, tak zwana mentalność Hollywood, opiera się na pogoni za przyjemnością a prowadzi do strasznego cierpienia, druga, mentalność krzyża polega na akceptacji cierpienia i ma prowadzić do głębokiego szczęścia. Ja tu polecam się skupić na przymiotnikach, ale tak naprawdę chodzi w tym o coś, co hipotetycznie uznaje się za życie po życiu, przy czym przez te przymiotniki jest jawnie przejaskrawione. Bo ja zapytam kontrowersyjnie: czy ci od Hollywood gonią za przyjemnością, czy za szczęściem? Zapytam też, czy ci od krzyża nie chcą tego samego, choć dopiero po cierpiętniczym życiu?

  Właściwie nic mnie nie obchodzi kto jakie chce mieć życie na ziemi. Ja bym tym od krzyża nawet uchylił nieba, aby z niego na potęgę wysypało się to cierpienie (dobrze, że nie mam takiej możliwości). Ja tylko nie rozumiem, dlaczego oni takim pragnieniem chcą koniecznie zarazić tych od Hollywood? Ktoś powie, że przesadzam, ale tym razem będę się upierał, co mi zresztą zawsze dość łatwo przychodzi. Tu mam ułatwione zadanie z powodu projektu nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Ktoś powie, że dziś nie ma już o czym mówić, bo przecież premier Morawiecki, wielki łaskawca, spowodował, że projekt poszedł do kosza. Nic podobnego – został skierowany do projektantów w celu wprowadzenia pewnych poprawek. Oficjalnie do autorstwa przyznała się pani wiceminister E. Bojanowska, a jak się po cichu mówi, również skrajnie konserwatywne skrzydło Kościoła katolickiego – Ordo Iuris. Oba podmioty nie wróżą niczego dobrego, raczej większe cierpienie w rodzinach, co tak ładnie (czytaj: ewidentnie) wpisuje się w mentalność krzyża.

  Pani Bojanowska stwierdziła, że jej przyświecała troska o rodzinę i powiem, że ja jej wierzę. Problem w tym, że to nie jest troska o ofiary przemocy w rodzinie, a troska o dobre imię rodziny, dlatego zmieniono przemoc w rodzinie na przemoc domową. Niby to samo, ale jakże lepiej brzmi, o przemocy nie mówi się już w kontekście rodziny, bo rodzina to rzecz święta. O tym jak ważny jest ten kontekst niech świadczy stwierdzenie samej Bojanowskiej – doktor socjolog (za premierem Morawieckim), że przemoc istnieje przede wszystkim w konkubinatach, czyli w związkach nieformalnych. Ja sam w taką narrację uwierzyłem, mimo że mój ateizm zaleca najwyższą ostrożność w wiarę w cokolwiek, co jest nienamacalne lub niesprawdzalne. Prawda jest bowiem daleko różna od tej narracji Morawieckiego i Bojanowskiej. To pięćdziesiąt procent ofiar przemocy w rodzinie pochodzi z formalnych związków małżeńskich (w tym sakramentalnych) a tylko czternaście procent z konkubinatów. To jeszcze gorzej wygląda od strony sprawców przemocy. Osiemdziesiąt procent to sprawcy  z rodzin formalnych, a dziesięć procent ze związków nieformalnych. Oczywiści, aby być rzetelnym należałoby wziąć poprawkę na ilość małżeństw formalnych do konkubinatów. Tych drugich jest bez wątpienia mniej, co nie zmienia faktu, że w formalnych związkach przemoc sadystów i cierpienie ofiar ma się dobrze i jest porównywalna procentowo z konkubinatami.

  Pominę już kompletny odlot autorów projektu, dla których pierwsze manto nie jest przemocą, pominę też idiotyczny pomysł, aby niebiska karta była zakładana na wniosek pokrzywdzonej, ja chciałbym się zastanowić nad tym, czy przemoc, przez to że nazwana domową mniej boli, oraz dlaczego konkubinaty w żadnym razie za rodzinę nie mogą uchodzić? Skoro bowiem już samo określenia „małżeństwo” i „konkubinat” definitywnie rozstrzyga z jakim związkiem dwojga ludzi mamy formalnie do czynienia, o co biega z tą rodziną? Dla mnie nie ulega wątpliwości, że pewne środowiska tkwią  m e n t a l n i e   w epoce wiktoriańskiej, czyli w okresie, gdy hipokryzja i pruderia kwitły w najlepsze. W naszej, polskiej kulturze, sarkastycznie nazwano taką mentalność – dulszczyzną, i choć dla młodych jest to pojęcie wręcz archaiczne, ona wciąż ma się dobrze. Na zewnątrz rodzina to rzecz święta, brudy istnieją tylko w „zaciszu” domowym, choć to wciąż ci sami ludzie. Cały problem w tym, że gdyby się tej hipokryzji pozbyć, nie za bardzo sensownym byłoby mówić o zagrożeniu dla rodziny ze strony zgniłego Zachodu, tego o mentalności Hollywood. Dla Kościoła w Polsce ważniejsza jest mentalność krzyża, która uzasadnia Jego istnienie, więc nieś swój krzyż maltretowana, bita i poniewierana kobieto w tym „zaciszu” domowym. Ku chwale Pana...