czwartek, 17 stycznia 2019

Co wolno wojewodzie...


  Nie lubię narzekać na poważnie, z pełnym wyrazem goryczy, czasami się jednak inaczej nie da. Po prostu, rzeczywistość bywa bardziej ponura niż to ustawa przewiduje. A w tym naszym grajdołku robi się coraz bardziej ponuro, coraz trudniej tę ponurość li tylko wykpić. Skąd się bierze potrzeba uprzykrzania życia innym – nie mam zielonego pojęcia, choć swoją teorię mam, ale na wszelki wypadek zostawię ją dla siebie.

  Świeżo upieczony prezydent Warszawy, pan Trzaskowski wpadł na pomysł, aby do wakacji wprowadzić w szkołach lekcję o mowie nienawiści, i pomysł wydaje mi się ze wszech miar słuszny, choć oddajmy prawdzie, nie nowy, wcześniej inicjował takie zajęcia śp. Adamowicz, prezydent Gdańska. Drugi spotkał się ze stanowczym protestem prawicy, ba, sprawa oparła się o Wojewódzki Sąd Administracyjny. Teraz Trzaskowskiemu grozi to samo. Powód? Prawica nie godzi się na takie lekcje, gdyż tam programowo miano się zająć nienawiścią na tle rasowym i innej orientacji seksualnej. Ja rozumiem, można nie lubić kolorowych, można nie cierpieć homoseksualnych, lecz w tych lekcjach chodzi tylko i wyłącznie o to, aby nie okazywać nienawiści i z tą nienawiścią sobie radzić. Tyle, że w tym kraju nie da się już rozmawiać bez emocji o innych, w znaczeniu odmiennych. Podobno to przeciw tradycyjnej rodzinie oraz wypacza pojęcie narodowości i patriotyzmu, przede wszystkim zaś zagraża tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej w naszym kraju. Ordo Iuris szykuje już armię prawników do zwalczania tej inicjatywy. Pikanterii dodaje fakt, że te zajęcia mają się odbywać na zasadzie..., pełnej dobrowolności i za zgodą rodziców. Za ich zgodą, choć nie tak jak chce Ordo Iuris, według którego ma to być specjalne oświadczenie z powołaniem się na... Konstytucję (sic!)

  W tym miejscu przypomina mi się larum, gdy padły głosy, aby wyprowadzić lekcje religii ze szkół. Wśród wielu argumentów przeciw takim zapędom znalazł się i taki, który mówi, że nie wolno rodzicom odbierać prawa decydowania o tym, czego dzieci uczyć i jak wychowywać. I ja się z tym zgodzę. Teraz jednak okazuje się, że to prawo dotyczy tylko tych rodziców, którzy chcą posyłać dzieci na religię, bo co wolno wojewodzie, to nie wam – lewacy, na domiar złego, liberalni. Tu się bowiem rodzi katoliban i nie ma zmiłuj się. Przesadzam? Chyba nie do końca, skoro pojawiają się takie pomysły jak ów projekt nowelizacji ustawy o przemocy w rodzinie, za którą, jak mniemam, też stało Ordo Iuris. Tu też odżywa inicjatywa przywrócenia kary śmierci. Mnie się to układa w pewną szaleńczą, choć całkiem realną teorię: wartości narodowo-chrześcijańskie uzewnętrzniają się przede wszystkim w kultywowaniu przemocy i nienawiści, reszta to tylko kolorowa zasłona dymna, ściema, mająca ubarwić te dwa elementy naszej świetlanej kultury społeczno-politycznej.

  Aby nie być gołosłownym proponuję zajrzeć na stronę Ordo Iuris, by zapoznać się z krótką treścią Rodzicielskiego Oświadczenia Wychowawczego, i zapewniam, że to oświadczenie jest majstersztykiem totalnego zidiocenia. A gdyby takiego oświadczenia wymagać w stosunku do rodziców wysyłających dzieci na lekcje religii? Już myślę nad treścią w podobnym stylu...



wtorek, 15 stycznia 2019

Akt zgonu


  Jestem bardziej niż zniesmaczony tym, co dzieje się wokół morderstwa Adamowicza, dodajmy – spektakularnego morderstwa w świetle jupiterów. Ta forma mordu rodzi pytanie, czy zabójca był poczytalny, ale biorąc pod uwagę fakt, że niemal każdego mordercę można uznać za niepoczytalnego, ten wątek jest bezzasadny. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że skoro on krzyczał o zemście na PO, morderstwo ma charakter polityczny. I choć praktycznie nie ma tu mowy o jakiejś zmowie, domysły i insynuacje (nie tylko w znaczeniu pejoratywnym), narzucają się same.

  Przyznam, że dopadł mnie wczoraj „nerw” (dlatego piszę dopiero dziś, już na spokojnie), gdy czytając artykuły na prawicowych portalach widziałem tylko apele o wstrzemięźliwość w ocenie tego mordu, a już unikanie wszelkich skojarzeń z politycznym jego akcentem. Po pierwsze, nie trudno było skojarzyć tego wydarzenia z mordem na radnym PiS sprzed kilku lat, kiedy to te same portale i media ciskały gromy, bez żadnych zahamowań, bez wstrzemięźliwości i skrupułów na PO, na liberalizm, na demokrację. Po drugie, dziś te same portale, ze wskazaniem na wPolityce.pl i Sieci, wyszukują z uporem godnym Sherlocka Holmesa wszelkie przejawy nadawania politycznych akcentów niedzielnego mordu. I je w niewybredny sposób piętnują, co na pewno nie jest przejawem spokoju i wyciszenia, o który tak głośno apelują. Jeśli więc ktoś tu podgrzewa atmosferę nienawiści, to są to dziennikarze i politycy konserwatywnej prawicy.

  Można przyjąć, że pierwszym był..., Jarosław Kurski, który w artykule „Wyborczej” w patetyczny wręcz sposób oskarża tę prawicę o sprawstwo pośrednie mordu w Gdańsku. Jego usprawiedliwia w jakiś sposób gorączka podzielenia się swoim pierwszym odruchem i przemyśleniami. Nie wszyscy potrafią panować nad emocjami. Tyle, że to jest jeden przeciw wszystkim, bo jeśli nawet redaktor naczelny „Wyborczej” przesadził, a przesadził, to nie powód teraz węszyć po przeciwnej stronie, tych co za „politycznością mordu” w Gdańsku, na miarę i wzór „łapanek”. A sprawa jest poważna, bo oto już pojawiają się kolejni psychicznie niezrównoważeni, nawołujący do kolejnych mordów nie tylko Andrzeja Dudy, ale w przewadze innych liberalnych prezydentów miast. Jeśli ja teraz słyszę apele ze strony prawicy o zaniechaniu i pohamowaniu nienawiści, to mi się na zwojach mózgowych węzły robią. Czy kiedykolwiek w Polsce powojennej było takie środowisko, które by tak silnie nienawiść eskalowało? Komuniści? Mogliby się, co najwyżej od nich uczyć. Mnie od razu przypominają się dwie ogólnopolskie akcje: symboliczne wieszania portretów sprzed roku w czasie obchodów rocznicy Niepodległości w Katowicach i wystawiania a priori aktów zgonu ledwie na tydzień przed mordem (taki też wystawiono prezydentowi Adamowiczowi). To wprawdzie akcje Wszechpolaków, ale śmiem przypomnieć, że zarówno PiS jak i Kościół tej organizacji oficjalnie sprzyja.

  Nie szukajmy, kto pierwszy rzucił kamieniem, inicjując nienawiść w tym kraju, bo i tak nie znajdziemy, nawet cofając się do czasów Mieszka I. Należy się raczej zastanowić, dlaczego do takiej eskalacji dopuszczono i kto jest za to odpowiedzialny? Po jednej stronie mamy liberalizm (nawet ten lewicujący), po drugiej konserwatyzm, ze wskazaniem na skrajny. Pierwszy zakłada w sferze politycznej istnienie różnych, nawet przeciwnych sobie ugrupowań politycznych, co nie wyklucza ich krytyki, której w żaden sposób nie można kojarzyć z nienawiścią. Drugi nie tylko sprzeciwia się liberalizmowi, ale zrobi wszystko, aby go definitywnie wykluczyć, choć praktycznie to nie jest na szczęście możliwe. Dał nam przykład..., Jarosław Kaczyński i jego poplecznicy jak to się robi. Ale mu oddaję, na pewno nie chciał, aby skutkiem tych poczynań było morderstwo, on jest zdecydowanie za tym, aby przeciwników osądzić zależnymi od siebie sądami, i osadzić w więzieniach na długie lata, a jako pierwszego Donalda Tuska. Był tą nienawiścią zaślepiony jeszcze przed katastrofą smoleńską, ta katastrofa, ową ślepotę uczyniła dogłębną i przerzuciła się na wszystkich, nie tylko liberałów, ale ich zwolenników.

  Zastanawiające jest tu stanowisko polskiego Kościoła. Ja już nie będę się wyżywał na abp Jędraszewskim, ale śmiem twierdzić, że nasz rodzimy Kościół nie zrobił nic, ale to dosłownie nic, aby tę nienawiść studzić. Gdy ja dziś czytam apele tego Kościoła o roztropność, o potrzebie modlitwy i miłości (tylko do Jezusa), to mi dla odmiany zwoje mózgowe się prostują. Na moje nieszczęście zbyt dużo naczytałem się o zgniliźnie liberalnej, abym teraz mógł reagować w inny sposób. Tak, na szczęście już nie mój, instytucjonalny Kościele – osiągnąłeś szczyty hipokryzji i demoralizacji, aby te Twoje apele mogły odnieść jakikolwiek pozytywny skutek.

  Przyznam szczerze, liczyłem na to, że w obliczu gdańskiej tragedii nastąpi jakieś otrzeźwienie, ale w swej naiwności nie doceniłem możliwości skrajnej prawicy, zaś możliwości mediów konserwatywno-prawicowych w szczególności. Nie jestem futurystą, ani tym bardziej prorokiem. Nie mam zielonego pojęcia czym się to skończy, choć ogarnia mnie jednocześnie skrajny pesymizm. Nawet jeśli liberalizm odsunie konserwę od władzy, i tak prawica będzie mogła lizać rany, a gdy się zagoją, znów pokaże swoje kły.




sobota, 12 stycznia 2019

I znów trochę relaksu


  Karnawał w pełni, choć ja jakoś go nie doświadczam. Gdzie te czasy, gdy w karnawale sobota bez zabawy była sobotą straconą?  Trochę już staroświecki jestem, choć nie wiem dlaczego (pesel mi się tylko zestarzał), więc przypomnę pewien taniec, w dwóch wersjach, który odchodzi w niepamięć. A piękny i namiętny był...

  Na początek wręcz w artystycznym majestacie, ze szczególną dedykacją:



  I coś na poprawę humoru:




  Nie wiem jak Wam, mnie się tango wydaje bardziej atrakcyjne niż podskakiwanie w jednym miejscu, czy szaleństwo disco-polo. To oczywiście tylko rzecz gustu. Ale, aby nie było, że tak  s z t y w n y  jak w tangu byłem, coś w innym rytmie, też z czasów młodości:


  Ja się nie chwalę, ja mam talent, z tym gościem mogłem iść w zawody. A moja partnerka z tamtych czasów była zaś anielsko-boska. Nic to nie pomogło, do nieba i tak mnie nie wezmą...



poniedziałek, 7 stycznia 2019

Mentalność krzyża


  Znalazłem dość ciekawą opinię o rodzajach mentalności, którą mam się zamiar podzielić. Pierwsza, tak zwana mentalność Hollywood, opiera się na pogoni za przyjemnością a prowadzi do strasznego cierpienia, druga, mentalność krzyża polega na akceptacji cierpienia i ma prowadzić do głębokiego szczęścia. Ja tu polecam się skupić na przymiotnikach, ale tak naprawdę chodzi w tym o coś, co hipotetycznie uznaje się za życie po życiu, przy czym przez te przymiotniki jest jawnie przejaskrawione. Bo ja zapytam kontrowersyjnie: czy ci od Hollywood gonią za przyjemnością, czy za szczęściem? Zapytam też, czy ci od krzyża nie chcą tego samego, choć dopiero po cierpiętniczym życiu?

  Właściwie nic mnie nie obchodzi kto jakie chce mieć życie na ziemi. Ja bym tym od krzyża nawet uchylił nieba, aby z niego na potęgę wysypało się to cierpienie (dobrze, że nie mam takiej możliwości). Ja tylko nie rozumiem, dlaczego oni takim pragnieniem chcą koniecznie zarazić tych od Hollywood? Ktoś powie, że przesadzam, ale tym razem będę się upierał, co mi zresztą zawsze dość łatwo przychodzi. Tu mam ułatwione zadanie z powodu projektu nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Ktoś powie, że dziś nie ma już o czym mówić, bo przecież premier Morawiecki, wielki łaskawca, spowodował, że projekt poszedł do kosza. Nic podobnego – został skierowany do projektantów w celu wprowadzenia pewnych poprawek. Oficjalnie do autorstwa przyznała się pani wiceminister E. Bojanowska, a jak się po cichu mówi, również skrajnie konserwatywne skrzydło Kościoła katolickiego – Ordo Iuris. Oba podmioty nie wróżą niczego dobrego, raczej większe cierpienie w rodzinach, co tak ładnie (czytaj: ewidentnie) wpisuje się w mentalność krzyża.

  Pani Bojanowska stwierdziła, że jej przyświecała troska o rodzinę i powiem, że ja jej wierzę. Problem w tym, że to nie jest troska o ofiary przemocy w rodzinie, a troska o dobre imię rodziny, dlatego zmieniono przemoc w rodzinie na przemoc domową. Niby to samo, ale jakże lepiej brzmi, o przemocy nie mówi się już w kontekście rodziny, bo rodzina to rzecz święta. O tym jak ważny jest ten kontekst niech świadczy stwierdzenie samej Bojanowskiej – doktor socjolog (za premierem Morawieckim), że przemoc istnieje przede wszystkim w konkubinatach, czyli w związkach nieformalnych. Ja sam w taką narrację uwierzyłem, mimo że mój ateizm zaleca najwyższą ostrożność w wiarę w cokolwiek, co jest nienamacalne lub niesprawdzalne. Prawda jest bowiem daleko różna od tej narracji Morawieckiego i Bojanowskiej. To pięćdziesiąt procent ofiar przemocy w rodzinie pochodzi z formalnych związków małżeńskich (w tym sakramentalnych) a tylko czternaście procent z konkubinatów. To jeszcze gorzej wygląda od strony sprawców przemocy. Osiemdziesiąt procent to sprawcy  z rodzin formalnych, a dziesięć procent ze związków nieformalnych. Oczywiści, aby być rzetelnym należałoby wziąć poprawkę na ilość małżeństw formalnych do konkubinatów. Tych drugich jest bez wątpienia mniej, co nie zmienia faktu, że w formalnych związkach przemoc sadystów i cierpienie ofiar ma się dobrze i jest porównywalna procentowo z konkubinatami.

  Pominę już kompletny odlot autorów projektu, dla których pierwsze manto nie jest przemocą, pominę też idiotyczny pomysł, aby niebiska karta była zakładana na wniosek pokrzywdzonej, ja chciałbym się zastanowić nad tym, czy przemoc, przez to że nazwana domową mniej boli, oraz dlaczego konkubinaty w żadnym razie za rodzinę nie mogą uchodzić? Skoro bowiem już samo określenia „małżeństwo” i „konkubinat” definitywnie rozstrzyga z jakim związkiem dwojga ludzi mamy formalnie do czynienia, o co biega z tą rodziną? Dla mnie nie ulega wątpliwości, że pewne środowiska tkwią  m e n t a l n i e   w epoce wiktoriańskiej, czyli w okresie, gdy hipokryzja i pruderia kwitły w najlepsze. W naszej, polskiej kulturze, sarkastycznie nazwano taką mentalność – dulszczyzną, i choć dla młodych jest to pojęcie wręcz archaiczne, ona wciąż ma się dobrze. Na zewnątrz rodzina to rzecz święta, brudy istnieją tylko w „zaciszu” domowym, choć to wciąż ci sami ludzie. Cały problem w tym, że gdyby się tej hipokryzji pozbyć, nie za bardzo sensownym byłoby mówić o zagrożeniu dla rodziny ze strony zgniłego Zachodu, tego o mentalności Hollywood. Dla Kościoła w Polsce ważniejsza jest mentalność krzyża, która uzasadnia Jego istnienie, więc nieś swój krzyż maltretowana, bita i poniewierana kobieto w tym „zaciszu” domowym. Ku chwale Pana...



wtorek, 1 stycznia 2019

Miałem wizję i wizje


  Konkretnie miałem je za sprawą sylwestrowego sam na sam z telewizorem. Miało być skromnie, tylko jeden kieliszek szampana. Wyszło jak zwykle. Rzecz w tym, że programy sylwestrowe, relacje z miejskich imprez, trąciły takim kiczem, że aby to znieść, trąciłem się przed lustrem sam ze sobą szklaneczką własnej roboty bimbru, według recepty mojego sołtysa, prawdziwego speca w tej dziedzinie. Poczułem się tak, jakby mnie koń kopnął, co objawiło się lekko chwiejnym krokiem w drodze do salonu, gdzie oglądałem tę telewizję. Wizja się poprawiła, to znaczy szczegółów już nie widziałem i nawet Kozidrak wydawała mi się młodą laską. Fonia wciąż jednak szwankowała, bo szlagiery były przedpotopowe, gorzej, jakby z epoki dinozaurów (Józek nie daruję ci tej nocy). Pomyślałem, że druga szklaneczka przytępi mi słuch, tym bardziej, że akurat leciała piosenka „Nie ma, nie ma wódki na pustyni”, co akurat w moim przypadku nie było prawdą. Spiżarnia pełna jest mocnych trunków. Ponieważ druga szklaneczka jeszcze bardziej pogłębiła moją zaćmę, narosły problemy z powrotem do salonu. Ale skutek ogólnie był pozytywny, bo mi się już nawet podobał Wiśniewski, choć tylko słuchowo, bo orientację mam jak najbardziej heteroseksualną. Nawet gdyby Połomski w duecie z Krajewskim pojawili się na scenie, co wcale w takim wskazującym stanie nie byłoby nierealne, też bym już nie wybrzydzał. O północy okazało się, że nie mogę znaleźć kieliszka, więc szampan pociągnąłem prosto z butelki. I się dopiero porobiło...

  Nagle na ekranie telewizora pojawił się napis: „Myśl o prawdach ostatecznych przybliża do Boga”, a w chwilę później: „Apokalipsa według bł. Katarzyny Emmerich”, wszystko na podkładzie religijnych pieśni. Trudno stwierdzić jak długo to trwało, bo oprócz przytępionego słuchu i fatalnego widzenie, doszła utrata realności mijającego czasu, ale w końcu napisy się zmieniły na: „Armia Maryi na czasy ostateczne”. Rozpaczliwie szukałem pilota, aby zmienić ten program, tylko jak go znaleźć, gdy się ma zaćmę i trochę za dużo promili? Kolejne napisy już mnie poważnie zaniepokoiły: „A gdyby teraz nastąpił koniec świata?!” na przemian z „Śmierć odsłania prawdę o człowieku”. Później jeszcze: „Apokalipsa, czyli zapowiedź Godziny Sądu”, ale gdy zobaczyłem taką treść: „Wizyta duszpasterska w agencji towarzyskiej”, na głos sam przemówiłem do siebie ludzkim głosem: Asmo, wiedz, że coś złego się dzieje… Już się nawet zastanawiałem, czy nie wykręcić korków, aby te wizjonersko-prorocze napisy mnie nie dręczyły. Chciałem wstać, ale opadłem z powrotem na fotel i... program sam się zmienił. 

  Na krótka chwilę znów zobaczyłem tego z czerwoną czupryną, ubranego w futro i śpiewającego coś o upalnym lecie. Aż mnie w fotelu wyprostowało i w telewizorze znów zmienił się program. Pojawił się jeden z Modern Tłoki, czy jakoś tak, a ja byłem przekonany, że oni dawno nie żyją. Podobnie jak emeryci Albano i Romino śpiewając coś jak cziss samogon. W sylwestrową noc się nie odmawia, więc chcąc nie chcąc znów musiałem zajrzeć do spiżarki. Tym razem już nogi się pode mną ugięły, ten samogon mocny był. Ledwie zdołałem doczłapać do fotela, a gdy usiadłem, masz babo placek, znów wizje wróciły. Tym razem coś w stylu „PiS czy nie pić? O. Jacek Salij o alkoholu i Bogu”. Przyszło mi na myśl, że ten Bóg, święci i aniołowie to mają przerąbane. Począwszy od północy w Japonii, muszą co godzinę w innym rejonie świata wznosić toasty. Nawet gdyby to był mszalny sikacz, w Nowy Rok kac u nich niebiańsko-piekielny... Później było jeszcze coś w stylu „Ja was ostrzegam w imię Boga” i „Przypominamy światu, jak wielki jest polski duch wiary”, itp., itd. 

  Moja rozpacz sięgnęła zenitu i wtedy mi się przypomniało, ze dzień wcześniej miałem kolędę. U mnie brama dzień i noc otwarta na oścież, drzwi nigdy nie zakluczam, i tym sposobem ministrant wraz z proboszczem wepchali mi się do salonu, gdzie zanurzony w lekturze tekstów w necie, nie zwracałem uwagi na to, co się wokół dzieje. Przez dwadzieścia lat nic się nie działo, pies z kulawą nogą bez zaproszenia tu nie zaglądał. Konsternacja była niemożebna, bo u mnie żadnego przygotowania do takiej wizyty. Ni jednego świętego obrazka nie uświadczysz, o krucyfiksie nie wspominając. Grzecznie proboszczowi wytłumaczyłem, że od dawna kolędy nie przyjmuje, ale skoro przyszedł, możemy pogadać, byle mi tu modłów nie odczyniał. Obaj obrócili się na pięcie i wyszli, usłyszałem tylko od proboszcza: Niech Bóg ma w opiece ten dom i jego mieszkańców. Ja tam w żadne czary-mary nie wierzę, ale przez moment przyszło mi na myśl, że te wizje to za sprawą księdza proboszcza. Tematycznie się zgadzało...

  Na szczęście okazało się, że wytłumaczenie było prostsze i bardziej racjonalne, by nie napisać – banalne. Życie nie raz dało mi po dupie, więc siłą rzeczy skórę na tej części ciała mam daleko bardziej zgrubiałą niż ta księżniczka, co spała na ziarenku grochu. Tak zgrubiałą, że nie wyczułem iż półdupkiem siedzę na tym poszukiwanym pilocie, i przy każdym ruchu zmieniałem kanał..., nawet na TV Religia.



PS. Od razu wyjaśnię, cała historia jest w znacznej części zmyślona, poza opisem telewizyjnych programów sylwestrowych i kolędy. Treść napisów pochodzi z portalu Fronda. To tytuły artykułów, które pojawiły się w ciągu ostatnich dwóch dni kończącego się roku. Tak ku pokrzepieniu serc.