środa, 29 maja 2019

(Post)komunistyczny beton (?)


  Pozwolę sobie na drobną ironię. Trwalszy od betonu jest żelbeton, czyli beton wzmocniony pisowskim zbrojeniem. I ja to poniżej pozwolę sobie uzasadnić. Przedtem jednak wyjaśnienie. W notce „Bez fajerwerków” mój oponent, Józef, nazwał niektórych kandydatów do europarlamentu „komunistycznym betonem” i miał na myśli tych kandydatów, którzy wywodzą się z dawnej SLD, a kandydujących z ramienia KE. Jak na ironię natrafiłem na artykuł utrzymany w podobnym stylu: „Powrót postkomunistów, czyli dlaczego wciąż tkwimy w PRL”1.

  Zarówno mój oponent, jak i niejaki Tomasz D. Kolanek uciekają się do sloganów, których kompletnie nie rozumieją. W końcu wcale nie chodzi o to, by zrozumieć o czym się mówi, ważne, by kogoś opluć. To prawda, tacy europosłowie jak Danuta Hubner, Leszek Miller, Marek Belka czy Włodzimierz Cimoszewicz mają w swych życiorysach romans z SLD, pewnie u L. Millera on jeszcze trwa, choć luźno, na zasadzie zdradzonej panny. Należałby ich jednak zapytać, czy czują się komunistami i czy im tęskno za komunizmem? Jeśli tego nie zrobimy, jeśli nie uzyskamy jednoznacznej odpowiedzi, to jakem Asmodeusz stwierdzam autorytatywnie – PiS jest partią postkomuchów, bo ma ich w swoich szeregach aż... 26 (słownie: dwudziestu sześciu)2. Jeśli do tego dodać postacie, którym tęskno za komunistycznymi metodami władzy – trudno o bardziej spójny komunistyczno-dinozaurowy żelbeton!!!

  Wyjaśnimy sobie kilka podstawowych pojęć. Postkomunistą jest ten, kto wciąż optuje za zasadami komunizmu. Trudno dziś te cztery postacie takim określeniem naznaczyć, bo postkomunistą nie jest ten, kto kiedyś miał z komuną do czynienia. J. Kaczyński pisał w czasach komunizmu pracę doktorską o wyższości nauki uniwersyteckiej w komunizmie, tym samym też należałoby go nazwać postkomunistą. I tu byłaby mniejsza pomyłka niż w stosunku do Belki czy Cimoszewicza, bo on ma dziś bardzo złe zdanie o inteligencji naukowej. Jeśli przyjrzeć się metodom władzy PiS, to znajdziemy wiele wspólnych cech z komunizmem. Będzie moja ulubiona wyliczanka.
 - Po pierwsze, piętnowanie tych, którym nie po drodze z jedynie słuszną partią Najjaśniejszej. Komuniści to piętnowanie przekształcili w eliminację, niektórym prominentnym politykom PiS marzy się izolowanie przeciwników w obozach reedukacyjnych, czasami wydalenie z kraju (won z kraju zdrajco!), czy golenie na łyso, szczególnie
to coś”;
- Po drugie, komunizm to kult jednostki, a z taką tendencją mamy ewidentnie do czynienia w partii PiS. Lech Kaczyński jest jak Lenin – wiecznie żywy, Jarosław – wręcz jak Stalin, choć rządzi Polską z ław szeregowego posła, a tak naprawdę z Nowogrodzkiej. Na jego cześć tworzy się poetyckie pieśni (Wojciech Wencel);
- Po trzecie, komuniści dbali o swoich, dając im intratne posady. To samo robi PiS w skali, jakiej do tej pory w tym kraju nikt nie próbował. Jeśli do tego dodać niebotyczne nagrody, które im się przecież słusznie należały, o czym tu mówić, jeśli nie o komunistycznym nepotyzmie?;
- Po czwarte, komunizm marzył o ekspansji na cały świat, PiS na razie marzy o ekspansji na całą Europę, ale daj chłopu palec, na pewno zechce całej ręki;
- Po piąte, komunizm jak i faszyzm, czy nazizm opanował do perfekcji propagandę medialną. Jeśli dziś przyjrzeć się mediom publicznym pod zarządem PiS, wszystkie te wcześniej wymienione ideologie, w kwestii propagandy to tylko zwykłe, wręcz nieudolne szczeniaki;

- Po szóste, komunizm cechował w sztuce i architekturze socrealizm. PiS cechuje sockaczyzm tu poprawność tematyczno-historyczna, pomnikomania i dwie wieże, jeszcze nie wybudowane;
- Po siódme, komunizm podporządkował sobie wszystkie organa władzy. PiS czeka tylko na koniec kadencji ostatnich sprzeciwiających się im sędziów SN i będzie miał dokładnie to samo;

- Po ósme i ostatnie na dziś. Kto żył w czasach komuny, ten pewnie pamięta, jak przed wyborami, a raczej ich parodią, w sklepach pojawiał się lepszy towar, co jest kwestią umowną. Teraz PiS przed każdymi wyborami też rozdaje, choć kwestią umowną jest, czy za swoje, aby kupować wyborców. W tak ordynarny sposób, jak kupuje się wdzięczność zwierzaków. Jak to mówił pewien radziecki dygnitarz: dajcie mi kiełbasę, a każdy pies będzie szczekał tak, jak ja zechce, nawet dupą (czy jakoś tak).

  Każdy może powiedzieć, że to jeszcze nie komunizm, bo nie ma łagrów. Postawię retoryczne pytanie: czy określani mianem komunistycznych dinozaurów, postkomuchami, komunistycznym betonem politycy zrzeszeni w KE proponują jakieś łagry, drakońskie zaostrzenie kar, albo kary za obrazę uczuć religijnych? Tymczasem szeryfom w osobach Ziobry i Jakiego marzy się takie zaostrzenie kar, aby żadnemu opozycjoniście nawet na myśl nie przyszło krytykować komunistyczny żelbeton spod znaku Zjednoczonej Prawicy.






wtorek, 28 maja 2019

Grillowanie w maju?


  Maj się kończy i trzeba przyznać, że pogodą to nas nie rozpieszczała. Nawet jak było ciepło, to i tak dżdżysto, a nie tylko młodzieży marzy się na świeżym powietrzu mięsko grillowane, spożywanym przy piwku, sprośnych dowcipach, czasami nawet przy muzyce. Na ławce przed blokiem jakoś tak nie bardzo wypada. Za dużo gapiów, a i gromki śmiech może zakłócać spokój mieszkańców. Na jednym z kieleckich osiedli wpadli na pomysł i w niedalekim sąsiedztwie bloków postawili altankę, tak w sam raz do grillowania w niezbyt słoneczne dni. Wybudowali z funduszu obywatelskiego(?), broń Boże nie mylić z Funduszem Kościelnym.

  Pomysłodawcy jednak nie przewidzieli jednego. Nie przewidzieli, że powoli, acz zdecydowanie, mamy w tym kraju katoliban, co akurat w maju uzewnętrznia się wyjątkowo dobitnie. Grupka młodzieży starszej, w dżdżyste popołudnie urządziła sobie grillowanie. Dym już kumulował się pod strzelistym zadaszeniem, w powietrzu unosił się przemiły zapach kiełbasek i żeberek, niektórzy już zakąszali ogórkiem małosolnym, rozmowa przy piwku nabierała rumieńców, z radyjka dochodził rap (nie mylić z disco polo) i zanosiło się na udaną imprezkę. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się grupka starszych pań, tak w sile plutonu albo i dwóch, i głosem nieznoszącym sprzeciwu, ze wzrokiem, że aż strach się bać, wyprosiła (czytaj: przepędziła) młodzież spod altany, choć jeszcze nikt kiełbaski nie skosztował. Oznajmiły głosem pobożnym, aczkolwiek stanowczym, że rekwirują altankę na maj w związku z okresem tzw. majowego. Przez ten czas zapalają świeczki i odmawiają różaniec lub śpiewają pieśni religijne. Można by rzec, że to też grillowanie, tyle że grillowanie Matki Boskiej i w godzinach największego zapotrzebowania na imprezki, tak od 18-tej. Warto nadmienić, że te dwa plutony katoliczek to w zdecydowanej większości emerytki, które przedpołudnia spędzają na majowych nabożeństwach maryjnych w pobliskim kościele.

  Ludzie klną i złorzeczą, ale nie ma żadnej siły na ich pobożność, bo oprócz emerytek nikt jej (siły), nie używa. Opisujący te fakty anonimowy reporter odniósł się ze zdziwieniem do oburzonych: „Dziwne, że ludziom przeszkadza zajmowanie altanki przez modlące się kobiety, a nie przeszkadza wandalizm, upijająca się, czy narkotyzująca młodzież, hałasująca po nocach1. No cóż, teraz dopiero ta młodzież, pozbawiona ustronnego miejsca, przeniesie się na klatki schodowe, przystanki autobusowe, może i pod kościoły, aby bluźnierczymi napisami wyrazić swoje niezadowolenia. Ja się tylko zastanawiam, co to za proboszcz tamtejszej parafii, skoro zamyka wieczorami przed gorliwymi katoliczkami podwoje parafialnego kościoła? Nie chcę dopuszczać do siebie myśli, że one przez złośliwość tak ostentacyjnie grillują tę Matkę Boską w altanie, postawionej w zupełnie innym celu. Na innym katolickim portalu czytam relację młodej mężatki, którą urzekły nabożeństwa majowe przy przydrożnej kapliczce, które nawet dla niej wydają się jarmarcznym doświadczeniem (w sensie tradycji, czyli pozytywnym). Pal licho te przydrożne kapliczki, w końcu chyba je stawiano po to, aby przy nich się pomodlić. Tylko na Boga, altana to jeszcze nie kapliczka.

  Ja bym ten news wziął za fake news, ale ten fakt potwierdza w pełni uświęcony portal – rzekomo katolicki. Blado widzę tę altankę dla mieszkańców tego kieleckiego osiedla, bo z kolei czerwiec to miesiąc Serca Jezusowego, lipiec zaś miesiącem Krwi Jezusowej, sierpień miesiącem trzeźwości (ściślej - abstynencji), wrzesień miesiącem ekumenicznych modlitw za Kościół (tu dopiero emerytki będą miały altanę do popisu), a październik? Październik jest miesiącem modlitwy różańcowej... Było od razu postawić krzyż na szczycie altanki. Zostaje atrakcyjny miesiąc na l”, czyli listopad, choć nie prędzej jak po Zaduszkach i nie dłużej jak do Adwentu.





poniedziałek, 27 maja 2019

Bez fajerwerków


  Nie będę pisał: a nie mówiłem, bo nic nie mówiłem na temat wyborów do PE. Owszem miałem coś, co można umieścić gdzieś między marzeniami a pobożnym życzeniem. Warto by się jednak zastanowić, co się stało i dlaczego, nim zaleje nas potok pseudo socjologicznych analiz w mediach. A bez względu na procenty, całość i tak się przekłada na dwa, trzy mandaty więcej dla PiS. Niby niewiele, ale według mnie i tak przynajmniej o piętnaście za dużo. Szkoda, że jeszcze nie ma mapy jak rozkładały się głosy, ale na pewno znów okaże się, że „ściana wschodnia” zwyciężyła.

  Jak na mój gust, przyczyn porażek jest kilka i wcale nie mam na myśli tego, że Wiosna nie przystąpiła do KE. Tak naprawdę nie rozumiem dlaczego KE zniża się do poziomu PiS? Ki diabeł im ta licytacja na populizm, skoro zawsze na tym polu przegrają? Cokolwiek opozycja obieca, PiS i tak zawsze obieca więcej. Zamiast licytacji wystarczyłoby zapewnienie, że o wszystkim zadecydują społeczne konsultacje na każdym poziomie i w każdej grupie. Tu PiS leży, bo on konsultuje tylko ze swoimi. Druga sprawa, na której KE się potknęła, by nie napisać – runęła na pysk, to stosunek do środowisk LBGT. Jeśli ktoś zepsuł kampanię KE to Trzaskowski i pani Dulkiewicz. Nie chodzi o to, że tym środowiskom nie należy się normalność, bo się należy, ale jeśli ktoś myślał, że na eksponowaniu tego problemu da się coś ugrać... Nasze społeczeństwo w większości nie jest jeszcze przygotowane na taką tolerancję. KE nic na tym nie zyskała, bo zyskał tylko Biedroń, natomiast straciła w tych środowiskach, którym tak daleko posunięta tolerancja nie odpowiada. Wreszcie trzecia, równie ważna sprawa, czyli Kościół. Piętnowanie pedofilii było ze wszech miar słuszne i wskazane, a jednak, w tym katolickim wciąż kraju na tym powinno się skończyć. Takie są, póki co realia. Krytyka stosunków państwo – Kościół jeszcze nie przejdzie, już chociażby przez fakt, że wciąż czterdzieści procent społeczeństwa to prawdziwie wierni Kościołowi. Sekularyzacja postępuje, ale jej nie wolno pod żadnym pozorem pomagać. Ona musi się dziać sama, gdyż próba jej wsparcia będzie odbierana jako atak na Kościół. A w obronie Kościół nie ma sobie równych.

  Jest jeszcze jeden ważny aspekt, z którym nie wiadomo, co zrobić. To media publiczne, całkowicie opanowane przez PiS. Tego nie da się zmienić, póki PiS jest przy władzy. Chyba wciąż jeszcze jest za mały nacisk na to, jak podłą propagandę sieją te media. Należy głośno punktować każde ich potknięcie, mocniej niż rządzący punktują „Wyborczą” i TVN. Tu nie ma miejsca na kurtuazję, to tu jest najostrzejszy front bitwy. Pójdę dalej, tu trzeba tej samej zasady – każde kłamstwo powielane tysiąc razy zostanie uznane za prawdę. Ale paradoksalnie nie trzeba się uciekać do kłamstwa. Media rzekomo publiczne same wystawiają się do bicia. Więc trzeba bić, nawet jeśli cis nie zawsze jest czysty.

  Już słychać, że na jesień KE weźmie rewanż. Byłbym ostrożny w takiej prognozie, ba, jestem nawet za zwycięstwem PiS, choć tylko w takich rozmiarach, aby nie miał takiej przewagi w Sejmie jak dziś. Kukiz i Konfederacja się sypnęły, ale mam nadzieję, że odżyją, aby dać PiS rządzić. A wszystko po to, aby ta partia zapłaciła rachunek za populizm, a jej wyborcy zrozumieli, że populizm prowadzi do katastrofy. Jeśli na jesień wygra KE, to ona będzie płacić ten rachunek i ją się obarczy winą za porażkę.



niedziela, 26 maja 2019

Jak Mieszko na wieczne zbawienie się zapatrzył


  Pisałem już wielokrotnie o swoim braku zainteresowania historią i dziś mam pełne prawo sądzić, że ten bark zainteresowania był, jest i będzie w pełni uzasadniony. W młodości traciłem bezcenne godziny na wkuwaniu dat i łączeniu ich z pewnymi, rzekomo ważnymi wydarzeniami. Dziś, pół wieku po owych katorgach okazuje się, że to było psu na budę. Wystarczy kilku światłych i oświeconych profesorów, by wszystko wywrócić do góry nogami.

  Już wyjaśniam. Pewien amerykański uczony, Philip Earl Steele wypuścił śmierdzącego bąka, a nasi profesorowie oczadzieli na tyle, by stwierdzić, że Mieszko nie tyle przyjął chrzest ze względów politycznych, ile bardziej dla wiecznego zbawienia, co obwieścili w naukowym kwartalniku Muzeum Historii Polski, sygnując autorytetem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W tym miejscu musimy się cofnąć do lat 940-66. To ćwierćwiecze to podobno jedyny okres na terenach Polski, kiedy rzekomo możemy mówić o przedchrześcijańskiej cywilizacji. Cywilizacji na wskroś pogańskiej, kiedy to faceci bez sensu uganiali się po kniejach za zwierzyną łowną. Ponieważ taki ruch na świeżym i niczym nieskażonym powietrzu sprzyjał jurności, więc gdy nie uganiali się po lesie, uganiali się w swych osadach za dziewkami. Prym wiódł niejaki Mieszko, stąd miał siedem żon. To przez te żony tak zgłupiał, że ruszył w bój z Wichmanem, od którego dostał dwa razy łupnia. Uratowała go księżniczka Dobrawa, która przywiozła do Gniezna swego księdza spowiednika Kpinomira. Mieszko założył z tą Dobrawą sakramentalną rodzinę i jak pisze jeden z tych oświeconych historyków: „Właśnie przez rodzinę zaczyna się prawdziwa rewolucja obyczajowa, znajdująca swój fundament w chrześcijaństwie. Była to rewolucja, której na sobie doświadczył sam Mieszko I. Przed przyjęciem chrztu był bowiem zmuszony oddalić siedem żon, które dotychczas posiadał. Według Kpinomira, spowiednika Dobrawy, który w kronice zatytułowanej Vita Misconis – Żywot Mieszka – przekazał nam nawet ich imiona, Mieszko I podjął decyzję o ich oddaleniu na skutek swojej czeskiej małżonki1.

  Wynika z tego, że bardziej to chrześcijaństwo zawdzięczamy księżniczce, niż księciu. On miał z tym poważny problem, gdyż jak dodaje ów Kpinomór, znamienity kronikarz: „Słowianie mają domki z drewna, o których mówią istby. Zatykają szpary w nich czymś, co nazywają mech. Budują piec z kamienia w jednym rogu, i gdy się piec rozgrzeje do rozpalonego, leją wodę na niego i podnoszą się kłęby pary. Płyną z nich strugi potu. Dobrawa szukała męża wszędzie w ogrodzie, ale nigdzie go nie było. W końcu usłyszała głosy w bani, jakieś chichoty, plaskania – więc tam poszła sprawdzić i złapała Mieszka ze swoją siódemką in bania in flagranti2. Jak widać Mieszkowi nie było lekko z jedną żoną. W końcu go chyba jednak przekonano, że lepsze niż zaspokojenie ziemskiej chuci, jest oczekiwanie na wieczność w boskim raju. Nie napisano, czy obiecywano mu tam dziewice w liczbie siedemdziesiąt siedem. Za to profesorowie piszą metaforyczną refleksję w swojej naukowej pracy: „(...) podkreślić warto raz jeszcze, jak nagle pojawia się i odnajduje od razu w geopolitycznym i symbolicznym pejzażu swojej epoki państwo Mieszka. Wyskakuje na scenę jak Atena z głowy Zeusa – od razu w pełnej zbroi. (...) Energia z jaką Polska wkracza do historii jest zdumiewająca. Stąd wrażenie wybuchu, historycznego big-bandu na ziemiach między Odrą i Wisłą3. Mocne i skuteczne, światłość niebiańska nawiedziła państwo, w przyszłości, królestwo polskie. Dzięki Bogu tym razem to już Wichman dostaje łupnia.

  Teraz już trzeba wrócić do tego bąka amerykańskiego uczonego. Bo okazało się, że kronika Vita Misconis i jej autor, Kpinomir (Kpino-mir), zostali wymyśleni jako żart na prima aprilis. Podobniej jak przeor Rechotosław (Rechoto-sław), który miał tę kronikę zamurować dla potomności w czeskim klasztorze, ściślej – dla naukowych badań polskich historyków. Trzeba też już przedstawić zacne grono autorów opracowania o początkach Polski chrześcijańskiej, podpierających się tą kroniką Kpinomira:
ks. profesor abp Marek Jędraszewski;
ks. profesor dr hab. Paweł Bortkiewicz;
oraz podobno najbardziej znamienity w tym gronie spec od historii Polski, profesor Andrzej Nowak, pupil Radia Maryja.





sobota, 25 maja 2019

Nie gorszcie nasze dzieci !!!


  Już jutro ma być odczytany we wszystkich kościołach podczas Mszy św. list Komisji Episkopatu Polski, o problemie wykorzystywania dzieci i nieletnich przez księży. Jak dla mnie, mocno spóźniona reakcja, choć nie oceniam, raz, nie znam treści listu, dwa, może dobre chociaż i to, choć zdecydowanie bardziej właściwe byłoby konkretne działanie, nie tyle w sposobie przeciwdziałania, bo to wydaje się nieosiągalne, ile w ujawnieniu i osądzeniu działań związanych z kryciem pedofilów. Rzecz w tym, że zapowiedź tego listu wywołała dość dziwne, wręcz kontrowersyjne reakcje świeckich ortodoksów.

  Najpierw coś wyjaśnię. Ortodoksja sama w sobie nie ma nic złego. Jest de facto tylko ścisłym przestrzeganiem pewnych reguł, tu – reguł religijnych. Problem zaczyna się wtedy, gdy owa ortodoksja staje przed krzywym zwierciadłem, a jej odbicie staje się ważniejsze niż oryginał. Z takim zjawiskiem mamy do czynienia właśnie teraz, gdy świeccy ortodoksi stawiają się wyżej nawet niż papież. Czytam: „Inicjatywa [KEP – dopisek mój] budzi sprzeciw, bowiem informacja o haniebnych grzechach ludzi Kościoła trafi także do uszu dzieci. Czyż to nie gwałt na ich niewinności?1 (sic!) Gwałt na niewinności dokonywali księżą pedofile i ich przełożeni, przenosząc ich z parafii do parafii, aby mieli do dyspozycji nowe ofiary. Kto tego nie rozumie to kiep, kto usiłuje ów proceder zakryć pedofilią w innych środowiskach to kiep do kwadratu. Kto usiłuje zasłaniać się niewinnością dzieci, to już nie kiep, ale wypaczony hipokryta degenerat. Nie mówić o tym dzieciom, to tak jak wystawić je na strzelnicy jako tarcze strzeleckie, i tę metaforę należy traktować wręcz dosłownie.

  Według Sławomira Skiby, wiceprezesa Stowarzyszenia im. Ks. Piotra Skargi, „Odczytanie listu w sprawie pedofilii we wszystkich kościołach sprawi, że od zgorszenia, które zostało wywołane samymi czynami pedofilskimi i zostało nagłośnienie poprzez film braci Sekielskich, przejdziemy do jego powielania w milionach uszu wiernych, w tym także niczego nieświadomych dzieci”. Panie Skiba, zastanówmy się przez chwilę. Ten film obejrzało już 20 milionów widzów! Co jest gorsze? Uświadomienie nieświadomych dzieci, czy przez ową nieświadomość uczynienie z nich łatwym łupem księży pedofilów? Język polski ma to do siebie, że o wielu, nawet drastycznych sprawach, da się powiedzieć na wiele sposobów, niekoniecznie uciekając się do wyjaśniania drastycznych szczegółów związanych z pedofilią. A coś mi się zdaje, że ów list KEP na pewno nie będzie dotyczył technik pedofilskich. Pan Skiba tłumaczy: „Pójdę - jak wielu katolików w naszym kraju - do kościoła w najbliższą niedzielę z dziećmi i narażę je na słuchanie treści, o których nie mają zielonego pojęcia. W ten sposób narażę na szwank ich niewinność, narażę je na zgorszenie. Bo jakże mam dzieciom wyjaśnić jakiż to grzesznych czynów mieli dopuścić się duchowni względem dzieci i o jakim wykorzystywaniu seksualnym piszą księża biskupi w liście? Dlaczego mam przedstawiać swoim dzieciom taki obraz Kościoła?” i ogarnia mnie podwójne przerażenie. Jeśli bowiem nie potrafi wytłumaczyć w zrozumiały i właściwy dla danego wieku sposób problemu pedofilii, to jakim prawem w ogóle zabiera głos w tej sprawie? Po drugie, ostatnie zdanie zdaje się być największą hipokryzją, jaką można sobie wymyślić. Przecież panu Skibie nie zależy na ochronie niewinnych dzieci, jemu zależy de facto tylko na ochronie dobrego imienia Kościoła (koń by się uśmiał). Dla dobrego imienia Kościoła, gotów jest poświęcić owe niewinne dzieci, trzymając je w nieświadomości. Łatwiejszego łupu ksiądz pedofil nie może sobie zamarzyć.

  I na koniec to: „Jako wierny Świętego Kościoła katolickiego nie biorę na siebie odpowiedzialności za haniebne czyny duchownych, może i biskupów, których śmieli się dopuścić względem dzieci” – i to już zakrawa na czystą kpinę oraz obnaża prawdziwe oblicze katolickiej ortodoksji. Przecież nader często podkreśla się, że Kościół to jedna wielka rodzina, jedna wielka i nierozerwalna wspólnota, silnie zjednoczona w wierze i miłości do Jezusa Chrystusa. Do tego to usprawiedliwienie, że Kościół tworzą ludzie, ludzie również grzeszni. Jakże to tak teraz odcinać się od współodpowiedzialności za tę grzeszność? Skąd taka wybiórczość? Skąd w takim razie zapewnienia, że po przyznaniu się do winy, po pokucie i przyjęciu sakramentów – znów jest wszystko w należytym porządeczku? Znów jesteśmy jedną wielką, wręcz świętą wspólnotą? Nie mogę inaczej i znów będę krzyczał: uchowaj nas Panie przed taką ortodoksją!!!


  Z ostatniej chwili. Czytam apel premiera Morawickiego: Tak jak na początku maja modliliśmy się o deszcz, teraz módlmy się, żeby ten deszcz przestał padać, bo widzieliśmy z panią premier (Szydło – red.) bardzo wiele tragedii ludzkich2. Ja nie chcę się wyśmiewać z tragedii tych, których powódź objęła, ja tylko apeluję o daleką posuniętą ostrożność w tych modlitwach. A już tym bardziej powinni być ostrożni politycy dzisiejszej Najjaśniejszej. Nie do końca wiadomo, czy On przepada za PiS-em, skoro zdziebko przesadził z tym deszczem i to na kilka dni przed wyborami...

  Drugi news z ostatniej chwili. Wczoraj dostałem trzynastą emeryturę. Dwa dni przed wyborami, co sugeruje, że zbieżność jest (nie)przypadkowa. I tak nie będę głosował na PiS.