piątek, 28 czerwca 2019

Na wariackich papierach


  Jest sukces i odtrąbił go minister Ziobro. Będzie ustawa antyprzemocowa, ściśle odnosząca się do przemocy w rodzinie, którą do niedawana ta sama władza ignorowała, ba! uważała, że ustalenia istambulskie, odnośnie tej przemocy, są skierowane przeciw świętości polskiej rodziny. Sparafrazuję pewne znane powiedzenie: człowiek strzela, minister Ziobro kule nosi, bo z tym mi się kojarzy ten (chory) pomysł, choć dodam, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem przemocy w rodzinie, nawet tej psychicznej.

  Po pierwsze, trzeba przyznać, że minister zawsze reaguje błyskawicznie na pewne zjawiska społeczne, problem w tym, że te działania opierają się na wariackich papierach. Tym razem jest dokładnie tak samo. Powodem jest śmierć dziecka zadana przez patologicznych rodziców i kilka innych przykładów. Warto tu dodać, że po części jest temu winna nadgorliwość rządzących, którzy na siłę żądają powrotu dzieci do rodziców, wcześniej im odebrane z różnych powodów. Teraz ten problem próbuje się gasić benzyną, a raczej bardziej dosadnie – paralizatorami (o czym poniżej). Po drugie, minister ma problem z sądownictwem, które przejął z wielką pompą, ale zamiast je usprawnić, dokładnie je demoralizuje i wydłuża w nieskończoność czas oczekiwania na procesy, bo minister ma swoje priorytety, a przede wszystkim animozje do tych sędziów, którzy nie wydają takich wyroków, jakie on oczekuje. A przecież on wielki minister jest. Nieważne jest tu nagminne niechlujstwo proponowanych przez niego ustaw, które zawsze da się wytłumaczyć koniecznym pośpiechem. Tam między Bogiem a prawdą, jemu brakuje tylko uprawnień szeryfa z Dzikiego Zachodu, który sam byłby policjantem, sędzią i katem.

  W tym projekcie czytamy: „Funkcjonariusz podejmujący interwencję związaną z przemocą domową oceni, czy osoba stosując przemoc fizyczną stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia domowników. Jeśli zaistnieje takie niebezpieczeństwo, policjant wyda bezwzględny nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania przez sprawcę przemocy. Sprawca będzie mógł zabrać z mieszkania niezbędne rzeczy. Nakaz będzie egzekwowany – łącznie z możliwością użycia środków przymusu [wszystkie podkreślenie moje] – bez względu na ewentualne twierdzenie sprawcy, że nie ma dokąd się wyprowadzić. Policjant wskaże mu placówki zapewniające miejsca noclegowe, np. schronisko dla bezdomnych. (...) policja będzie miała prawo zastosować środki przymusu w celu egzekucji nałożonego zobowiązania. Poza tym sprawca przemocy narazi się na zastosowanie wobec niego kary aresztu, ograniczenia wolności lub grzywny. Te same zasady dotyczą egzekwowania nakazu opuszczenia mieszkania1. O ile mnie pamięć nie myli, a nie myli na pewno, mieliśmy w tym kraju dość częste przypadki przekroczenia uprawnień przez policjantów. Ostatnio jest głośno o brutalnym zatrzymaniu zabójcy dziesięciolatki. I oto minister Ziobro bez zastanowienie chce dać im nowe uprawnienia, równe uprawnieniom prokuratorów i sędziów. Nie chcę porównywać ich do uprawnień pewnej policji z sprzed niespełna wieku, bo pewnie posunąłbym się zbyt daleko, ale bądźmy szczerzy, w tym przypadku niewiele będzie już brakowało.

  Podobno jest to konieczne z powodu możliwości zemsty ze strony oskarżonego o pobicie. Kuriozum zaś polega na tym, że ów nakaz opuszczenia mieszkania obowiązuje przez... dwa tygodnie. Pozwolę sobie na sarkazm: dwa tygodnie w domu dla bezdomnych, albo pod mostem, czy na dworcu (a do pracy trzeba chodzić) na pewno w złoczyńcy zdusi chęć zemsty. Raczej nie przewiduję potulności wobec policji u faceta, który przed chwilą pobił żonę, a może i dzieci, a który nie chce iść pod most, więc owe środki przymusu trzeba będzie stosować nagminnie. Najlepiej paralizatorem po genitaliach, bo to dla niektórych fajna zabawa jest.

  Sam sobie zadam trudne pytanie: Asmo, skoroś taki mądry, to co z tą przemocą zrobić? Więc również sam sobie odpowiem, ano nic szczególnego – wystarczy stosować istniejące prawo. Ono przewiduje, że awanturnika można przyskrzynić na 48 godzin, z możliwością wniosku do sądu o przedłużenie aresztu o trzy miesiące (np. gdy facet odgraża się zemstą, lub działa w ramach recydywy). Wystarczająco dużo czasu, aby namówić ofiarę pobicia do złożenia pozwu w sądzie. To też drastyczne środki, tyle że oparte na decyzji niezawisłego sądu, a nie na widzimisię policjanta, o inteligencji którego krążą różne dowcipy, a które często nie są dowcipami.
Już tak na marginesie. Ciekawe jak zachowają się policjanci w sytuacji, gdy oprawcą okaże się znany polityk jedynie słusznej partii, w dodatku z immunitetem? To wcale nie jest bezsensowne pytanie.







wtorek, 25 czerwca 2019

Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz. Żyd tym bardziej.


  Repolonizacja brzmi podobno dumnie, jak dla mnie – złowieszczo. Jeśli mówi o niej wicepremier Gowin, złowieszczo dwójnasób. Ta podobno inteligencka, łagodna twarz skrywa marzenia o w stuprocentowo konserwatywno-katolickiej Polsce, gdzie jedyną wartością jest Bóg i Ojczyzna. I to w takiej kolejności. Celowo pominąłem słowo honor, bo po tej stronie polityki nie ma go wcale.

  Wicepremier zapowiedział całkiem poważnie, że jeśli Zjednoczona Prawica wygra jesienne wybory, jednym z najważniejszych priorytetów będzie właśnie repolonizacja mediów. Uzasadnił to stwierdzeniem, że większość mediów w Polsce jest w rękach niemieckich koncernów: „Szanujące się państwo i szanujący się naród nie może dopuszczać do tego, żeby większość mediów znajdowała się w cudzych rękach. Gdy dochodzi do konfliktu interesów między Polską a Niemcami, to te gazety reprezentują niemiecki punkt widzenia i niemieckie interesy. Ja to widzę w sposób zupełnie czytelny jako minister” (sic!) I dodaje, przewidując krytykę: „Moim krytykom – wśród nich jest wielu dziennikarzy reprezentujących media znajdujące się w zagranicznych rękach i politycy opozycji – dedykuję przyjrzenie się rozwiązaniom w krajach takich jak Francja i Niemcy. Oni ograniczają możliwość zakupu przez kapitał zagraniczny i stoją na czele pluralizmu mediów”. Mogę tylko rzec: baju, baju, będziem w raju.

  Rząd pod przewodnictwem PiS robi wszystko, aby pozbyć się medialnej opozycji (nie mylić z polityczną). Ograniczył do minimum pozyskiwanie dochodów z reklam, były nawet próby dziecinnej zabawy w chowanego – chowano egzemplarze nie prorządowych gazet pod ladą. Niestety jest net i tu już niewiele można zrobić na rzecz poprawności medialnej (czytaj: prorządowej) poza ową repolonizacją – wykupić i zmienić narrację. Najbardziej zastanawia fakt, dlaczego Gowin straszy akurat Niemcami, skora najbardziej znienawidzona stacja telewizyjna TVN należy w przewadze (udziałami) do Amerykanów? Gdyby wicepremier odniósł się do nich, byłby konflikt interesów, wszak prezydent Duda uznał, że Polska nie ma wspanialszego przyjaciela niż Ameryka Trumpa. Tymczasem Niemiec – krzyżak i gestapowiec – bardziej działa na wyobraźnię Polaków, oczywiście w sensie pejoratywnym. Warto też odnieść się do przykładów Francji i Niemiec, na które powołuje się wicepremier Gowin. Sam mówi tak: „(...) dedykuję przyjrzenie się rozwiązaniom w krajach takich jak Francja i Niemcy. Oni ograniczają możliwość zakupu przez kapitał zagraniczny i stoją na czele pluralizmu mediów. Jak mnie pan pyta o narzędzia i inicjatywy, które warto podjąć, to tym narzędziem powinny być przepisy dekoncentracyjne. Musi się to odbywać na rynkowych zasadach”. Pytanie: jaki pluralizm ma na myśli wicepremier? Ten w wydaniu TVP, który już nawet prawica nie wie jak wytłumaczyć i usprawiedliwić? Jeszcze większym kuriozum są owe rynkowe kryteria. Po to PiS repolonizował bankowość, by mieć nad nią pełną kontrolę, co uzewnętrznia się w sponsorowaniu np. imperium Rydzyka i innych prokatolickich przedsięwzięć. Te niby wolnorynkowe zasady są po to, by PiS mógł teraz wykupić udziały (repolonizować) jeszcze niezależnych od rządu mediów.

  Pozostaje jeszcze kwestia „Wyborczej” jako elementu koncernu Agora S.A. Jak by na to nie patrzeć, jest to koncern z przewagą kapitału polskiego, ba!, tworzyli go Polacy, choć w powszechnej narracji, ci niewłaściwi – proniemieccy i prożydowscy. To jest dopiero solą w oku dziś miłościwie nam panujących. Warto tu dodać, że dziś czyni się zarzut głównie z powodu tego, że ten koncern wspomagali na początku Francuzi i Amerykanie (Żydzi amerykańscy). Jest jeden mały niuans tej pomocy, rzekłbym: wręcz niuansik, o którym dziś nikt nie chce pamiętać. W czasach gdy powstawał, nie było w Polsce kapitału, który mógłby takie medium stworzyć. Popeerlowskie koncerny medialne były bankrutami, a jedyną ich wartością był majątek trwały, który przejął... duet braci Kaczyńskich i ich poplecznicy. Zachodni inwestorzy (Francuzi, Niemcy, Żydzi amerykańscy) udzielali wsparcia i pożyczek z czystymi (nawet jeśli polityczno-ekonomicznymi) intencjami. W tym świecie nie ma nic za darmo. Tylko nikt wtedy nie przypuszczał, że w Polsce dojdzie do tak drastycznych podziałów ideologiczno-politycznych. Dziś, w dobie takich podziałów, nikt by się na takie wsparcie mediów nie zdobył, od niepamiętnych czasów inwestycje zagraniczne w Polsce nie spadły tak nisko, mimo światowej prosperity.

  Pikanterii dodaje fakt, że nie kto inny jak wicepremier Gowin aż przebiera nogami, aby móc się w tej rzekomo gestapowsko-krzyżackiej TVN pokazać. Zresztą, kolejka innych polityków Zjednoczonej Prawicy do studia TVN24 jest długa, z niejakim Jakim na czele. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że na media publiczne każdy musi płacić daninę, bez względu na badziewie jakie tam serwują, czy tego chce, czy nie. Tymczasem te niezależne można, ale nie trzeba opłacać, jeśli np. nie chcę ich oglądać lub czytać. Klasycznym tego przykładem jest abonament na pełną wersję Wyborczej”. Wykupiłem i wielce sobie chwalę.







czwartek, 20 czerwca 2019

Ramy dopuszczalnej krytyki


  To, że „innych” polscy katolicy na czele z hierarchami nienawidzą i opluwają, jestem w stanie przyjąć ze spokojem – w końcu czegóż można się spodziewać od otumanionej bandzie pełnej pychy, jadu i złości? Trzeba ich po prostu trzymać na dystans, tak wielki, jak to tylko możliwe i wytykać im hipokryzję, której oni w ogóle nie pojmują. Są tak zadufani w sobie, że chcą być panami wszystkich dusz, bo im się wszystkie dusze należą. W nosie trzeba mieć ich zabobonne praktyki, uwielbienie magii i służalcze poddaństwo maleńkiemu państewku – Watykan. Dla tych miłośników mordu na krzyżu, fanatyków palenia na stosie (póki co, teraz tylko książek) i pobłażliwych dla pedofilii, nie może być litości i wybaczenia. Gdyby to ode mnie zależało karałbym ich nie tylko obozami pracy przymusowej, ale dożywotnią infamią1 narodową oraz cieleśnie: publiczną chłostą w semptirenę2.

  Zapytam (nie)śmiało, czy któryś z katolików, albo nawet ich sympatyk, poczuł się powyższym akapitem urażony? Osobiście wyznam, że ja bym się poczuł, na szczęście nie jestem katolikiem, ani sympatykiem katolicyzmu w wersji polskiej. Pójdę dalej, teoretycznie jestem judofilem, choć bez fanatycznego uwielbienia, i choć drażnią mnie przejawy publicznego antysemityzmu, nie czuję się osobiście urażony, gdy ktoś nim pluje. Jestem za to w pełni oburzony, na przejaw łamania prawa stanowionego, które zakazuje antysemityzmu. Okazuje się jednak, że łamanie tego prawa przez katolików w obszarze tak zwanej wolności słowa jest nie tle tolerowane, ile już wręcz gloryfikowaną normą. Katolicyzm w Polsce wytoczył niewybredną krucjatę przeciw niewierzącym, rzekomemu żydostwu i lewactwu, przeciw osobom z środowisk LGBT, tworząc atmosferę „oblężonej (ostatniej) twierdzy jedynie słusznej i prawdziwej wiary”, dla której to atmosfery gotowy zamienić całą krainę nad Wisłą w kraj poddańczej pokuty na klęczkach, po której szaleją nie tylko procesje i pielgrzymki, ale i słowa modlitwy różańcowej niby oszalałe drzewa na wietrze, a wszystko to podszyte zakłamaniem i obłudą. Ta religia, rzekomo przepełniona miłością bliźniego – staje się nieznośną do granic bólu duchotą.

  A teraz coś na poskromienie ewentualnie oburzonych moim tekstem: „W naszej ocenie publikacja na prywatnym profilu stanowiła dozwoloną prawem krytykę, była komentarzem do aktualnych wydarzeń” – opinia prokuratora Krzysztofa Lipińskiego, który odmówił wszczęcia śledztwa w sprawie antysemickiego tekstu prof. Jacka Bartyzela3.

  Jestem już za stary na kolejną przeprowadzkę, tym bardziej, że musiałbym uciekać możliwie jak najdalej, co i tak mnie nie uchroni od świadomości tego, co tu się dzieje. Nawet w dżungli amazońskiej dowiesz się, że tu w kraju bujniej niż w tej dżungli roślinność, rozrasta się katolicka nienawiść i zabobon. Nie będę sobie żałował na starość, dołożę swoją cegiełkę do tej nienawiści (prokurator Lipiński, niby Piłat dał mi przyzwolenie), uwalniając nadmiar żółci..., którą mi ta polsko-narodowo-ktolicka religia zaaplikowała.



Przypisy:
1 – infamia - pozbawienie wszystkich praw i czci;
2 – semptirena - dupa;
3 – tekst prof. Jacka Bartyzela: https://www.pch24.pl/prokuratura-o-wpisie-prof--jacka-bartyzela--dopuszczalna-krytyka-,69051,i.html - pierwszy akapit notki jest parafrazą jego tekstu


wtorek, 18 czerwca 2019

Przebłagać Boga(?)


  Wczoraj biskupi ogłosili wezwanie do „publicznego przebłagania Boga za popełnione świętokradztwa”, aby nie było - świętokradztwa innych. To przejaw hipokryzji na kilku poziomach, które dla obserwatora życia Kościoła w Polsce są aż nazbyt widoczne. Wyróżnia się przede wszystkim w oświadczeniu Przewodniczącego Episkopatu Polski, abp Gądeckiego. Wprawdzie nietrudno zauważyć, że zwiększyła się agresja wobec księży, ale czy to jest już agresja na cały Kościół katolicki w Polsce? A może to księża są sami winni nowego etapu wojny polsko-polskiej?

  Arcybiskup pisze, że „Myślę także o profanacjach i aktach bluźnierstwa do jakich dochodzi podczas tzw. marszów środowisk gejów, lesbijek, biseksualistów i transseksualistów. (...) tymczasem stają się one miejscem obscenicznych prezentacji oraz sposobnością do okazywania pogardy wobec chrześcijaństwa, w tym także do parodiowania liturgii eucharystii, oraz do nawoływania do nienawiści w stosunku Kościoła i osób duchownych1. Otóż chciałbym zaznaczyć, że publiczne okazywanie swoich poglądów i preferencji nie jest żadną zbrodnią. Kościół czyni tak od czasu ustanowienia procesji Bożego Ciała na ulicach miast i miasteczek, czy coraz częstszych pieszych pielgrzymek, które potrafią zakorkować nawet duże miasto. Może się to komuś nie podobać, ale nikt nikogo nie zmusza do utożsamiania się z takimi grupami. Chciałbym zobaczyć tę obsceniczność (było za to słychać w szeregach narodowców), zaś parodiowanie liturgii ma swoją tradycję już w czasach światłego średniowiecza. I wreszcie ostatnia sprawa – nawoływanie do nienawiści – jest raz, że mocno wyolbrzymione, dwa, to polski Kościół i to ten hierarchiczny, zdecydowanie częściej nawołuje do nienawiści wobec innych.

  Kolejnym tematem oświadczenia jest sprawa pedofilii, którą arcybiskup uważa za jednostronnie negatywny wizerunek, kiedy w innych grupach społecznych pedofilii nie brakuje. Tyle, że abp Gądecki nie widzi dwóch istotnych problemów. Żadne grupy społeczne nie wypracowały takich metod „zacierania śladów” jak Kościół, żadna też instytucja nie kreuje się na autorytet najwyższego stróża moralności. Niemniej gdy czytam: „Lekarstwem na przestępstwa seksualne jest zachowanie VI przykazania Dekalogu. Komu zatem jest bliski los ofiar różnych nadużyć seksualnych, powinien - w ramach holistycznego podejścia - zaangażować się w promowanie kultury czystości”, mam wrażenie, że arcybiskupowi coś umyka. Kościół promuje tę czystość od siedemnastu wieków i warto zapytać, jaki był i jest tego skutek? Jeśli żaden, to znaczy, że ta metoda jest i będzie nieskuteczna. Ale to trzeba umieć sobie powiedzieć, a nie kryć się za fasadą przykazania sprzed kilku(nastu) tysiącleci. Jeszcze gorzej jest, gdy tę „kulturę czystości” opiera się na wyimaginowanym prawie naturalnym, tak jak go rozumie Kościół katolicki. Nawet z punktu widzenia chrześcijaństwa, nie każdy grzech przeciw VI przykazaniu ma jednakową wagę. Ten rzekomy grzech de facto jest tylko batem na ludzką naturę, którą według tej religii obdarzył człowieka sam Bóg. Jest wpajaniem człowiekowi, że nawet naturalne instynkty i zachowania czynią człowieka grzesznym, a tym samym zależnym od Kościoła, który jako jedyny ma moc przebaczania grzechów (spowiedź). Jeśli się masturbujesz grzeszysz, ale jeśli się przyznasz kapłanowi, ten grzech będzie ci wybaczony. Jeśli zdradziłeś żonę popełniasz grzech wręcz ciężki, ale jak wyznasz to temu samemu facetowi w kiecce, śmiało masz prawo myśleć o zbawieniu, nawet nie musisz przyznawać się żonie. Arcybiskup mówi wręcz: „Kościół Boży istnieje także dzisiaj i dzisiaj jest on właśnie narzędziem, dzięki któremu Bóg nas zbawia”, choć akurat to zdanie wypowiada w innym kontekście, pasuje do mentalności Kościoła w kwestii seksualności jak ulał.

  Już wręcz kuriozalne jest stwierdzenie: „Próba zohydzenia chrześcijaństwa i Kościoła - tak nierozerwalnie związanego w dziejach z Polską i polskością - ma na celu nie tylko osłabienie jego pozycji w społeczeństwie, ale także osłabienie ducha narodu. Bez Chrystusa - mówił św. Jan Paweł II - nie można zrozumieć dziejów Polski”. W tym kontekście wcale mnie już nie dziwi wypowiedź premiera Morawieckiego, że jesteśmy spadkobiercami walecznych Greków i ich demokracji. Obu panów cechuje wyjątkowa, jak na dzisiejsze czasy... megalomania. Przypomnę arcybiskupowi, że w czasach zaborów i powstań nikt tak nie osłabiał „ducha narodu” jak właśnie ów święty Kościół, Kościół hierarchiczny, bo nie mam na myśli samej wiary katolickiej.

  I już na koniec jedno z ostatnich zdań oświadczenia: „(...) chciałbym poinformować, że księża biskupi – obecni na 383 zebraniu plenarnym Konferencji Episkopatu Polski – wzywają do publicznego przebłagania Boga za popełnione świętokradztwa”.  To działanie jednoznacznie świadczy o tym, jak daleko dzisiejszy Kościół odszedł (wręcz odjechał) od nauk Jezusa. Wszak On zapowiedział, że Kościołowi zawsze będzie towarzyszył sprzeciw wobec niego. Jedyne prawdziwe proroctwo, jakie padło z Jego ust. Ale za to nie znam żadnego fragmentu Ewangelii, w której żąda  publicznego przebłagania. Wręcz przeciwnie, nakazuje pokorę i dawanie przykładu dobrego życia bez hipokryzji, szczególnie zaś hipokryzji na pokaz.





niedziela, 16 czerwca 2019

Jak mnie odnalazł mój osobisty anioł stróż


  Sobota była apogeum upałów ale i pozytywnych emocji. W ciągu tygodnia wypad do Cieszyna na Międzynarodowy Festiwal Teatru Bez Granic, gdzie na sztuce „Anna Frankowá” uczyłem się języka słowackiego, do Krakowskiej Opery na operetkę „Kandyd”, by wreszcie w minioną sobotę zawitać do Bielska-Białej, gdzie w Teatrze Narodowym obejrzałem sztukę-wodewil „Boska!” Petera Qulitera. Skupię się na ostatnim wydarzeniu.

  Dawno mnie nie było w Bielsku-Białej, oj dawno. Tak dawno, że nie pamiętam czy starówka wyładniała. Jeszcze kilka kamienic w remoncie, ale ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Spacer po niej wymaga wysiłku, bo całość jest na zboczu, więc albo drałujesz ostatkiem sił pod górę, albo zapierasz się nogami, by nie biec w dół. Kawiarniane ogródki kuszą przedziwnymi zapachami, chłodnym piwem a ja na diecie i kierowca, więc o alkoholu nie ma mowy. Rekompensowałem sobie mrożoną kawą z lodami, co było jedynym ratunkiem w ten upał. W końcu dotarłem pod gmach teatru, gdzie w chłodnym cieniu przy fontannie czekałem z przyjaciółmi na godzinę zero.

  Do tej pory nie przepadałem za takimi widowiskami, stąd do przedstawienia podchodziłem sceptycznie. Dziś wiem, ze mój sceptycyzm brał się z braku bezpośredniego kontaktu. To zupełnie coś innego niż film czy przedstawienie w telewizji. A widownia wypełniona do ostatniego miejsca. Z programu dowiedziałem się, że sztuka jest oparta na autentycznych wydarzeniach związanych z Florence Foster Jenkins, córki zamożnego bankiera, który zostawił jej cały majątek, dzięki czemu otwiera się przed nią kariera divy operowej, obdarzonej, według jej mniemaniu, sopranem koloraturowym, najtrudniejszym w wykonaniu głosem śpiewaczki. Niestety, tak naprawdę jest tylko pierwszą damą opadającej skali, która do perfekcji opanowała sztukę upiększania pieśni poprzez improwizowanie o ćwierć tonu poniżej  lub powyżej oryginalnej melodii. Innym słowy i prościej – fałszuje niemiłosiernie. Należy uznać, że nigdy nie śpiewała lepiej. Jedna z opinii o jej talencie: „Pani Jenkins mogła marzyć, ale mogłaby jednak nie śpiewać”. Jej akompaniator mówił, że ona nie słyszała swoich fałszów. To, co słyszała w swojej głowie było perfekcyjne. Recenzenci i widzowie pukali się w głowę, gdy wydała na własny koszt swoją płytę, ale nikt z rozmysłem nie chciał jej zrobić krzywdę. Śmiano się z jej występu, ale aplauz był prawdziwy. W końcu pani Jenkins ma szansę wystąpić w Carnegie Hall, o ile sama sfinansuje przedstawienie. Sprzedaje, co ma, zaciąga długi, ale marzenie jej życia się urzeczywistniło. Ku zaskoczeniu wszystkich, wszystkie trzy tysiące biletów rozeszły się w mig, dzięki czemu mogła majątek odzyskać.

  Odtwórczyni tytułowej roli, pani Beata Olga Kowalska wcieliła się w postać granej bohaterki perfekcyjnie. Jak sama wyznała, kilka miesięcy musiała sporo się napracować, by móc tak fałszować i dziś ma wątpliwości kiedy fałszuje, a kiedy nie. A momentami z jej fałszu przebija naprawdę piękny głos. Tyle, że nie o to w jej grze chodzi. Było pięknie, zabawnie i atrakcyjnie. Nieśmiało poprosiliśmy o zdjęcia z aktorami. Ku naszemu zaskoczeniu czekali na nas wszyscy. Obiecałem kiedyś Anabell, że się na blogu przedstawię wizualnie, więc wklejam dwie fotki. Druga jest adekwatna do tytułu.




  szkoda, że sezon się kończy, bo ja się dopiero rozkręciłem...