wtorek, 2 czerwca 2020

Jeśli obiecywać to na maksa


  Prezydent Andrzej Duda nie prowadzi kampanii wyborczej, Pan Prezydent, jako dobry gospodarz, dogląda inwestycji. Ja bym to już uznał za dowcip roku, gdyby nie fakt, że do końca tego czasu może się jeszcze wiele wydarzyć. Dowcip roku nie z powodu dylematu: kampania – wizyta robocza(?), ale dla owego „dobrego gospodarza”, zatroskanego o gospodarczy rozwój kraju. Czytam: „Przed objęciem urzędu prezydenta RP bardzo dużo mówiłem o budowie innowacyjnego, nowoczesnego przemysłu, który będzie znajdował się w awangardzie. To dzieje się dziś na naszych oczach1. He, he..., przed oczyma to ja mam te dwa obrazki:

Stopka pod prom

Poświęcenie inwestycji w Polimerach Police

  Miniaturki tej stępki pod nowoczesny prom, który miał uczynić z nas awangardę nowoczesnego przemysłu stoczniowego, powinny być sprzedawane w każdym sklepie z pamiątkami, a jej replikacje w oryginalnym wymiarze zastąpić wszystkie pomniki „ku czci”, albo przynajmniej ich cokoły. Niestety, nawet produkcja tych stępek na dziś jest niemożliwa. Wielka Stocznia chyli się ku upadkowi, czytaj: sięga dna, czyli po prostu bankrutuje. Pan Szczerski broni swego pracodawcę wobec krytyki inwestycji w przekop Mierzei Wiślanej, którą Prezydent też zaszczycił gospodarską wizytą: „Przekop Mierzei Wiślanej ma znaczenie z punktu widzenia polskiej suwerenności; jest jedną z inwestycji, które zmienią położenie Polski na mapie geopolitycznej. Stawką tych wyborów prezydenckich jest, czy te inwestycje zostaną zrealizowane, czy nie2. Jeśli się położenie Polski na mapie zmieni, to pewnie mi na dłoni kaktus wyrośnie, ale mniejsza z tym. Podobno trwa intensywne śledztwo, bo ktoś podp...ł słupek, który Kaczyński wkopał na plaży tej mierzei.

  Pan Prezydent wystąpił w Telewizji Trwam. W żadnym razie nie w ramach swojej kampanii wyborczej, to był wywiad kurtuazyjny dla widzów tej stacji. I tam wypowiedział znamienne słowa: „CPK (Centralny Port Komunikacyjny) i budowa kanału żeglugowego na Mierzei Wiślanej to inwestycje, które w przyszłości będą przynosiły ewidentne profity gospodarcze państwu polskiemu. Jeżeli je zrealizujemy, to wielokrotnie więcej pieniędzy będzie chociażby na służbę zdrowia3. No jak żyję nie słyszałem bardziej śmiesznych, a zarazem hiobowych obiecanek od czasu upadku komuny. Ugrupowanie PiS-owskie obiecuje i gwarantuje, że zajmie się naszym zdrowiem i upadającą służbą zdrowia, gdy owe inwestycje zaczną przynosić zyski (sic!) Realnie to tak ze trzy pokolenia po moim, pod warunkiem że szybko to moje pokolenie umrze, by nie rujnować ZUS. I to pod jeszcze ważniejszym warunkiem, że to oczekiwanie na profity gospodarcze będzie wspomagane szturmem modlitewnym środowisk Radia Maryja. Choć i tu jest drobna zagwozdka – te środowiska potrzebują dużego, co ja piszę, co ja piszę ogromnego wsparcia finansowego ze Skarbu Państwa.

  Uważam że Prezydent RP wybrał właściwą drogę swojej jeszcze nierozpoczętej kampanii wyborczej pod hasłem: „Chwalę się swoimi osiągnięciami”. Najbardziej podobało mi się stwierdzenie: „Bo myślę, że te pięć lat to był dla Polski dobry czas z wielu względów. I mogę dużo naobiecywać, (...) i tak mi dopomóż Duchu Święty, aby odnowić oblicze tej ziemi4. Jak na dziś skutkuje to sondażowymi porażkami z dwoma innymi kandydatami. I trzymam kciuki, aby tej narracji nie zmienił. W tym przypadku nawet najostrzejsza nagonka na Trzaskowskiego i Hołownię tendencji spadkowej Dudy nie zmieni.



poniedziałek, 1 czerwca 2020

Na dzień kociego dziecka


  Święto kota przypada wprawdzie na 17 lutego, ale jak dla mnie może być każdego dnia. Podobnie z dniem Dziecka, tym bardziej, że trzeba mi odpocząć na chwilę od polityki. Taki rok (za rokiem) kota i dziecka wydaje się być bardziej sensowny niż rok Jana Pawła II. On podobno czyni cuda (JP II,  nie kot) i dlatego ludzie się do niego modlą. Kota zaś mam codziennie w domu, nic to, że czasami w nadmiarze, więc do kota nie trzeba się modlić, a i tak jego dobroczynny i uzdrowicielski wpływ na człowieka jest bardziej namacalny. To potwierdzi każdy, kto ma okazję być współwłaścicielem jego mieszkania, bo bądźmy szczerzy, to my musimy się do potrzeb kota dostosować, a nie on do nas. I w tym jest lepszy od psa, gdyż nie mówi się o marnym życiu: kocie życie, tylko pieskie życie. Nie rzucisz na kogoś obelgi: ty kocie, najwyżej: ty psie, lub ty suko...

  Jak nie mam poważania do amerykańskich uczonych, tak tym razem się do nich odwołam. Uczeni z Instytutu Komunikacji Zwierząt w Karolinie Północnej udowodnili, że mruczenie kota doskonale działa na nasz system immunologiczny. Koty mruczą z niską częstotliwością (25Hz) i przy tym wprawiają swoje ciało w mikrodrgania. Ta mieszanka sprawia, że kiedy trzymamy mruczącego kota na kolanach, albo on śpi prze naszej głowie (moja Hava tak ma), nasze ciało zaczyna się rozluźniać, czujemy się spokojni i zrelaksowani. Jednocześnie obniża się produkcja hormonów stresu i zwiększa poziom dopaminy oraz serotoniny. Jednym słowem – ogarnia nas błogość. Z kolei naukowcy z Uniwersytetu w Nowym Jorku dowiedli, że u dzieci, które miały kontakt z szeroką gamą alergenów dostępną m.in. w kociej sierści, o wiele rzadziej rozwijały się alergie. Dowiedziono też, że kot jest świetnym terapeutą dla maluchów z autyzmem. Kototerapia (felinoterapia) jest wskazana dla osób starszych i samotnych oraz dla podopiecznych placówek opieki społecznej. Natomiast uczeni z Uniwersytetu w Minnesocie przez 10 lat obserwowali prawie pięć tysięcy osób, spośród których 75 procent miało kota. I u tej właśnie grupy ryzyko ataku serca było o 30 proc. niższe niż u pozostałych. Naukowcom z tego ostatniego uniwersytetu jednak nie do końca wierzę. Tu mi dwie rzeczy nie pasują. Bo nie wiem jak oni to ryzyko mierzyli, jeśli w ogóle da się pomierzyć. Dwa, widać nie przećwiczyli elementu zrzucenia z parapetu doniczki w środku ciszy nocnej, kiedy człowiek jest w głębokim śnie. Ja mam jeszcze serce jak dzwon, ale innym takiego eksperymentu nie polecam.
  Teraz coś z moich doświadczeń. Hava wkurza mnie totalnie każdego ranka. Uparła się mnie budzić tak między piątą a szóstą i ma doskonały na to sposób. Przypomnę, jest długowłosa i wyczaiła, że machanie swoim puszystym ogonem po moim nosie działa wręcz elektryzująco. Odwracanie się na drugi bok nie przynosi żadnego efektu. Ona jest uparta i znajdzie drogę do mojej twarzy. Nie ma zmiłuj się. Mogę się nakryć kołdrą, znajdzie drogę i pod kołdrę. Wprawdzie już machać ogonem nie może, ale jaki problem polizać mi ucho, czy twarz? I gdy już intensywnie szukałem sposobu, jak się przed tym uchronić, zdałem sobie sprawę, że ona wie co robi. Gdy wkładam nogi w kapcie, ona pokazuje mi drogę do łazienki, dając polecenie: idź się facet wysikać, bo już czas! I ma rację. Gwoździem tego programu jest moment mycia rąk. Ładuje się do umywalki, bo ona uwielbia bieżącą wodę. Cwaniara. Najśmieszniejsze jest to, że jak jej dam śniadanie, to mogę iść spać dalej. Jestem jej chwilowo niepotrzebny. Ma to też pewien plus w stosunku do psa. Nie muszę się ubierać i iść z nią na spacer, wystarczy że zadbam, aby kuweta była systematycznie wyczyszczona.
  Mówi się, że pies jest lepszy, bo on wita swojego właściciela już na progu radosnym merdaniem ogonem. Niby tak, Hava nie merda ogonem na mój widok, ale czeka w przedpokoju, a jak już wejdę, robi kopyrtkę na plecy, abym ją pogłaskał po brzuszku. I robi to tylko w takich okolicznościach, bo normalnie nie znosi dotykania podbrzusza, szczególnie gdy ją czeszę. A z tym czesaniem to już w ogóle horror. Potrzebuję dwóch grzebieni. Jednym czeszę przez kilka sekund, do momentu gdy zacznie go gryźć. Wtedy muszę użyć drugiego, ale też na kilka sekund, do czasu aż się zorientuje, że nie gryzie ten, który buszuje w jej futerku. I tak na zmianę do czasu, aż uzna, że koniec czesania, bo z dwoma grzebieniami sobie nie radzi. Ona jest z reguły spokojna, wręcz stateczna i majestatyczna. Ale przynajmniej dwa razy na dobę dopada ją głupawka, a wtedy bez wyraźnej przyczyny biega jak szalona, nawet po ścianach. Uwielbia też zabawę z piłeczką, o ile jest wspólna i na jej zasadach. Aha, muszę uważać, aby rolka papieru toaletowego była poza jej zasięgiem. Gdy dopadnie, na pewno rozwinie ją do tekturowej rolki. Bo Hava lubi się bawić tymi tekturowymi rolkami, a papier toaletowy jest jej zbędny. Mamy ich chyba już kopę, pod wersalką, pod szafą i kilku innych niedostępnych zakamarkach. Gdy się już zmęczy robi sobie drzemkę, zawsze gdzieś obok mnie.





sobota, 30 maja 2020

Porobek


  W latach osiemdziesiątych, tak gdzieś we wrześniu, dostałem propozycję: weź dwa tygodnie urlop i jedziemy zrywać jabłka. Tu przypomnę, pracowałem w kopalni węgla kamiennego, zarabiałem bardziej niż dobrze i zdecydowanie wolałbym w urlop odpoczywać, niż harować w sadzie. Teoretycznie zbiór jabłek to przyjemna sprawa. Świeże, aromatyzowane zapachem dojrzałych owoców powietrze, właściwie cicho, jak to na wsi, piękne widoki, na pewno piękniejsze niż Duda w maseczce przy kwitnącej jabłonce. Po trzech dniach miałem dość, chciałem wracać, i gdyby nie moi znajomi, już by mnie tam nie było. Wytrwałem do końca i powiem tak: za te dwa tygodnie pracy zarobiłem więcej niż przez miesiąc pracy w kopalni plus dodatkowe premie, których nam wtedy nie szczędzono. Niemniej następnego roku już namówić się nie dałem, a przez kilka lat nie mogłem nawet patrzeć na jabłka.

  Wspominam nie bez kozery. Minister Ardanowski zaproponował tę radosną pracę nauczycielom. W zawodzie nauczyciela przeważają kobiety, a jak powszechnie wiadomo, żadna kobieta żadnej pracy się nie boi, i co równie ważne, żadna praca nie hańbi. To hasła z „Wojny domowej”, co ma dla treści tej notki niebagatelne znaczenie, właśnie w kontekście tej wojny domowej. Proporcjonalnie rzecz ujmując, taka nauczycielka mogłaby w tym sadzie zarobić, tak nie przymierzając minimum cztery nauczycielskie pensje. W dwa tygodnie! Prawda, że pięknie? A jednak, nawet gdyby nie okoliczności i tak jest to propozycja do... odrzucenia! Trzeba na to tylko spojrzeć w szerszym kontekście. Po pierwsze, podobno dziś nie ma w Polsce takiej stuprocentowej inteligencji, takiej z korzeniami (nie cierpię tego słowa). Spustoszenia dokonał Hitler, resztę wykończył Stalin i jego polscy potomkowie. Niemniej i bez korzeni inteligencja się narodziła, nomen omen, niemal od podstaw, a zawód nauczyciela miał w tym niebagatelny udział. Po drugie, mamy dziś władzę, która po prostu nie cierpi inteligencji, jeśli nie wywodzi się z Żoliborza. Wreszcie po trzecie, Oni mają niekłamaną satysfakcję, gdy uda Im się tę prawdziwą, choć nową inteligencję upokorzyć, więc tym bardziej tak należy rozumieć propozycję Ardanowskiego. Wspartą również opinią ministra Piontkowskigo (tego od nauczycieli właśnie). Wręcz słyszę rechot w gabinetach obu ministrów.
  Cóż, trzeba nazwać prawdę po imieniu – chamstwo żoliborsko-kościelnej inteligencji jest po prostu chamstwem. Nie potrafią wybaczyć (tak jakby było coś do wybaczenia) strajku nauczycieli, więc skoro nadarzyła się okazja, trzeba przyp...ć, tak siarczyści po chłopsko-robotniczemu, jak za komuny, bo nie wszyscy nauczyciel chcą być wdzięczni i pokorni władzy dobrej zmiany. Nauczyciele uczą samodzielnego myślenia, a to dziś nie jest wskazane. Oświata i wiedza, jeśli nie służy wierze w Boga i nieomylności naczelnika z Żoliborza, jest nikomu niepotrzebna. Jeśli ktoś tego nie pojmuje, to znaczy parobek jest, który tylko do najemnej roboty u bambra się nadaje. Już oni ich wyszkolą, co to są prawdziwe wartości, jaka powinna być tradycja, a przede wszystkim kultura, tej pijackiej nie wykluczając. Wiem coś na ten temat, bo sobie dwadzieścia lat wieś z bliska obserwowałem. St. Broniarz, ten od ZNP, sarkastycznie odparł, że teraz w ramach wymiany, ci bambrzy powinni uczyć dzieci. He, he..., bamber uczyć dzieci! On najwyżej będzie chciał szkolić (czytaj: tresować) parobków, bo od dziecek jest baba, klecha i ten nieudaczny belfer. Dla bambra dziecko, jego własne dziecko, przydaje się na polu i łąkach. Przyuczy takiego do jazdy traktorem (nawet dziesięciolatka) i zapewniając mu frajdę, wypuszcza przewracać siano. Sam w tym czasie delektuje się herbatką z prądem, bacząc by parobek się nie nudził, bo jemu przecież płaci żywą gotówką.

  Skoro jestem w temacie ministrów najlepszego rządu po II wojnie światowej, zahaczę o ministra Szumowskiego. Nawet nie będę się czepiał majątku jego, żony czy brata. Bardziej istotnym jest jego radosna chęć łagodzenia obostrzeń. Przyznaję, sam byłem niektórymi oburzony, tylko teraz się zastanawiam, czemu to poluzowanie ma służyć? Wprowadzał je w czasie, gdy dobowe wzrosty zachorowań były o połowę mniejsze niż dziś, zaś ogólna liczba chorych stanowiła ledwie czwartą część obecnej. Przyczyny wydają się oczywiste. Suweren ma się poczuć lepiej po tygodniach ucisku, bo będą wybory. Dwa, skoro szeregowy poseł decyduje o tym, kiedy mają być, to tu nie ma mowy o tym, że mogłoby być inaczej. Wreszcie trzy, jest sposób aby oszwabić tę inteligencję wielkich miast. To w nich ogłosi się stan kwarantanny, bo tam epidemia wybuchnie na nowo (patrz stadiony, kościoły, kina i sklepy). A jak kwarantanna to i wybory tylko korespondencyjne, takie, co to da się podważyć, jeśli będą nie po ich myśli.
  Jako puentę napiszę tak: marzy mi się, aby opozycja wymyślał coś, co uczyniłoby wybory 28 czerwca niemożliwe. Nawet gdyby to miało być szyte grubymi nićmi. I to nie z powodu ewentualnej przegranej Dudy. Nie. Jestem po prostu ciekaw, jakich to środków, zgodnych z prawem użyje Kaczyński przeciw parobkom, aby jednak wybory się odbyły w przez niego wyznaczonym terminie?



środa, 27 maja 2020

Nienawiść do Kościoła w praktyce


  Sierpień 2019 rok. „W bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie doszło do brutalnego ataku na księdza.  Sprawcy wdarli się do zakrystii, pobili księdza, kościelnego i zakrystiankę, chcieli sami odprawić Mszę św. Trzej mężczyźni chcieli dokonać profanacji w bazylice św. Jana Chrzciciela w Szczecinie”. Zdarzenie skomentował napadnięty ks. prałat Ziejewski: „Ja myślę, że komentarza tu nie trzeba. Cały czas jest agresja na Kościół. To jest szatańska robota” (to w Radiu Maryja). PolsatNews: „Wedle relacji pracowników kościoła, najpierw napastnicy mieli domagać się ornatów i różańców. Mieli chcieć też odprawić mszę ze ślubem - jeden z nich miał się zastanawiać, czy ma przy sobie obrączki”. Według Radia Szczecin mieli w planach też okraść świątynię. „Proboszcza - księdza prałata dr. Aleksandra Ziejewskiego - mieli bić po twarzy różańcem. Pracownik Andrzej Belerski miał natomiast zostać uderzony kilkukrotnie pięścią”. Jeszcze relacja TVP Info: „Pogotowie zabrało mnie do szpitala. Mam szwy na twarzy na pięć centymetrów – powiedział ks. Aleksander Ziejewski, ofiara ataku. Jeden z napastników, który go uderzył, miał coś w ręku. Gdyby mnie trafił, to pewnie by zabił”. Mógłbym przytoczyć więcej takich relacji, ale myślę, że większość z nas zna tę sprawę.

  Do niej odniósł się również abp Gądecki i też nie mogę sobie odmówić przyjemności zacytowania fragmentu: „Moje najwyższe zaniepokojenie budzą coraz częstsze akty nienawiści wobec ludzi wierzących, w tym wobec kapłanów oraz akty profanacji obiektów sakralnych, miejsc i przedmiotów kultu, tak ważnych dla katolików w Polsce. Ze smutkiem dostrzegam eskalację wrogich zachowań wobec ludzi wierzących, w tym stosowanie przemocy symbolicznej i fizycznej. Choć w społeczeństwie pluralistycznym różnice światopoglądowe są oczywistością, nigdy nie mogą być usprawiedliwieniem dla tego typu nieludzkich czynów. Sprawców wzywam do opamiętania, a wszystkich ludzi dobrej woli proszę o modlitwę w intencji Kościoła oraz w intencji tych, którzy dopuszczają się podobnych aktów nienawiści [podkreślenia moje]1. Szokujące prawda? No ci wstrętni ateiści i innej maści niekatolicy strasznie nienawidzą Kościoła katolickiego, tak strasznie, że uciekają się do profanacji i rękoczynów. To woła o pomstę do nieba!

  Ano woła, woła, tyle, że nie z powodu tych rzekomych przejawów nienawiści, ile za sprawą przekłamań, kłamstw i insynuacji jakich dopuszczają się uciśnieni wierni wobec niewierzących i innowierców. We wtorek upubliczniono wyrok szczecińskiego sądu w sprawie tego ekscesu. Okazuje się, że na pytanie sędziego: „Czy ksiądz słyszał, aby ten człowiek [główny oskarżony w tym procesie] wypowiadał jakieś słowa o nienawiści do Kościoła albo w ogóle na temat Kościoła?”, ks. prałat Ziejewski odparł: „Nie, nic takiego nie słyszałem” (sic!), zaprzeczając tym samym swoim własnym doniesieniom dla mediów. Aby było śmieszniej (czytaj: tragiczniej) wszyscy trzej przyznali się przed sądem, że są... katolikami, a jedyny ich problem to fakt, że byli napruci i naćpani, a to są grzechy, które katolikom bez problemów odpuszcza się podczas spowiedzi świętej. Gorzej, oni nie wiedzą dziś, co ich skłoniło do tego czynu. Może szatan, bo katolików zawsze do złego pcha szatan, choś wątpię czy sąd uznałby to za okoliczność łagodzącą. A to prokuratura Ziobry (osobiście zainteresowanego postępami śledztwa) postawiła zarzut: „sprawcy działali z powodu przynależności (ofiar napaści) do wspólnoty wyznaniowej Kościoła Katolickiego”. Tymczasem sprawcy też należeli do tej wspólnoty.

  Przy okazji tej sprawy prawica rozpętała nagonkę na środowiska LGBT, bo oni chcieli podobno wziąć ślub gejowski. Wyszło też na jaw, że owe „szwy na twarzy na pięć centymetrów” okazały się być ledwie zadrapaniem, które zniknęło po siedmiu dniach. Oskarżonego Mariusza W. skazano na rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności, drugiego Zbigniewa Ł. na dziesięć miesięcy, zaś Piotra O. uniewinniono, gdyż w ogóle nie brał udziału w zajściu. Wyroki adekwatne do wandalizmu, jakiego dopuszczają się również osoby wierzące. Należałoby teraz oczekiwać przeprosin ze strony wszystkich dziennikarzy, księdza prałata i abp. Gądeckiego również, którzy za owe zajście obwiniali niewierzących, innowierców i środowiska LGBT. Spokojnie. Nie jestem aż tak naiwny. Na to nie stać obrońców świętości i nietykalności Kościoła. Na religii tego nie uczą...