środa, 22 maja 2019

Ucho igielne


  Jak na kazaniu zacznę od słów ewangelii św. Mateusza: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego” [19,24]. Innymi słowy, bogaci za swe, rzekomo złe uczynki, czyli metody bogacenia się – muszą odpokutować. To właśnie spotkało pana premiera Mateusza Morawieckiego.

  Daleki jestem od tego, aby darzyć pana Premiera jakąkolwiek sympatią, jego zaś małżonki nie znam w ogóle, teoretycznie nie mam więc żadnych powodów by brać go w obronę. A jednak mam mieszane uczucia, którymi zamierzam się tu podzielić. Może jednak przedtem jeszcze jedna przypowieść, tym razem już nie biblijna.
  W roku 1999 kupiłem sobie z ogłoszenia od osoby prywatnej choć publicznej (sołtysowa) dwudziestopięcioarową działkę, kawałek pola klasy VI, czyli prawie sam piach. Cena jednego metra kwadratowego wynosiła wtedy 2,50 złotego (słownie: dwa złote i pięćdziesiąt groszy). Plan był taki, aby ziemię przekształcić na budowlaną i postawić na niej daczę. Rok później przeszedłem na emeryturę i plany się nieco zmieniły. Owa działka przez osiemnaście lat leżała sobie odłogiem, a podatek za nią był ledwie odczuwalny. Za rok tak mniej-więcej tyle, za ile można było kupić butelkę wódki i to wcale nie przedniej. Aż pewnego dnia pojawił się kupiec, a zanim dwóch innych i zaczęli się licytować. W końcu sprzedałem całość, jeden metr za bagatelka... 28 złotych polskich! Przebicie ponad dziesięciokrotne i przyznam z ręką na sercu – nie miałem żadnych, ale to żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu. Wręcz przeciwnie, była prawdziwa balanga...

  Postawię pytanie: czy pan premier M. Morawiecki popełnił jakiekolwiek przestępstwo? Kupowanie ziemi od klechy takim nie jest, nawet jeśli w wyniku pewnych znajomości, po niższej cenie niż obowiązywała w taryfikatorach. Podatek od kupna na pewno zapłacił właśnie wg tego taryfikatora, bo urzędników nie interesuje prawdziwa wartość transakcji. Czy rozdzielczość majątkowa z żoną jest przestępstwem? Na pewno nie jest, więc i tu nie sposób cokolwiek zarzucić Premierowi. Nie jest też przestępstwem przekazanie w ramach tej rozdzielczości owego, rzeczonego kawałka ziemi żonie. Zarzut, że Morawieccy kupili ziemię bez przetargu, jest też bezzasadny, ta ziemia nie była już własnością Skarbu Państwa. Nie przekonuje mnie nawet podejrzenie o to, że Morawieccy wiedzieli coś o bliżej nieokreślonej w czasie zmianie planów zagospodarowania przestrzennego. Gdzie tu więc jakiekolwiek przestępstwo? Nie ma żadnego przestępstwa, sensacja „Wyborczej”, i to ze smutkiem muszę przyznać, ma charakter stricte propagandowy. Jedyny bulwersujący aspekt tej sprawy, do którego można by się przyczepić, leży zupełnie w czymś innym, choć nie w tym, że Morawieccy sami sobie zaprzeczają (uznam łaskawie, że wpadli w panikę).

  Tym aspektem jest działanie Komisji Majątkowej, która za bezcen oddawała na własność cale połacie kraju Watykańskim namiestnikom, w ramach tak zwanej rekompensaty za utracony majątek. Nie chcę zgadywać jak go zdobyli. Przecież to było wiadome od samego początku, że ci namiestnicy będą tymi rekompensatami spekulować w... i tu proszę o uwagę – w celach bogacenia się ponad miarę. W tym miejscu odsyłam do wstępu mojej notki, ściślej, do przytoczonych słów ewangelii. Rodzi się jednak pytanie, dlaczego ów klecha sam nie poczekał na jeszcze lepszą koniunkturę? Najpierw ironicznie: ów klecha pewnie nie był mistykiem i nie pytał Bozię o poradę, pewnie sam nie wierzył, że Bóg mu ją kiedykolwiek udzieli. Podobnie jak ja, w cuda nie wierzy. Już na poważnie, kler potrzebował, potrzebuje i będzie potrzebował bezgranicznie oddanych popleczników, a takich się przede wszystkim kupuje, niekoniecznie odpustami zupełnymi. Premier M. Morawiecki do bezgranicznie oddanych Kościołowi bez wątpienia należy. Cały problem w tym, że takie zagrywki właściwie też nie są karalne, gdyż nie dotyczą własności państwowej. Instytucjonalny Kościół zaś chętnie bogaci się zarówno w majątki ziemskie, jak i inwestuje w wysoko postawionych popleczników. I nie widzi w tym nic złego.

  Już na koniec jeszcze jedna drobna dygresja. Wiele było szumu o wyprzedaż majątku narodowego innym, obcym kapitałom. Dziwnym trafem, nikt specjalnie nie robił larum, za wręcz darmową wyprzedaż ziemi i nieruchomości watykańskim namiestnikom. Jak zwykła mówić pewna blogowiczka: mleko się rozlało. Dawno temu już się rozlało (czytaj: rozlazło).



poniedziałek, 20 maja 2019

Tosca


  W końcu złapałem tego bakcyla za nogi i już nie wypuszczę. W niedzielę miałem swój debiut w Operze Śląskiej w Bytomiu. Oczywiście debiut na widowni. Piękna sprawa, wziąwszy pod uwagę fakt, że sam gmach opery jest wyjątkowo okazały, wnętrze wręcz przytulne, a i spektakl z kilku powodów wyjątkowy.

Po pierwsze: Giacomo Puccini.
Po drugie: Tosca – w oryginalnej wersji językowej. Aby przybliżyć widzom libretto, nad sceną był wyświetlacz z polskim tłumaczeniem aktualnie wykonywanych kwestii. Coś dla mnie, bo włoskiego też nie znam.
Wreszcie po trzecie: był to spektakl z okazji Jubileuszu 35-lecia pracy artystycznej i 60-tych urodzin Aleksandra Teligi, występującego w roli okrutnego Scarpia (bas). Nie sposób tu wymieniać wszystkich jego sukcesów, warto jednak dodać, że mają one światowy wymiar. Od mediolańskiej La Scalii, gdzie występował trzydzieści sześć razy, przez niemal wszystkie stolice świata, na Tokio skończywszy. Nie mam zamiaru zanudzać wyliczaniem nagród, jakimi został obsypany w czasie swej artystycznej kariery, dość, że warto było go zobaczyć, a przede wszystkim posłuchać. Bez wątpienia warto było też posłuchać Moniki Cichockiej w roli Tosci (sopran), szczególnie w jednej z najpiękniejszych arii tej opery, Vissi d’arte. Całość dopełniał Maciej Komandera w roli Cavaradosii (tenor), pierwszy, który swą arią Recondita armonia wzbudził prawdziwy aplauz widowni. No i nie można zapomnieć o dyrygencie Warcisławie Kuncu, któremu w wyjątkowo ekspresyjnym fragmencie muzycznym wypadła pałeczka z dłoni na sam środek sceny, a co go w żadnej mierze nie speszyło.



Od lewej Maciej Komandera, Monika Cichocka, Warcisław Kunc i Aleksander Teliga

  Niestety, nie wolno nagrywać w czasie spektaklu, dlatego nie będzie tu żadnego muzycznego fragmentu. Chętnych odsyłam do YouTube (wystarczy kliknąć na tytuły tych arii w notce), gdzie wprawdzie nie znajdziecie tego, czego słuchałem na żywo, ale przynajmniej można pojąć o czym piszę.


niedziela, 19 maja 2019

Lingwistyczny ignorant


  W komentarzu pod moją ostatnią notką, Rademenes II wytknął mi nieznajomość języka angielskiego, nazywając mnie lingwistycznym ignorantem. Trochę mnie to zdumiewa, bo on przecież narodowy patriota jest, a obcych języków się uczył. Pilnie uczył się angielskiego pewnie po to, aby wyłapywać to, co złego o Polakach się mówi w zagranicznej prasie. Szczególnie, gdy to tłumaczenie z języka... jidysz.
Ok, ok, nie jestem taki, niczego mu nie odbieram, Radek zna angielski, ja nie znam i to jest fakt niezaprzeczalny. Miałem to pieskie szczęście, że przez pięć lat uczono mnie tylko rosyjskiego, a dziś przyznać się do znajomości tego języka to wręcz wstyd i hańba. Później sam uczyłem się niemieckiego, ale okazało się, że to z kolei
pachnie posądzeniami o sprzyjanie kanclerz Angeli Merkel. Tusk słono za to zapłacił... Zdrajcą go okrzyknięto.

  Miałem tym razem nie zrzędzić, więc polecam pewien skecz Andrzeja Poniedzielskiego. Mało, że prezentuje mój ulubiony rodzaj humoru, to jeszcze w prosty sposób tłumaczy tę moją lingwistyczną ignorancję:

 

  Aby dać moim czytelnikom jeszcze jedną chwilę wytchnienia, gdyż w zanadrzu mam kolejną notkę – horror, przypomnę inny skecz tego kabaretowego artysty. Skecz jakby o mnie...


 



sobota, 18 maja 2019

Ateistyczny terror


  Czytam: „Ambona służy objaśnieniu Pisma Świętego” – tu posłużę się parafrazą: „Ale kiedy przyjdą podpalić twój dom (czytaj: kościół) – koniec parafrazy – trzeba odnieść się wprost, wyraźnie i jednoznacznie do tego, co dzieje się wokół nas, tuż obok. Nie tylko się kajać w imieniu nas wszystkich – za winy jednostek [pedofilów – dopisek mój]. Trzeba narodowi pomóc wybrać. Kolejny raz przed duchowieństwem staje zadanie ratowania duszy i niezależności narodu”.

  W Polsce jest podobno trzy procent ateistów. Na szczęście, za sprawą wygranych wyborów w 2015 roku, szerzenie się ateizmu zostało zatrzymane. Mimo to trzeba sobie jasno powiedzieć, ta niewielka grupa niewierzących wprowadziła w naszym kraju ateistyczny terror, państwo wyznaniowe tych, co wierzą, że Boga nie ma. I to ponad wszelką wątpliwość. Odebranie głosu biskupom, metropolitom i proboszczom w najważniejszych kwestiach naszego kraju, bo są katolikami, to nadinterpretacja rozdziału Kościoła od państwa. To poważne nadużycie, to osłabienie społeczeństwa naprawdę obywatelskiego. Media i lewicowe ośrodki uniwersyteckie stwarzają tylko pozory postępu i nieskrępowanej wolności. Wolności, która się kończy wtedy, gdy chcesz powiesić krzyż w przestrzeni publicznej i nie uznajesz małżeństw homoseksualnych. W sytuacji strasznej przewagi ateistycznych mediów, nic nie jest w stanie przeciwstawić się ich złudnym ideom. Wobec tego tylko ambona może przemówić tak donośnie, aby w całym kraju zawrzało.

  Wszystko dlatego, że mamy wolność wyznania i ateista może bezkarnie wyznawać swoją niewiarę. A przecież nie może być tak, że ruguje ze szkoły katolickie dzieci, wierzących z obiektów publicznych i z mediów. Nie może być tak, że może bezkarnie poniewierać krzyżem i Pismem Świętym, a w końcu stanowić prawo rugujące naszą religię albo wywierać presję na sądy, które interpretują to prawo przeciw naszym poglądom. I to w sytuacji, gdy stanowimy zdecydowaną większość. To jest możliwe tylko w państwie ateistyczno-wyznaniowym. Ateiści wytworzyli własną tradycję i ideologię, która rozprzestrzeniła się na różne dziedziny naszego życia. Zawłaszczają miejsca w strukturach ustawodawczych, i choć nikt im nie odbiera prawa do własnych poglądów, walczą o nie jak krzyżowcy o Ziemię Świętą. Tu chodzi o bezwzględne narzucanie innym światopoglądu ateistycznego, o wytrzebienie chrześcijańskiego myślenia i chrześcijańskiej tradycji. Obalanie Boga zaczyna się od obalania pomników i krzyży. Pałace biskupie będą obalać na końcu, przedtem podpalać będą katedry. Wprawdzie telewizja publiczna odbita, ale lewackich mediów wciąż nie jest mało. Przypadek amerykańskiego TVN jest dla milionów wierzących Polaków szokujący. Co to za sojusznik, ci Amerykanie? Podobno mają nas bronić przed rakietami, a teraz walą w nas z ekranu jak z armaty. Nim te rakiety zainstalują, możemy już polec. Za pośrednictwem tych mediów następuje totalne pouczenie Kościoła, jaki ma być, co mu wolno, ile ma zarabiać, co mówić, od czego się odczepić i za co się kajać.  Niestety, wielu księży i hierarchów się temu poddaje, zaś odważni i zdecydowani duchowni są w zdecydowanej mniejszości. Byłoby dużo lepiej, gdyby otrzymali odgórne dyspozycje do podjęcia walki o być, albo nie być.

  Ateistom chodzi o to, aby wyrugować z życia publicznego religię, zamknąć wierzących w kościołach, a w kolejnym etapie zamknąć same kościoły. Bo podobno postęp i poszanowanie może się dokonać tylko poprzez ustanowienie ateizmu religią panującą. „W państwie wyznaniowym mamy do czynienia ze zdecydowanym uprzywilejowaniem ekonomicznym wyznawców jednego światopoglądu. W Polsce jeszcze intensywniej niż na Zachodzie stwarza się pozory, że kler jest wielkim beneficjentem państwa, które ubożeje, bo musi łożyć m.in. na takie bezproduktywne jednostki jak księża. Po co się to robi? Nie tylko dlatego, żeby Kościołowi coś zabrać, ale również dlatego, by usprawiedliwić strumień pieniędzy, jaki płynie z państwowej kasy do przeróżnych lewackich, antypolskich organizacji. Czyje pieniądze, tego władza, a kogo władza, tego wyznanie”.

  Najpierw wyjaśnię. Cały powyższy tekst jest właściwie jednym wielkim cytatem, to co w cudzysłowie – dosłownym. Reszta w innej kolejności i już z koniecznymi skrótami. Ja naprawdę nie wiem, czy to da się w ogóle komentować? Choć z drugiej strony, ten tekst dobitnie poświadcza tezę, że my już właściwie mamy państwo wyznaniowe, choć rzecz w tym, że katolickie. Autor, Leszek Sosnowski opisuje możliwy terror ateistyczny, jaki rzekomo grozi nam ze strony Unii Europejskiej na przykładzie... istniejącego terroru religijnego w Polsce, który opisuje dość dokładnie, pewnie nieświadomie.
Na deser zostawiłem sobie najlepsze. Ten tekst nie został opublikowany na Frondzie, czy portalu Pch24, gdzie można by go potraktować z przymrużeniem oka, albo jako dość oryginalną ciekawostkę przyrodniczą. Opublikował go prawicowy, prorządowy, podobno jeden z najbardziej opiniotwórczych portali wPolityce.pl (sic!) Jakem ateista, nie mogłem uwierzyć. Od dziś jestem ateista wierzący... Wierzę, że tych nawiedzonych porąbało.