niedziela, 16 czerwca 2019

Jak mnie odnalazł mój osobisty anioł stróż


  Sobota była apogeum upałów ale i pozytywnych emocji. W ciągu tygodnia wypad do Cieszyna na Międzynarodowy Festiwal Teatru Bez Granic, gdzie na sztuce „Anna Frankowá” uczyłem się języka słowackiego, do Krakowskiej Opery na operetkę „Kandyd”, by wreszcie w minioną sobotę zawitać do Bielska-Białej, gdzie w Teatrze Narodowym obejrzałem sztukę-wodewil „Boska!” Petera Qulitera. Skupię się na ostatnim wydarzeniu.

  Dawno mnie nie było w Bielsku-Białej, oj dawno. Tak dawno, że nie pamiętam czy starówka wyładniała. Jeszcze kilka kamienic w remoncie, ale ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Spacer po niej wymaga wysiłku, bo całość jest na zboczu, więc albo drałujesz ostatkiem sił pod górę, albo zapierasz się nogami, by nie biec w dół. Kawiarniane ogródki kuszą przedziwnymi zapachami, chłodnym piwem a ja na diecie i kierowca, więc o alkoholu nie ma mowy. Rekompensowałem sobie mrożoną kawą z lodami, co było jedynym ratunkiem w ten upał. W końcu dotarłem pod gmach teatru, gdzie w chłodnym cieniu przy fontannie czekałem z przyjaciółmi na godzinę zero.

  Do tej pory nie przepadałem za takimi widowiskami, stąd do przedstawienia podchodziłem sceptycznie. Dziś wiem, ze mój sceptycyzm brał się z braku bezpośredniego kontaktu. To zupełnie coś innego niż film czy przedstawienie w telewizji. A widownia wypełniona do ostatniego miejsca. Z programu dowiedziałem się, że sztuka jest oparta na autentycznych wydarzeniach związanych z Florence Foster Jenkins, córki zamożnego bankiera, który zostawił jej cały majątek, dzięki czemu otwiera się przed nią kariera divy operowej, obdarzonej, według jej mniemaniu, sopranem koloraturowym, najtrudniejszym w wykonaniu głosem śpiewaczki. Niestety, tak naprawdę jest tylko pierwszą damą opadającej skali, która do perfekcji opanowała sztukę upiększania pieśni poprzez improwizowanie o ćwierć tonu poniżej  lub powyżej oryginalnej melodii. Innym słowy i prościej – fałszuje niemiłosiernie. Należy uznać, że nigdy nie śpiewała lepiej. Jedna z opinii o jej talencie: „Pani Jenkins mogła marzyć, ale mogłaby jednak nie śpiewać”. Jej akompaniator mówił, że ona nie słyszała swoich fałszów. To, co słyszała w swojej głowie było perfekcyjne. Recenzenci i widzowie pukali się w głowę, gdy wydała na własny koszt swoją płytę, ale nikt z rozmysłem nie chciał jej zrobić krzywdę. Śmiano się z jej występu, ale aplauz był prawdziwy. W końcu pani Jenkins ma szansę wystąpić w Carnegie Hall, o ile sama sfinansuje przedstawienie. Sprzedaje, co ma, zaciąga długi, ale marzenie jej życia się urzeczywistniło. Ku zaskoczeniu wszystkich, wszystkie trzy tysiące biletów rozeszły się w mig, dzięki czemu mogła majątek odzyskać.

  Odtwórczyni tytułowej roli, pani Beata Olga Kowalska wcieliła się w postać granej bohaterki perfekcyjnie. Jak sama wyznała, kilka miesięcy musiała sporo się napracować, by móc tak fałszować i dziś ma wątpliwości kiedy fałszuje, a kiedy nie. A momentami z jej fałszu przebija naprawdę piękny głos. Tyle, że nie o to w jej grze chodzi. Było pięknie, zabawnie i atrakcyjnie. Nieśmiało poprosiliśmy o zdjęcia z aktorami. Ku naszemu zaskoczeniu czekali na nas wszyscy. Obiecałem kiedyś Anabell, że się na blogu przedstawię wizualnie, więc wklejam dwie fotki. Druga jest adekwatna do tytułu.




  szkoda, że sezon się kończy, bo ja się dopiero rozkręciłem...


sobota, 15 czerwca 2019

Lizydupstwo


  Za bardzo polityka międzynarodowa mnie nie interesuje. Czterdzieści lat z okładem tłukli mi do łba, że mamy najlepszego przyjaciela naszego kraju za wschodnią granicą. Ściema, w którą pewnie tylko totalny debil by uwierzył. Nawet ci, co to próbowali nam wciskać. pewnie w to nie wierzyli. Najbardziej zaś śmieszyły hasła o bratniej Armii Czerwonej, która strzeże naszych zachodnich granic. Trzeba sobie powiedzieć jasno – sojusz z NATO, wejście w struktury tego traktatu militarnego, było słuszne, a nawet konieczne. Hamowało a priori zapędy dawnego okupanta, gdyby mu przyszło na myśl poszerzyć strefę wpływów, jak na Krymie.

  W mojej ocenie taka sytuacja militarna była, i powinna do dziś być całkowicie wystarczająca. Przy w miarę rozsądnych nakładach na wojsko, w celu jego modernizacji, gwarantowała pełne bezpieczeństwo. Szczerze mówiąc już nie pamiętam, komu najpierw odbiło, ale na pewno byli to politycy. Przy rotacyjności rządów i ostrych sporach politycznych, jeden spójny program strategii naszych wojsk okazał się niemożliwy do utrzymania. I tak naprawdę nawet to nie okazało się tak zgubne, jak trendy polityki stricte zagranicznej, którym było jeszcze dalej do tej spójności i jednego stałego nurtu. Mieliśmy niezawodnego sojusznika – Unię Europejską – i bez względu na różne opinie na ten temat, trudno w obecnej sytuacji geopolitycznej o bardziej rozsądny kierunek. Należałoby się zastanowić, co to komu przeszkadzało. Komu? Tu odpowiedź jest prosta: Kaczyńskim i ich poplecznikom. Dlaczego? Tu już będę snuł własne dywagacje. Po pierwsze, mocno zakorzenione w szeregach PiS hasełko: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Po drugie, Unia Europejska nie zapewniała PiS spełniania mrzonek o wielkomocarstwowości, czyli dominującej roli Polski w Europie, która nam się słusznie należy, bo... patrz po pierwsze.

  Stosunki ze Stanami Zjednoczonymi zawsze cechowała pewna uległość, choć do czasów objęcia przez rząd PiS, ta uległość była w jakimś stopniu akceptowalna, wszak Stany Zjednoczone to wielkie mocarstwo jest. Tak wielkie, że gotowi byliśmy bronić interesów tego mocarstwa w rejonach, które w gruncie rzeczy nie powinny nas zupełnie interesować (Afganistan, Irak). W mojej opinii, to one (militarne interwencje) zdestabilizowały tamte rejony, co wywołało wielką migrację uchodźców, która zmieniała się w zalew muzułmanów na naszym kontynencie. Bądźmy szczerzy, jako państwo, przyłożyliśmy do tego naszą zbrojną rękę. A zyski? Tu też trzeba sobie powiedzieć jasno – Stany Zjednoczone nas po prostu wydymały. Nawet obowiązku wizowego nie znieśli...

  Gdy prezydent Trump odwiedził mimochodem nasz kraj, na pierwszy rzut okiem widać było, że ta wizyta ma charakter propagandowy. Tworzenie pijaru Trumpa we własnym kraju, bo na pewno nie w Polsce. Nasz obecny prezydent Duda uznał (pogodził się z faktem), że w kraju pełnego poklasku też nie zdobędzie (niech nikogo nie zwiodą sondaże, bo on jest po macoszemu traktowany nawet przez własne zaplecze polityczne), więc usilnie zabiega o jakiś spektakularny sukces na arenie międzynarodowej. W Unii ma przechlapane, tam liczą się tylko silne i niezależne postacie. Pozostały mu tylko Stany Zjednoczone, więc wszystkie wysiłki jego podwładnych zostały skierowane w tamtym kierunku. I te wysiłki przyniosły efekt – przykład skrajnego wazeliniarstwa, które da się określić jedynie jako „lizydupstwo”. To da się opisać też jako próba przekonania Amerykanów o tym, że warto, by Polska istniała w obecnej sytuacji politycznej (u władzy PiS), a w zamian za to poparcie, będziemy ich karmić miliardami dolarów pochodzącymi z kieszeni polskich podatników. Efekt bardziej niż kuriozalny. Przybędzie nam tysiąc amerykańskich żołnierzy, których będziemy wozić, karmić i prać im gacie. Aby było śmieszniej to ma zrównoważyć potencjał militarny amerykanów w Niemczech i Polsce. Od razu nasuwa mi się porównanie z sukcesem premier Szydło, sławetne 27:1, za co dostała naręcze kwiatów.

  Prawda, mamy obiecane samoloty wojskowe, bo „Fort Trump” jakby się definitywnie oddalał. Podkreślam to „obiecane”. Ileż to już nam Amerykanie nie naobiecywali? Trudno zliczyć. A te obiecanki, które spełnili, kosztują nas krocie i coraz większą zależność, co przy naszych aspiracjach bycia wielkim, niezależnym krajem brzmi jak dowcip z kategorii tych makabrycznych. I jeszcze jedno. Patrząc na działania Trumpa we własnym kraju i na świecie, nie trudno odnieść wrażenie, że jego pozycja słabnie. Porażka z Koreą Północną, wojna cłowa z Chinami, zaostrzenie konfliktu z Iranem, czy napięte stosunki z UE. Trump ma problem z Kongresem, który nie zawsze chce działać zgodnie z jego ambicjami oraz coraz większy opór medialny, ze strony demokratycznej, wcale nie małej opozycji. Już nawet nie chce budować muru na granicy z Meksykiem.

  Niejako przy okazji, małostkowy, pucułowaty prezydent naszego jakże ambitnego kraju, zamiast próbować stwarzać li tylko pozory neutralności wobec wrogów, stara się o pogorszenie z nimi stosunków. Nie mogę pojąć sensu jego wypowiedzi: „Chcielibyśmy mieć w Rosji przyjaciela, bo jest to nasz „wielki sąsiad”, (...) z potencjałem większym niż Polska pod każdym względem, z jednym, być może, wyjątkiem. Sądzę, że jest w nas więcej odwagi, że jesteśmy dzielniejsi, odważniejsi i zdolni do walki aż do końca, nie bacząc na cokolwiek”. Cóż, megalomania prezydenta Dudy sięga wyżej niż mogą latać myśliwce F-35, które chcemy kupić, choć do końca nie wiadomo, czy kupimy.



piątek, 14 czerwca 2019

Biblia do poprawki (2)


Kontynuujmy Opowieść Biblijną o stworzeniu świata. Bóg odpoczął i zaczął porządkować ten bajzel, który powstał w pierwszy dzień stworzenia z powodu braku praktyki. Według oryginału:

A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstanie sklepienie w środku wód i niechaj ono oddzieli jedne wody od drugich!»
Uczyniwszy to sklepienie, Bóg oddzielił wody pod sklepieniem od wód ponad sklepieniem; a gdy tak się stało,
Bóg nazwał to sklepienie niebem. I tak upłynął wieczór i poranek - dzień drugi.
1

Było już lepiej, choć nie do końca, bo niby dlaczego dzień zaczyna się od wieczora a kończy na poranku? Bóg nie bardzo wiedział, czy się cieszyć, czy też złościć, ale wciąż udawał, że wie co robi. Jednak w końcu się uśmiechnął. Wiedział za to, że ludzie długo będą myśleć, iż ziemia jest płaska, co i tak nie ma żadnego związku z okrążającym ziemię sklepieniem, a to dowodzi, że Bóg miał poczucie humoru.

A potem Bóg rzekł: «Niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce i niech się ukaże powierzchnia sucha!»
1Bóg nazwał tę suchą powierzchnię ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. Bóg widząc, że były dobre,
11 rzekł: « Niechaj ziemia wyda rośliny zielone
». I stało się tak.
12 Ziemia wydała rośliny zielone. A Bóg widział, że były dobre.

To było dzieło wiekopomne! Bóg był pierwszym weganinem. Przez pomyłkę, a raczej dla żartu, bo ziemia wciąż kręciła się odwrotnie. Współcześni weganie jeszcze nie zauważyli, że dziś nasza planeta kręci się już normalnie, co dowodzi, że konsumowanie samego zielska wypacza percepcję oglądu rzeczywistości.

14 A potem Bóg rzekł: «Niechaj powstaną ciała niebieskie, świecące na sklepieniu nieba, aby oddzielały dzień od nocy, aby wyznaczały pory roku, dni i lata.
16 Bóg uczynił dwa duże ciała jaśniejące: większe, aby rządziło dniem, i mniejsze, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy.

Ta zielenizna Bogu wybitnie dobrze służyła. W końcu zorientował się, że ta jasność za dnia, nie wiadomo skąd się bierze i potrzebna jest gwiazda jak żarówka. Punktowe światło daje błogi cień w upalne dni, a roślinność rozwija się bujniej, szczególnie zioła, które rozjaśniały Jego umysł. Tyle, że ich działanie kończyło się wraz z nastaniem nocy. Nic to, w nocy Jego umysł rozjaśniał teraz Księżyc, nie na darmo kojarzony z lunatyzmem.

  Moja, poprawiona wersja Biblii:

6. Bóg rzekł:
«Niech się stanie wodny dach», dla zmyłki nazwany niebem.
7. Dzięki temu mógł powstać prysznic, który obmywał jego duchowe jestestwo z brudnej materii, bo materia zawsze jest brudna [zła].
8. Wziąwszy tusz, mógł wreszcie odpocząć pod dachem [ugwieżdżonym niebem]. I tak zakończył się porankiem kolejny dzień.
9. Bóg zapragnął widoku morza i je stworzył. Ziemię zaś przyozdobił górami,
10. które w przyszłości miały odegrać niebagatelną rolę, choć kiedyś złośliwi ludzie uknują powiedzonko o górze i myszy.
11. Bóg poczuł głód i zazielenił ziemię. Chciał sprawdzić jak to jest być weganinem. Nie zauważył, że większość tej zieleniny to zioła.
12. Uznał, że są dobre i malują świat na kolorowo.
13. Sny też były kolorowe i rozjaśniały umysł, a On był umysłem.
14. Dlatego stworzył słońce i chłodny cień. Promienie słońca powodowały parowanie wody,
15. i tak powstały chmury służące Mu za rydwany, dzięki czemu nie męczył się już unoszeniem o własnych siłach po podniebnych przestworzach.
16. I stworzył księżyc, aby kiedyś mógł zamieszkać na nim Twardowski.
17. I wprawił w ruch oba ciała, aby krążyły wokół ziemi,
18. choć wciąż w odwrotnym kierunku niż należało.
19. Bóg stwierdził, że ten Twardowski to efekt tego weganizmu, a weganizm Mu już nie służył.
20. Dlatego rzekł:
«Niech się zaroją wody od roju istot żywych, a ptactwo lata nad ziemią pod niebem».
21. Jednak z powodu ziół, zamiast rybek i ptaszków – wody zaroiły się od morskich potworów, a niebo latającymi gadami.
22. Mimo to Bóg uznał, że to jest dobre i je pobłogosławił słowami:
«bądźcie płodne»...
23. Dzięki temu narodził się seks, na początek zły i ohydny, bo zwierzęcy. I tak dzień znów zakończył się porankiem, już piąty.

Ciąg dalszy nastąpi...



Przypisy:
1 – oryginalne teksty z Biblii Tysiąclecia pisane są kursywą


poniedziałek, 10 czerwca 2019

Biblia do poprawki (1)


  Tytułem przedmowy. Muszę odpocząć chwilę od polityki, a że zbliża się letnia kanikuła i upał źle wpływa na polityków, o czym świadczy wypowiedź jednego z nich, który swoją płeć określił jako „męższczyzna” i nie widzi różnicy między małżeństwem a rodziną, lepiej od razu przyznać się, że będzie się pisało głupoty. Co niniejszym czynię, i o czym lojalnie uprzedzam.

  Tą notką rozpoczynam cykl własnej interpretacji wybranych fragmentów Biblii. Na wstępie kilka uwag. Pierwsza: proszę, aby wrażliwi na obrazę uczuć religijnych w tym momencie zaprzestali dalszej lektury. Grozi mi bowiem, że będę stale włóczony po sądach, a w moim wieku już się nie ma na to ochoty. Druga: pozwy i tak będą bezzasadne. Pomysł nie jest mój, więc będę się odwoływał do precedensu, jakim jest pewna książka1, którą nikt nigdy nie oskarżył o obrazę uczuć religijnych, mimo że przełożono ją na... język polski.
Trzecia: oskarżenie o plagiat też nie wchodzi w rachubę. Autor nigdzie nie zastrzegł, że nie wolno powielać pomysłu i treści książki, jeśli się zaznaczy skąd ten pomysł i treści pochodzą.
Czwarta: jeśli jednak jesteś katolikiem, a masz dystans do swojej wiary i do siebie, lekturę notki polecam, bo w gruncie rzeczy Bóg, ten z Biblii, ma poczucie humoru, choć dość specyficzne.

Księga Rodzaju. Rozdział pierwszy: Stworzenie świata.

  1. Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię.2
I to jest nieścisłość. Powinno się zaczynać inaczej:
1. Na początku był Bóg i Bóg był sam. I nic więcej.
2. Bóg jeszcze niczego nie stworzył.
3. Aby tworzyć nie tylko trzeba być Bogiem, trzeba jeszcze wiedzieć, że jest się Bogiem.
4. Aby wiedzieć, że jest się Bogiem, potrzeba przynajmniej dwóch.
5. Pierwszego, który jest Bogiem, i drugiego, który będzie się do niego zwracał: „mój Boże”.
6. Nie można być Bogiem, od tak po prostu. Można być tylko czyimś Bogiem.
7. A Bóg był sam.

  Ten wywód jest chyba jasny. Jeśli nie, zacznij mój Czytelniku jeszcze raz od pierwszego poprawionego wersu. To może trwać tak długo, jak długo Bóg był sam. A był baaaardzooo długo sam. Aby tę samotność tak długo wytrzymać, trzeba być Bogiem. Żadnemu innemu stworzeniu by się to nie udało. Nikt nie wie, nawet Bóg, ile czasu minęło, zanim Bóg uświadomił sobie, że jest Bogiem, ale skoro nic innego nie istniało, nie wiedział nawet, co owo „Bóg” znaczy. Nie mógł nawet wiedzieć, że chce coś stworzyć i jakie będą tego konsekwencje. Gdyby wiedział, natychmiast cofnął by się do stanu sprzed świadomości bycia Bogiem. Tym bardziej, że Bóg nie ma żadnych potrzeb. Gdyby je miał, przestałby być Bogiem. Wszak Jego mądrość jest nieskończona. Mimo to zaryzykował i chyba miał rację. Inaczej nie miałbym o czym pisać. Jego potrzeba stworzenia czegoś, jak do tej pory nikomu nie zawadzała. 

Dzień pierwszy:

3. Wtedy Bóg rzekł: Niechaj stanie się światłość.
Bóg widząc, że światłość jest dobra, oddzielił ją od ciemności.
I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą
.

  Tu jest kolejny problem. Gdyby Bóg był mądrością, wiedziałby, że należałby zacząć od światłości. Stworzona ziemia na początku nie byłaby taka ponura i nieprzyjazna do życia. Zamiast po niej stąpać, musiał nad nią się unosić. Każde latające stworzenie w końcu musi usiąść. Podobno tylko czyżyk lata do śmierci, gdy już posiądzie naukę latania. Tymczasem koncepcja ze światłością jest przykładem tego, że Bóg dopiero się uczył tworzenia, tak jak ten czyżyk latania. Ale Bóg wszechwiedzący nie może się uczyć, skoro wszystko wie. Ponieważ Bóg może wszystko, widząc tę nieporadność, mógłby unicestwić samego siebie. Ze wstydu. Problem w tym, że nie może się unicestwić, bo to zaprzecza nieśmiertelności. Zaś ta nieśmiertelność zaprzecza Jego Wszechmocy. To jest problem nie do rozwiązania. Tego rozwiązania nie zna nawet Bóg. Staje się jasne, że z powodu takiego zastanawiania się, jak te dylematy rozwiązać, Bóg, aby się rozerwać, zdecydował się tworzyć. I chwała mu za to. Po to na początku stworzył sprzeczność, aby takimi dylematami się nie przejmować. Mógł odetchnąć z ulgą i przestać o tym myśleć. Myślenie nie jest najlepszą z czynności. Kiedy zaczyna się myśleć, nigdy nie wiadomo, do czego to doprowadzi. Mogłoby doprowadzić Boga do wniosku, że wcale nie istnieje, a przecież chce istnieć. Wczujmy się w Jego położenie.

Zaprawdę powiadam Wam, lepiej byłoby, gdyby Biblia zaczynała się tak:
1. Na samym początku Bóg stworzył Sprzeczność.
2. I to było dobre.
3. Teraz wszystko mogło się nareszcie zacząć.
4. I się zaczęło.
5. Bóg stworzył niebo, ziemię i niepotrzebnie jasność.
6. Bo zobaczył, że Ziemia jest bezładem i pustkowiem, a Duch Boży nad tym może się tylko unosić.
7. Widząc ten bezład stwierdził, że to nie jest udany pomysł, ale już nic nie mógł poradzić.
8. Nie mógł pierwszej wersji świata unicestwić, bo tego już Bóg nie potrafi. Za późno zrozumiał, że idea tworzenia jest pułapką na bogów.
9. Ten, kto stworzył świat, musi go wypić. Zaczął więc poprawiać, bo wiedział, że nikt nie spostrzeże, iż nie do końca jest wszechwładny. I miał rację.
10. Dopóki nie pojawili się ateiści, ale oni się nie liczą.

  Dlatego Bóg po pierwszym dniu, co jeszcze wtedy było kwestią umowną, potrzebował nocy i do jasności dodał ciemność. Bardziej zmęczył się myśleniem niż tworzeniem. Choć nie ma potrzeb, potrzebował odpoczynku od myślenia. Ja też, więc ciąg dalszy nastąpi...


Przypisy:
1 – „Pismo nieświęte, czyli przygody Boga i małego Jezuska”, Cavanna, Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza REPORTER, Warszawa 1993 rok;
2 – wszystkie oryginalne wersy Biblii Tysiąclecia pisane są kursywą.