piątek, 30 sierpnia 2019

Po najmniejszej linii oporu


  Zdarzyło Wam się coś kiedyś przekręcić tak, że ze wstydy moglibyście się pod ziemię zapaść? Niedawno w jednej z notek użyłem dość popularnego sformułowania „po najmniejszej linii oporu” i byłoby by dobrze, gdyby mi ktoś nie zwrócił uwagi, że to powiedzenie jest nielogiczne. Nie ma najmniejszej linii, więc trzeba mówić „po linii najmniejszego oporu”.

  Ostatnio spodobała mi się nowa akcja katolików, z inicjatywy abp Jędraszewskiego, co to idą właśnie po najmniejszej linii oporu, zachęcająca do duchowej adopcji... osób LGBT, tej na wzór duchowej adopcji dzieci poczętych, a zagrożonych aborcją. Jej celem ma być wyzdrowienie, albo uzdrowienie osób homoseksualnych, transwestytów i innego diabelstwa. Polecam szczególnie tym, którzy adoptowali te dzieci, poczęte a zagrożone adopcją, bo mamy tu nową jakość. Nie znam szczegółowych danych, ale tych aborcji z powodu szturmów modlitewnych specjalnie nie ubyło. Nie łudźmy się, osoby LGBT też nie uzdrowi żaden modlitewny szturm ani adopcja, ale tu akurat mamy stuprocentową pewność, że skutków nie będzie.

  Za to bardzo mnie ciekawi, jak skończy się wczoraj ogłoszony szturm modlitewny za księdza Tymoteusza Szydło, który poprosił o bezterminowy urlop od posługi kapłańskiej. Mamusia pojechała do Brukseli i zabrakło motywacji, albo i nagród, które mu się słusznie należały. Nie wnikam, czy on do tego kapłaństwa po najmniejszej linii oporu czy po linii najmniejszego oporu? Fakt jest faktem, dwa lata i ma dość. Za to ja trafiłem pod apelem w komentarzach na ciekawą dykteryjkę odnośnie tych szturmów modlitewnych i tu już proszę wrażliwych na obrazę uczuć religijnych o zaprzestanie lektury, bo zamierzam ją streścić.

  Pewnemu katolikowi ciężko zachorował dziadek. Konieczna był trudna i skomplikowana operacja, o dość dużym ryzyku. Ów katolik, obeznany w różnych forach katolickich, poprosił o wsparcie modlitewne w intencji, aby ta operacja zakończyła się dla jego dziadka szczęśliwie i wrócił do pełni sił. Odzew był ogromny, wielu forumowiczów zadeklarowało, że będzie się gorąco i gorliwie modlić. Kilku z nich zapewniło, że zamówią intencje mszalne w swoich kościołach.
Pan Bóg wysłuchał tych modłów i uratował dziadka, operacja zakończyła się sukcesem, a już po kilku dniach operowany mógł wrócić do domu. I do sił wracał nadspodziewanie szybko. Problemy zaczęły się tak gdzieś po tygodniu. Dziadek zaczął mieć coraz większy apetyt nie tylko na jedzenie. Wigor też mu wrócił, przez co umyślna pielęgniarka z awanturą zrezygnowała z dalszej, fachowej opieki nad dziadkiem. Temu zaś włosy z siwych zmieniły się na ciemny blond, pozycję miał wyprostowaną i coraz częściej demolował mieszkanie, aby dać upust przyrostowi energii i werwy. Gdy wnuk wraz z bratem i ojcem usiłowali wyjaśnić całą sprawę, dziadek wpadł w furię i dotkliwie ich trzech pobił, choć do ułomków się nie zaliczali.
Wnuk chciał się dowiedzieć czegoś w necie, ale wtedy okazało się, że ten szturm modlitewny wciąż trwa, i coraz więcej wiernych się do niego przyłącza, gdyż został wpisany w jakiś list intencyjny. Na nic się zdały prośby, aby zaprzestać, bo dziadek zdrów. Wnuka tym razem wzięto za trolla. Teraz na innym forum prosi o modlitwę za dziadka, by się uspokoił, bo on już terroryzuje całą dzielnicę i napastuje wszystkie kobiety, choć ma 97 lat. Tylko czym te przeciwne szturmy modlitewne będą skutkować? Tego nikt nie wie...


poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Bitwa o krzyż


  Miałem nie pisać o tej tragedii, bo zbyt dużo wokół niej niezdrowego szumu. Często chamskiego, takiego jakiego dopuścił się człowiek, któremu czasami udało się coś mądrego napisać, ale który tym razem przeszedł samego siebie i bredzi w tym temacie. Mam na myśli Hartmana. Tyle, że po drugiej stronie nie jest lepiej i tak wybuchł kuriozalny spór o krzyż na Giewoncie.

  Niejaki Benjamin Franklin, prezydent Stanów Zjednoczonych, wymyślił piorunochron, a przynajmniej za wynalazcę tej zbawczej instalacji jest uznawany. Ów piorunochron składa się ze zwodu (iglicy) przyjmującej wyładowania, metalowego przewodu odprowadzającego ładunek do uziomu w gruncie. Krzyż na Giewoncie wraz z łańcuchami wspomagającymi dotarcie na szczyt tej góry, doskonale spełnia warunki tej konstrukcji. Nic więc dziwnego, że w ten feralny dzień zginęły cztery osoby, a 157 zostało rannych. Większość z nich trzymała się łańcucha. Czy wobec tego należy zlikwidować ten krzyż? Nie sądzę. Wystarczy kilka tabliczek ostrzegających, może instalacja alarmowa, że w czasie zbliżającej się burzy należy to miejsce bezwzględnie i szybko opuścić, a zamiast metalowego łańcucha zainstalować liny z tworzywa sztucznego, nie przewodzące prądu. Sam krzyż powinien mieć dodatkową instalację odgromową.

  Piszę o tym w kontekście pewnego artykułu1, którego treść doprowadziła mnie do rozpaczy. Czytam: „Na Giewoncie, mówią świadkowie, ten młody ksiądz z Dzierżoniowa [Jerzy Kozłowski] stał w wichrze i udzielał absolucji generalnej, aż sam został rażony błyskawicą. To wyjątkowa forma rozgrzeszenia dla każdego żałującego swych win, bez wypowiedzenia ich na spowiedzi księdzu do ucha”. Kompletny idiotyzm. Zamiast ratować rannych, rytualnych zabobonów mu się zachciało. Na co on liczył? Że Bozia go oszczędzi za to, że kilku duszyczkom grzechy odpuści? Jeśli wierzy w Boga, wiedziałby, że i bez tego Bóg by sobie z grzesznikami poradził. Większość z tych rannych bardziej żałowała, że w tym dniu na Giewont się wybrała, niż swoich grzechów. A może ów ksiądz chciał być kolejnym ks. Skorupką, który Polaków przed bolszewikami (tu: przed piekłem) obronił?

  Jest jednak gorzej. Jedna z uczestniczek wyprawy na Giewont w tym feralnym dniu pisze: „Dziękuję Bogu za ten dar drugiego życia, a jednocześnie łącze się w bólu z poszkodowanymi bardziej niż ja” (sic!) Dlaczego nie dziękuje Bogu, że tych czworo jednak zginęło? Może ma się za lepszą niż oni? Jak można dziękować z drugie życie, skoro pierwszego się nie straciło? Kompletny odlot. Jest jeszcze gorzej. Abp Jędraszewski odwiedził rannych i stwierdził: „To, co ich wszystkich łączy to przede wszystkim wdzięczność Panu Bogu, że przeżyli, a nie wszystkim niestety było to dane2. On chyba nie wie już, co mówi, i jak sądzę zmyśla na potęgę, bo jakiż jest sens tego zdania? Jeśli bowiem Bóg pozwolił im przeżyć to znaczy, że... ich okaleczył, a niektórych zabił, choć poszli pod krzyż. A może to jednak ja się starzeję, bo ja tego katolickiego myślenia, jeśli to jest myślenie, nie pojmuję? To dla mnie zbyt skomplikowane.



Przypisy:
1 - https://www.fronda.pl/a/piekne-swiadectwo-giewont-ksiadz-z-narazeniem-zycia-stal-w-wichrze-i-udzielal-absolucji,132024.html
2 - https://niezalezna.pl/285102-abp-jedraszewski-odwiedzil-rannych-podczas-burzy-w-tatrach-to-co-ich-laczy-to-wdziecznosc-bogu



niedziela, 25 sierpnia 2019

Wesołe jest życie emeryta


  Ostatnio znalazłem artykulik opisują  pielgrzymkę do Częstochowy. Co może być dziwnego w takiej pielgrzymce? Niby nic a jednak, bo pielgrzymkę odbyła 95-letnia Włoszka, Emma Morosini. Pieszo i samotnie tysiąc (słownie: tysiąc) kilometrów! Wyznała, że jest szczęśliwa. Trochę się jej dziwię, ale i jednocześnie rozumiem. Mnie do jej wieku jeszcze coś tam brakuje, ale jak przejdę do przychodni jeden (słownie: jeden) kilometr bez bólu nóg, też jestem niemożebnie szczęśliwy, by nie napisać – wniebowzięty, co ateiście nie przystoi. Więc rozumiem jej szczęście, choć nie rozumiem, po co aż tak daleko?

  Mój ulubieniec, pan Kuźmiuk piesze w radosnej ekstazie, że już 50 tysięcy Polek dostaje matczyną emeryturę. Ta obowiązuje od marca. Oczywiście, nie wystarczy być matką  jednego, dwójki, a nawet trójki dzieci. Łapią się tylko te, które miały czworo i więcej dzieci. Nie żebym im zazdrościł, nawet jeśli nie zapłaciły ze swoich (nie)dochodów ani złotówki na emerytalny ZUS. W końcu facet jestem i tak bym się nie załapał. Tylko ja tej intencji ani sprawiedliwości społecznej nie rozumiem. Kobiety, w wieku powiedzmy balzakowskim, już raczej nie mają szans na taką gromadkę, zaś młode kobiety (zresztą nie tylko kobiety) o takiej emeryturze nie myślą. Co to dziś tysiąc złotych na życie, kiedy inflacja szaleje? Bardziej bulwersuje mnie ta sprawiedliwość społeczna. Bo czym się różni trud matki wychowującej jedno dziecko, tym bardziej wychowującej troje, od tej wychowującej czworo? Uważam, że ta pierwsza ma wręcz gorzej od pozostałych. Nigdy starsze dziecko nie przypilnuje młodszego, nigdy młodsze nie odziedziczy ubrań i zabawek po starszym. Wiem, wiem, tego się już dziś właściwie nie praktykuje, ale taka hulajnoga elektryczna, jedna na dwoje dzieci już ujdzie. Im więcej dzieci, tym łatwiej kupić. Ten próg czworga dzieci to pewnie Elbanowscy do spółki z Terlikowskimi wymyślili.

  Ostatnio było kilka protestów ulicznych, które wszyscy powinni sobie wziąć za wzór. Pewien reporter tak jedną demonstrację opisał: „Jak państwo widzicie, marsz odbywa się w sposób cichy i godny. Nie widać żadnych wulgarnych transparentów, ani kamieni w rękach demonstrantów i nie słychać żadnych gwizdów”. Wyjaśnię, to była demonstracja emerytów, którym mało tej minimalnej emerytury 1 100 zł brutto. Trochę mnie rozbawił ten reporter. Czyżby on oczekiwał, że emeryt, schorowany i wygłodniały, płyty chodnikowe lub bruk będzie wyrywał i jeszcze nimi rzucał? Nie chciałbym widzieć tej masakry. A jak ma jeden z drugim gwizdać, skoro ma sztuczne uzębienie? Dziwią mnie jednak i ci demonstrujący. Ki diabeł łazić po ulicach miasta, skoro i tak wszyscy mają to w głębokim poważaniu, nie lepiej na tę pielgrzymkę do Częstochowy? Nawet ci z Rzeszowa mają dużo bliżej niż ta Włoszka Emma z Rzymu. Na Jasnej Górze przynajmniej cuda się dzieją i nadwyżki z tej minimalnej emerytury na wota dla Najświętszej Panienki można zostawić. Przy okazji można zabrać wnuki, matkom czworga i więcej dzieci choć na parę dni będzie lżej.

  Na początku tygodnia oglądałem TVN, ale nie afera Piebiaka mnie zdumiała. Emerytka się skarży, że przez dobę czeka na SORze (w Warszawie!) i mogłaby czekać dłużej, ale nikt nie pomyślał, aby dać jej jakiś posiłek. Pal licho tę chorobę, która ją do SOR-u przymusiła, ale dobowa warta na korytarzu bez żarcia i picia, to już zgroza! A wszystko przez to, że w szpitalach miejsc nie ma. Właściwie są, ale nie ma lekarzy i pielęgniarek. Cwaniacy wykształceni na nasz koszt, a na Zachód wypieprzają. Na nic słowa marszałka Karczewskiego by dla idei pracowali. Przecież on też dla idei pracuje. Za trzydzieści tysięcy miesięcznie. Plus nagrody, wynajęta wypasiona willa, darmowe żarcie i podróże samolotem. Powoli zaczynam rozumieć tę politykę z emerytami, nie tylko w SOR-ach. Za długo żyją. Powinien działać ten sam schemat, co przy matkach, czyli trzeba ustanowić jakieś kryterium. I tym kryterium byłaby coroczna piesza pielgrzymka, minimum cztery setki kilometrów (jak czworo dzieci). Przejdziesz, i miejsce w szpitalu będzie, i trzynasta emerytura na leki. Sito jak się patrzy i ideologicznie poprawni by się tylko zostali.

  Niedawno usłyszałem pewien stary emerycki dowcip. Emerytowany, uznany profesor, spec od reformy zdrowia zachorzał i poddano go bez kolejki serii specjalistycznych badań. W końcu to celebryta. Lekarz przegląda wyniki tych badań i z powagą w głosie oznajmia:
- Mam dla pana dwie wiadomości. Dobrą i złą. Od której zacząć?
- Od dobrej.
- Nadamy naszemu szpitalowi pana imię... 


  Najlepszy dowcip usłyszałem wczoraj, choć niezwiązany z emerytami. Premier Morawiecki mówi na konwencji PiS, że dziś to najlepszy czas dla Polski (sic!) Tymczasem afera wokół sędziów Ziobry zatacza coraz szersze kręgi, inflacja wciąż rośnie, a gospodarka zaczyna hamować. Nawet Trump chce skrócić wizytę w Polsce do niezbędnego minimum. Może czas na emeryturę Panie Premierze? Młody pan, ale ja bym nie miał nic przeciw, może wtedy przejrzy pan na oczy.

 

środa, 21 sierpnia 2019

Nie pozwolę szkalować mojego dobrego imienia


  Tak miał oznajmić wiceminister Łukasz Piebiak podając się do dymisji, aby chronić dobre imię „dobrej zmiany” w nadchodzących wyborach. Teraz czekam aż premier Mateusz Morawiecki po przyjęciu tej dymisji, da mu na odchodne naręcze kwiatów w podzięce za nieprzeciętne oddanie dla dobra sprawy. Im się to po prostu należy.

  W krótkim czasie drugi polityk PiS podaje się do dymisji. O ile ta pierwsza, Kuchcińskiego, dotyczyła tylko prywaty, co w niczym go nie usprawiedliwia, ta druga pokazuje prawdziwe, bolszewickie oblicze nie tylko partii rządzącej ile samego rządu. Minister Ziobro, bezpośredni przełożony Piebiaka zapadł się pod ziemię i pewnie teraz kombinuje jakie wydać oświadczenie, aby się wybielić. Niech mi dziób rozerwie, jeśli Ziobro nie wiedział, co robi jego pierwszy podwładny, więc cokolwiek oświadczy, będzie to wierutne kłamstwo. Premier Morawiecki może udawać, że o niczym nie wiedział, ale to jest tym bardziej powód do tego, aby również podał się do dymisji. Co to za szef rządu, którego podwładni robią, co chcą bez jego wiedzy? Taaak, ale premier bardziej jest zainteresowany wyborami do Sejmu i wymyślaniem nowych kłamstw na temat wielkości i sukcesów „dobrej zmiany”, aby móc panować nad tym, co się dzieje w jego rządzie.

  Teraz, w związku z aferą Piebiaka, innego wymiaru nabiera sprawa „afery podkarpackiej”. Przyznaję, że choć  jestem wrogiem PiS, patrzyłem na nią sceptycznie. Seria kilku samobójstw, luźno powiązanych z tą aferą, wydawała się być tak niewiarygodna, że wręcz porównywałem ją do „spiskowej teorii dziejów”. Po aferze z Piebiakiem, mój sceptycyzm stopniał, choć jeszcze niczego nie przesądzam. Dalej nie chcę wierzyć, że pisizm byłby w stanie posunąć się do takich metod. Tyle, że PiS robi wszystko, abym ja w swojej ocenie tej partii przestał być racjonalny. Na prorządowym portalu wPolityce.pl jest „sucha” informacja o dymisji, co nawet mnie zdumiewa, i pod nią komentarze, które na ministerstwie sprawiedliwości nie pozostawiają suchej nitki.

  Dymisja Piebiaka nie zamyka sprawy jakby chciał Pinokio, bo ta przypomina słynną Watergate. Warto zapytać, gdzie jest teraz prokuratura, nota bene zależna od ministra Ziobry? Skąd bowiem hejt na użytek tejże prokuratury, a skierowany przeciw sędziom? Pod koniec listopada 2017 roku(?!) krążyła wieść, że pisowska młodzież jest zganiana na salę konferencyjną, gdzie wręczane są im telefony i podane hejterskie teksty do ekspedycji. Wtedy to można było uznać za fake news, dziś to już nie jest takie pewne. Przyznam szczerze, nie sądziłem, że można upaść tak nisko.

  Niestety już pojawiają się głosy, które próbują usprawiedliwić te bolszewickie metody (patrz: Wiadomości TVPiS). Uprzedzę więc pewien znany i popularny schemat: a u was biją murzynów:
- 2015 – dobra zmiana;
- 2017 – co prawda też mamy afery, ale mniej niż za PO;
- 2019 – przecież za PO też zdarzały się czasem afery...